środa, 12 listopada 2014

Notka...

Post poświęcony
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
Mordecy lizaczgów XD *
Ma dzisiaj urodzinki soooooł... ZŁÓŻMY JEJ ŻYCZENIA haha
Wszystkiego najlepszego, papko :* Znowu jesteś fejmem, widzisz?
No, poślub Remka, Multiego, swojego narzeczonego i lizaki itd... Ewelino Kuleszo, musimy się spotkać kiedyś.

============================

TERAZ DO WSZYSTKICH WIADOMOŚĆ (O NEXCIE)...

A WIĘC BYŁO PONAD 40+ KOMÓW, DLATEGO ROZDZIAŁ MOŻE BĘDZIE W WEEKEND!!!!!!!
Kocham Waaas :* "Żelipapą".

##########
#   * Ewelina. #
##########

~~ Klaudia

piątek, 7 listopada 2014

Rozdział 26

(Długi rozdział, booo........)

 Bo next za (co najmniej) dwa/ trzy tygodnie. Dlaczego? SZKOŁA -,- Do pon. muszę przeczytać jeszcze Antygonę, masakra, mam coraz gorsze oceny i nie ogarniam niektórych tematów. Alex będzie pisać one shoty od czasu do czasu, więc będziecie mieli co czytać. Ale może jak będzie dużo komentarzy, to pomyślę nad zmianą daty dodania nexta....
      Soo... mejbiii:
40+ komów = rozdział szybciej ?
Wiecie, decyzja należy do Was. Miłego czytania :*
~ Klaudia
 PS- wątpię, żeby był wzruszający rozdział, bo nie wyszedł wgl -,-
A 27 rozdział będzie skupiony bardziej na Rossie ( powrót Bad Boya *-* XDD)
 ------------------------------------------------------------------------------------

~~ Laura~~
No i mnie pocałował, no. Więcej go nie przytulę, ale... przy całowaniu nie myślałam o tym. Przez ten cały czas spędzony z nim, zaczyna mi się to podobać. Tylko, że zapomniałam o rodzicach, którzy zdenerwowani na nas patrzyli. Odsunęłam się speszona od Rossa i spojrzałam na tatę.
- Jesteś z nim?- zapytał surowym głosem.
- Nie/Tak- odpowiedziałam równo z Rossem. Zmroziłam go wzrokiem, a on przesłał mi buziaka.
- Jak jest naprawdę?
- Jesteśmy razem...- zaczął blondyn, ale ja dokończyłam:
- ... ale nie jesteśmy...
- Zdecydujcie się w końcu- rozkazała mama.
- No on taki jest, ja z nim jestem i nigdy nie byłam.
- Zależy GDZIE ze mną byłaś- puścił mi oczko i oczywiście spaliłam buraka.
- Ale... w ciąży raczej nie jesteś, nie?- zdenerwował się tata. Chciałam potrzymać go w napięciu i nie odpowiadałam, a jak spojrzałam kątem oka za Rossa, to zauważyłam, że spanikował. Dopiero, jak chłopak złapał się za głowę, odpowiedziałam:
- No co? Aaa... ja miałam odpowiedzieć! Nie, nie jestem w ciąży, no gdzie tam.
- Ja pierdole, weź nie strasz!- krzyknął Lynch, a ja się tylko zaśmiałam.
- Spałeś z nią!?- wkurzył się mój tata.
- Nie/Tak- znowu powiedzieliśmy razem.
- Tak, spaliśmy. Kilka razy- wyszczerzył się Ross, mama poszła przed dom, a tata aż usiadł na krześle.
- Ale się zabezpieczaliśmy.
- Nie za każdym ra..
- ŻE CO TY KUR... DO MNIE MÓWISZ?!- krzyknęłam.
- No wtedy, co się upiłaś po imprezie i się na mnie napaliłaś- zaśmiał się.
- Jezus Chryste...- mruknął tata pod nosem. Podeszłam do niego i kucnęłam obok.
- W porządku?
- Ile ty musiałaś przeżyć, jak nas nie było... Wiesz co? Pojedziemy do Hiszpanii po resztę rzeczy i zaopiekujemy się tobą i Vanessą. I żaden bad boy cie już nie skrzywdzi- powiedział.
- Ale Ross mnie nie skrzywdził. On mnie nawet uratował przed mafią... Dużo by opowiadać.
- Mam czas.
- Eeehhhh.... Wszystko chcesz wiedzieć?
- Niektóre... sprawy łóżkowe... bez szczegółów proszę- stwierdził i zaczęliśmy mu z Rossem opowiadać. Roko przyleciał, jak tylko usłyszał swoje imię. Potem to samo mówiliśmy mojej mamie, która do nas dołączyła. Po jakiejś godzinie zaczęli się zbierać.
- Vanessa jest w domu?- zapytała mama.
- A nie wiem, może gdzieś pojechała- odpowiedziałam.
- Z tym całym... Raberem?
- Rikerem, jak już- upomniał ją Ross.- On razem z resztą rodzeństwa jest u cioci, czy tam babki.
- Dlaczego ty nie jesteś z nimi?
- Bo jak jechali to jeszcze spałem. A tak w ogóle to po ch...- tu go szturchnęłam i nie dokończył.
- No proszę, powiedz to, co chciałeś powiedzieć- zachęcił go złośliwie tata. Spojrzałam się na Rossa. Oooo, ten wzrok mordercy mówi wszystko...
- Nie, ponieważ szanuję pańską córkę, a teraz opuście mój dom- wycedził.
- Wyganiasz nas? Dobrze. Laura, za pół godziny masz być w domu i ani minuty spóźnienia.
- Dobra, dobra, pa- powiedziałam i ich przytuliłam. Gdy wyszli, blondyn odetchnął z ulgą.
- Niech zgadnę. Prokurator i glina?- zapytał.
- Wow, skąd wiedziałeś?
- Wiesz... jakieś tam doświadczenie mam.
- Ross... ja.... naprawdę nie wiem, jak ci dziękować- wyznałam, siadając na kanapie. Znalazł sobie miejsce obok. Roko też przylazł i uwalił się pod poduszką.
- Noom... Myślałem, że znasz mnie na tyle dobrze, że wiesz, jak możesz mi podziękować, kotku- mruknął i wyszczerzył swoje kiełki. Spaliłam buraka. Ja pier.... spaliłam buraka!
- Mogę cię pogłaskać po włosach.
- Tylko?
- Przytulas?
- Nieeee...
- NIE, nie tamto!- zaprotestowałam.
- A chociaż mnie pocałujesz?
- W policzek mogę- zdecydowałam niechętnie. Nachyliłam się do niego powoli, a gdy poczułam te cholerne perfumy, zastygłam w bezruchu. On to wykorzystał i kolejny raz dzisiaj, pocałował mnie w usta. Odepchnęłam go dopiero, gdy zaczął się do mnie dobierać.
- Przeginasz, młody- zaśmiałam się.
- Młooody? Którego się urodziłaś, "stara"?
- 29 listopada, a ty?
- Niee, no bez jaj. 29 grudnia!
- Widzisz? Jestem starsza, ha!- droczyłam się.
- O miesiąc, wow, duża różnica.
- Noo... Dobra, ja już idę. Pa- powiedziałam i wstałam, a on za mną.
- Zostań jeszcze chwilę. Zlej ich nakazy, rozerwij się.
- Ross, pa- oznajmiłam stanowczo i wyszłam.

~~Riker~~
Była 20:40. Wróciliśmy jakieś dwie godziny temu, ale oni poszli do kina, a ja spotkałem się z Vanessą. Zabrałem ją na kręgle.
- Rik, ja nie umiem grać- skarżyła się, otoczyłem ją ramieniem.
- Myślisz, że ja umiem? Rocky jest najlepszy- zaśmiałem się.
- Nauczysz mnie.
- Czego? Jak najlepiej upaść, żeby ludzie nie widzieli?- zapytałem.
- Tego, to ja CIEBIE mogę uczyć. Wierz mi, jestem w tym miszczem- zapewniła z uśmiechem na twarzy,
- No ciekaw jestem jak ci pójdzie...
- Aj cicho- szepnęła zabawnym tonem i weszliśmy do kręgielni.
      Oczywiście przy samym wejściu napadły na mnie fanki i  dopiero kilka minut później się od nich uwolniłem. Vanessa czekała, nerwowo stukając nogą. Wykupiłem jeden tor i buty, a potem poszliśmy zagrać. Przez 1,5 godziny żadne z nas nie zbiło żadnego kręgla. Nessa zapomniała puścić kulę i poleciała za nią na tor, a, że ja ją trzymałem za drugą rękę, wylądowałem na niej. Ogólnie było dużo śmiechów. O 23:00 odprowadziłem ją do domu.
- Wejdziesz?- zapytała, stając na werandzie.
- Już późno.
- Ale.. Laura pewnie znowu jest u Rossa, a ja nie chcę sama siedzieć- zrobiła minkę zbitego psa, no i się nie powstrzymałem, przytuliłem ją.
- Na chwilę tylko- poddałem się.
- Yay! To chodź- powiedziała i wpuściła mnie do środka. Dom nie był pusty. Słyszałem głos Laury, która się komuś tłumaczyła, Rossa, który komuś (znowu) pyskował i dwa nieznane mi osoby. Vanessa rzuciła torbę i kurtkę na wieszak, po czym pobiegła do salonu. Poszedłem za nią i okazało się, że to jej rodzice. Przytulali się. Wszedłem tam, podszedłem do mojego brata i zapytałem:
- Coś ty znowu narobił, co?
- Ja?! Nic! Niedawno przyszedłem po moją koszulkę, którą zostawiłem. A ci mnie oskarżyli o zgwałcenie Laury, no!- wytłumaczył się.
- Dobra, ogarnij się. A to ich rodzice?
- Nom...
- Piękne pierwsze wrażenie na nich zrobiłeś, naprawdę.
- No wiem. Ciekawe... jak ty wypadniesz. No, zapraszam, panienki przodem- zaśmiał się i pokazał na państwo Marano. Okej, raz kozie śmierć. Podszedłem do nich i podałem rękę.
- Dobry wieczór. Jestem Riker Lynch. Brat Rossa, przyjaciel Laury i chłopak Vanessy. Miło mi państwa poznać- przedstawiłem się.
- Dobry wieczór. Jestem Damiano, a to moja żona Ellen. Mam nadzieję, że nie jesteś jak ten twój brat, co?
- Oczywiście, że nie. Pan nawet nie wie, jak bardzo denerwuje mnie jego zachowanie. Ale po prostu z siostrą próbujemy jakby zastąpić rodziców, a to... no to jest trudne zadanie- przyznałem.
- Okej, faktycznie się różnicie. Już załapałeś plusa u mnie. Tak trzymaj- puścił do mnie oczko i zaczął rozmawiać z Ellen. Pożegnałem się z resztą i razem z Rossem wróciliśmy do domu.

Poniedziałek 9:30
~~ Laura ~~
Mimo, iż wstałam wcześniej, i tak spóźniłam się do szkoły, ale to było godzinę temu. Teraz siedzieliśmy na matmie i pisaliśmy sprawdzian. Rossa nie było, przecież to oczywiste. Ten test jest mega trudny, a ja, ta, która dostaje same piątki z matmy, nic nie ogarniam. Nagle do klasy wszedł zaspany i zasapany Lynch. Wszyscy się na niego spojrzeli, a nauczycielka zmroziła go wzrokiem.
- Jest jakiś test, nie? To da mi go pani?- zapytał zimno, podchodząc do biurka.
- A może coś powiesz? W stylu "Dzień dobry. Przepraszam za spóźnienie, to się nie powtórzy"? Poza tym mogę ci od razu postawić jedynkę za nieobecność na pracy klasowej. Przecież jak zwykle, spojrzysz na kartkę i ją odłożysz, więc po co ci mam ją dawać?
- Po to, żebym zobaczył, za co dostanę kolejną pałę. A teraz "dziękuję" i NIE przepraszam za spóźnienie- syknął, wziął kartkę i usiadł ze mną, ponieważ inne miejsca były zajęte.
- Masz coś do pisania?- szepnął do mnie, przy okazji patrząc na moją kartkę. Zdziwił się, że nic nie uzupełniłam.
- Wow, będziesz coś pisać?
- Tak, "proszę mi postawić pałę."- zaśmiał się, a ja strzeliłam face palma i podałam mu długopis. Oparłam się o ścianę i kątem oka zerkałam co pisał. Noo, podpisał się. To jakiś cud. Coś tam bazgrał, zakreślał, rysował itd., aż w końcu odłożył kartkę na biurko nauczycielki. Usiadł z powrotem obok, wyjął telefon i zaczął do kogoś wydzwaniać. Zupełnie nie przejmował się tym, że baba się na niego gapi; że chciała zabrać mu telefon, albo wypędzić z sali. Gdy czas minął, oddałam pustą kartę, zadała nam zadania i zaczęła sprawdzać. Przy jednej pracy miała taką minę, jakby zobaczyła swoje odbicie w lustrze. A to koszmarne przeżycie... Kiedy miała już czytać oceny, zadzwonił dzwonek. Poszłam do szafki po książki od anglika, następnie skierowałam się pod kolejną salę. Okazało się, że mamy zastępstwo z....... mamą Rossa. Ten się oczywiście załamał, nie obyło się bez przekleństw pod nosem. Przy okazji zniszczyłam mu fryzurkę, muahaha. Stormie narobiła mu obciachu, jak podeszła i zaczęła komentować jego włosy. W momencie, gdy przyczepiła się do niewyprasowanej koszuli, do klasy weszła matematyczka i poprosiła Rossa na chwilę. W klasie rozległo się głośne "Uuuuuu...!!". Po kilku minutach wrócił.
- Co pani od ciebie chciała?- zapytała się pani Lynch, haha.
- Pytała mnie o coś, to raczej moja sprawa, nie?- burknął, siadając w ławce.
- Wiesz, że i tak się dowiem, prawda?
- A uwierzyłabyś mi, jakbym powiedział, że jako jedyny dostałem 6- z testu z matmy?
- Gratulacje. Wróćmy do tematu zajęć- powiedziała i zajęła się lekcją. Ross tylko westchnął zawiedziony resztę czasu siedział cicho, jakby go nie było.

~~ Piątek; narrator ~~
Po szkole Laura poszła do Lynchów. Razem z Rydel miała plan, jak połączyć blondyna i Stormie. Cała reszta, czyli ona, Rik, Rocky i RyRyjej już wybaczyli, ale nie mówili o tym jemu. Rydel poprosiła mamę, żeby pojechała nad morze i poszła na plażę w sobotę o 19:00, a Lau i Ross będą wtedy sobie spacerować i "przypadkowo" ją spotkają. Brunetka się zgodziła na udział w planie, bo wiedziała, że mimo tego, jak chłopak reaguje na mamę, brakuje mu jej. Jak tylko Vanessa usłyszała o możliwości weekendu z Rikerem w domku nad morzem, też chciała jechać. Pozostała tylko kwestia tego, czy ich rodzice się zgodzą. Właśnie zbierały się do rozmowy z nimi i zawołały ich do kuchni.
- Możemy jechać na weekend nad morze?- zapytała Laura.
- A z kim?- to samo zrobił Damiano.
- Z Lynchami...
- Z nimi? Oooo nie- zdecydowała surowo Ellen.
- No, ale prosimy! Bo chcemy pogodzić Rossa z jego mamą, w końcu to dzięki niemu teraz tutaj rozmawiamy, prawda?- stwierdziła sprytnie Vanessa.
- No właśnie! Dobrze gada, polać jej- przytaknęła brunetka.
- Ugh... O której planujecie jechać?- spytała niechętnie dwójka.
- Ha! Wiedziałam, że się zgodzicie! Dzisiaj wieczorem, ok. 18:00. Yay, dziękuję- powiedziała młodsza z sióstr i przytuliła rodziców, druga po chwili zrobiła to samo. Potem poszły do pokoi się pakować.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
 ~~ Rydel ~~
Jechaliśmy ok. 40 minut. Byłoby dłużej, ale na postoju zamiast Rocky'ego zaczął prowadzić Riker, bo tamten ciągle śpiewał i raz prawie przejechał gołębia. A jakby to zrobił, to pewnie zatrzymałby się i zaczął modlić, jak ostatnio. Ale ok. Bezpiecznie dojechaliśmy na miejsce. Wysiedliśmy z auta i skierowaliśmy się do domku letniskowego tuż przy plaży. Były tam tylko cztery pokoje. Czyli ja oczywiście z moim Ratliffciem, "Vanusia" z Rikerem, no jasne, że Rossy z Lau, a czwarty pokoik zajęty był przez Rocky'ego i Rylanda, bo ten był oddzielony ścianką z mebli. Ogółem ten domek wyglądał tak:

Rozpakowaliśmy się, a potem poszliśmy na plażę. Był fajny nastrój, słońce zachodziło, a ocean się uspokajał. Chłopacy pobiegli grać w piłkę, a ja z dziewczynami gadałyśmy o babskich sprawach. Laura się wygadała, że z każdym dniem, jak Ross ją wkurza, coraz bardziej zaczyna jej się to podobać. Vanessa, że chodzi z Rikerem itd, a ja nie będę wspominać nawet... Po jakiejś godzinie wróciliśmy do domku.

~~ Laura ~~
Pokoje były małe, ale przytulne. Szkoda tylko, że była jedna łazienka. Dlatego, po kilku grach, były walki o nią. Dosłownie skończyliśmy rundę w Monopoly, spojrzeliśmy wszyscy na siebie i w tym samym czasie zerwaliśmy się z miejsca, a pod łazienką zaczęły się przepychanki. Pierwszy przecisnął się Ratliff, ciągnąc za sobą Rydel. Eee... no cóóóżżżż.... To wcale nie jest dziwne, jasne. Tego się trzymajmy... Ale dziwne jest to, że Riker nie zareagował agresywnie. Bo najpierw stał z boku, a później jak się skapnął, że Delly jest z Ellem pod prysznicem, skamieniał i zrobił minę, mówiącą "Wtf, coś mnie ominęło? Ślady kaca, czy co? Idę spać". Kiedy wyszli, byłam już tak blisko, ale Rocky mi się wtranżolił. Siedział tam ponad 40 minut. NIE CHCĘ wiedzieć co ON TAM ROBIŁ, bo nie było słychać wody, ani nic, sooo...... Zostawmy to bez komentarza. Po nim wlazł Riker z Vanessą ( też bez komentarza...) , potem RyRy; Ross i ja. Tak, tak- wciągnął mnie tam, ale i tak uciekłam. Jak już wszyscy się umyli, poszliśmy do swoich pokoi i każdy zaczął jakąś dyskusję. Ja z Rossem, a jakże by inaczej?
- Podoba ci się tu?- zapytał, jakby od niechcenia, kładąc się na łóżku.
- No pewnie, tylko mało kibelków- stwierdziłam i usiadłam na skraju materaca.
- Tata projektował ten domek, a jak byliśmy mali, to mama przywoziła nas tutaj na wakacje.
- Tęsknisz za tym, co?
- Żartujesz sobie? Niczego mi nie brakuje. Nie pasuje mi tylko to, że zmieniłaś mnie w grzecznego chłopaczka- marudził, a ja się położyłam obok niego. Przykrył mnie kołdrą.
- Ty? Grzeczny? Mój tata prawie przez ciebie zawału dostał. Masz 17 lat, a prawiczkiem nie jesteś. Prawie codziennie masz inną dziewczynę, pyskujesz do nauczycieli, twój gang jest postrachem L.A., tniesz się, kradniesz, byłeś w areszcie, masz tatuaż na klacie... Bardzo grzeczny z ciebie chłopak, naprawdę...- zaśmiałam się.
- Od kilku tygodni nie miałem już dziewczyny- powiedział, patrząc mi w oczy.- Poza tym, jesteś w moim wieku, a też nie jesteś już dziewicą.
- A może nie byłam już PRZED odbyciem stosunku z tobą, co?- droczyłam się.
- Byłem twoim pierwszym. Wygadałaś się po pijaku- wyszczerzył się, a jak udałam, że strzelam focha, przytulił mnie do siebie i pocałował delikatnie w czoło. Po chwili ( o dziwo spokojnie), zasnęłam w tej pozycji.

Następny dzień, wieczór:
Była 18:30. Stormie powiedziała, oczywiście przez telefon, że od jakiegoś czasu siedzi na plaży.
- Ross, przejdziemy się?- zaproponowałam, wstając z kanapy i podchodząc do niego.
- Nie.. jestem chory.
- Na co niby?
- Na tomiwisizm, niechcemisięnizm leniwiecki dokuczliwy, wiesz? To poważna choroba...
- No chodź, leniu jeden. Sadłem zarośniesz jak się nie ruszysz!- ostrzegłam go i wstał. Ukratkiem spojrzałam na Rydel, kiedy wychodziliśmy. Puściła mi oczko.
             Spacerowaliśmy po plaży w milczeniu. Znowu słońce zachodziło i panowała miła atmosfera. Nagle Ross zapytał:
- Wolisz jak jestem taki jak ostatnio, czy taki, jak na początku się poznaliśmy?
- Wiesz... dla mnie normalny, "grzeczny". Ale jakby ktoś mnie zdenerwował, albo mi dokuczał, to wiesz- mordkę mógłbyś mu obić- odpowiedziałam.- Bądź sobą.
- Wiesz, że i tak to spieprzę, nie? W budzie znowu będę wkurzał nauczycieli i dręczył pierwszaki.
- Brakuje ci kobiecego wychowania, wiesz, żebyś umiał być kulturalnym i dobrze traktować innych- nie tylko siebie- zdecydowałam.
- Moja wina, że matka mnie zostawiła?- zapytał.
- Ale twoje rodzeństwo już jej wybaczyło- oznajmiłam.
- Niestety wiem- warknął.
- A... ty to byś to zrobił? Czy dałbyś jej szansę?
- Szczerze? Wątpię- burknął i dalej szliśmy w milczeniu. Nagle niedaleko zobaczyliśmy kobiecą postać siedzącą na piasku i oglądającą zdjęcia. Widać było, że płakała. Tia, to była Stormie. Spojrzałam się na Rossa. Patrzył na nią przymrużonymi oczami, a potem powoli do niej podszedł i usiadł obok. Ja usadowiłam się nieco dalej i słuchałam o czym rozmawiają. Wziął kilka zdjęć i zaczął je przeglądać. Przy jednym się uśmiechnął.
- Tutaj jadłeś swoje pierwsze lody- szepnęła kobieta.- A tu pierwszy dzień w szkole.
- Dlaczego mnie olewałaś tyle lat?- zapytał, odkładając fotografie.
- Wasz tata mnie skrzywdził i wyjechałam. Zabraniał mi się z wami kontaktować, a teraz przyjechałam. Brakowało mi was.
- Nawet nie wiesz, jak bardzo cię w tym czasie potrzebowałem.
- Zdaję sobie z tego sprawę, dlatego teraz chcę to nadrobić... chciałabym, żebyś ze mną współpracował, ale jak mnie tak obrażałeś w szkole, to...
- Ale nie płacz.... mamo. Ja.... tęskniłem za tobą- szepnął i uronił łzę. Mama mu ją wytarła. Przytulili się czule, a Ross rozpłakał się. Pierwszy raz widziałam jak tak mocno płakał. To było słodkie, sama się wzruszyłam. Jeszcze na koniec sobie powiedzieli "Kocham cię, mamo/synku". Pięknie to wyglądało, tak się tulili i płakali.........


~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Pamiętajcie o tych komentarzach (na początku pisałam) :*
~~ Klaudia

środa, 29 października 2014

Rozdział 25

♥♥ Ross ♥♥
Wymyślę coś dla niej, ale dopiero jak się wyśpię, bo inaczej wyglądam jakbym był na haju. Poza tym, teraz jest... 7:07.
   Uwaliłem się z pomrukiem na poduszkę i zamknąłem oczy, aż tu mi do pokoju wpada Rydel.
- Ross, błagam cię. Ogarnij trochę w pokoju, bo wejść nie można.
- Ale to jest moja obrona.
- Obrona przed czym?
- Na przykład przed wkurzonymi byłymi laskami- ziewnąłem.
- Brak mi słów do ciebie, wiesz? Chciałam ci powiedzieć, że wychodzimy. Pa- powiedziała, a ja jej tylko odpowiedziałem:
- Tia, nara.
Po jakimś czasie słyszałem, że odjeżdżają spod domu, a kilka minut później, ktoś zadzwonił dzwonkiem do drzwi. Ledwo przytomny, poczochrany, z poklejonymi oczami, w bokserkach, zszedłem otworzyć. Rozpoznałem głos Laury.
- Oj, sorki. Nie obudziłam cię? To dobrze. Jest Riker?- zapytała oschle.
- Skąd taki ton?
- Nie twój interes, odpowiedz!
- Laura, oni wyszli już...
- Cholera jasna- warknęła wściekła i chyba smutna jednocześnie.
- O co ci chodzi, co?
- Nieważne...- odpowiedziała tym razem na pewno smutna. 
- Jeny, czemu ty znowu płaczesz?- spytałem, a ona tylko się do mnie przytuliła i nie puszczała. Zaskoczyło mnie to, ale i obudziło.- Dobra, mów o co chodzi.
- O to, że.... a nieważne, pa- szepnęła i odeszła do siebie.  Poszedłbym za nią, gdyby nie to, że rodzeństwo zostawiło mi kundla do opieki i tak się składa, że ten kundel usiadł mi na drodze.
- Ale weź odejdź- rozkazałem mu, a to coś tylko pomachało ogonem.
- Czego zacieszasz? Ze mnie?
Kolejne pomachanie.
- No czy tobie się coś przegrzało pod tymi kłakami? Co ty se robisz? Weź się rusz i odejdź mi stąd. Na dworek nie wyjdę. A jak mi spróbujesz do wyra wskoczyć, to ci żarcia nie dam- zagroziłem i poszedłem do swojego pokoju. Chwilę zajęło mi znalezienie telefonu, ale, gdy w końcu mi się udało, zadzwoniłem do Rikera:
Riker- Ross, ja prowadzę.
Ross- No przecież wiem. Chciałem się tylko zapytać, czemu Laura cię szukała?
Ri- Chciała ze mną pogadać, ale musieliśmy jechać ten koncert załatwiać. Miałeś iść z nami, ale oczywiście wolałeś spać. Co my jesteśmy, R4? Czy R5?
Ro- R5, ale nie o tym gadamy!
Ri- Chciała się pożalić komuś, komu ufa. Z tobą nie rozmawiała? Oj jak przykro, ciekawe dlaczego...
Ro- Ty, bez takich mie tu! Powiesz mi, o co jej chodziło?
Ri- Nie, sam ją zapytaj. Ja nie mogę gadać, pa!
Ro- Riker, ty cwelu jeden, nie rozłą.......się- nie zdążyłem.
 Walnąłem gdzieś telefon i wybrałem jakieś ubrania na dzisiaj. Z krzesła wziąłem czarną koszulkę na ramiączka, z kąta jeansy z przetarciami na kolanach no i oczywiście Conversy czarne. Ubrałem się i wyszedłem z łazienki, a w pokoju zastałem miłą niespodziankę. Laurę.
- Jak weszłaś?
- Zostawiłeś otwarte drzwi.
- Powiesz mi, dlaczego jesteś taka smutna?
- To przez... przez rodziców- powiedziała, spuszczając wzrok. Podszedłem bliżej.
- Rodzice? No tak, oni zawsze coś spieprzą... Co zrobili?
- Wczoraj rano gadałam z tatą i obiecał mi, że dzisiaj przyjadą, a dzisiaj o 6:40 napisał mi smsa, że coś im wypadło w pracy, jakiś wyjazd i będą za miesiąc dopiero- wyznała.
- Ale może tak powiedział, żeby ci zrobić niespodziankę i przyjechać?
- On? Niee... on z pracą nie żartuje.
- Może to niewłaściwy moment, ale wpadnij wieczorem. Jak nie oni, to ja cię pocieszę. Ale nie w ten "mój sposób", tylko.. inny- zaproponowałem.
- To znaczy?
- Przekonasz się ja przyjdziesz- mruknąłem jej na ucho, wziąłem kurtkę z podłogi i wyszedłem, zostawiając ją w niepewności. Tak się zamyśliła, że nie zauważyła nawet jak mijając ją, wyjąłem jej telefon z kieszeni. Widać jak na nią wpływam.
   Mówi, że rozmawiała z tatą, tak? To teraz ja sobie z nim pogadam....

♥♥Narrator♥♥

ROZMOWA TELEFONICZNA:

Damiano- Lau, mówiłem ci, żebyś nie dzwoniła jak jestem w pracy.
Ross- Ja nie jestem Laura...
D- Kto mówi? Czemu używasz telefonu mojej córki?
R- Przyjaciel Laury. Ja dzwonię w spr...
D- Posłuchaj mnie, młody człowieku. Czy ona w ogóle wie, że masz jej telefon? I jaki przyjaciel?
R- Ro... Brad. Tak, wie, sama mi dała. Dzwonię do pana w s...
D- Brad? A masz głos jak ten bezczelny Ross...
R- Wcale nie bezczelny, bez takich! Niech mi pan łaskawie nie przerywa, okej?!
D- Jak ty się do mnie odzywasz?
R- Normalnie! Dzwonię, aby poprosić, żebyście państwo przyjechali do Laury.
D- Dlaczego mam cię słuchać?
R- Bo mam wrażenie, że będąc rodzicem, powinien pan bardziej interesować się dzieckiem, niż pracą. Najwyraźniej ma pan ją gdzieś. Szkoda, że pan nie widzi jak pańska córka przez was płacze. Nawet nie zdaje pan sobie sprawy z tego, że tak się załamała, że wdała sie w towarzystwo tego całego Lyncha... - skłamał Ross.
D- Laura i on?!
R- A Vanessa z jego bratem.
D- ............... Naprawdę cierpi?
R- Bardzo...
D- To gdzie mamy przyjechać?
R- Ooo, jak miło. Do Los Angeles, dom naprzeciwko pańskiego, taki biały. O 18:30. Dzisiaj. Laura u mnie będzie, do widzenia.
D- Do widzenia...

♥♥ Ross ♥♥
No może zadowolony nie był jak mu powiedziałem o sobie i Laurze, ale przynajmniej się zgodził przyjechać. Teraz tylko się zastanawiam, jak wielki ta brunetka musi mieć na mnie wpływ, żebym tak cholernie się zmienił... Wróciłem do Laury, żeby jej potajemnie oddać telefon i tak się złożyło, że akurat go szukała. Szybko rzuciłem go na kanapę i pokazałem, że tam jest.
- No więc, 18:00 przyjdę po ciebie i tu wrócimy, okej?- zapytałem.
- Tia... - odpowiedziała ponuro i wyszła. Jak jakaś zjawa!
Zrobię coś do żarcia tylko i już. W pół godziny raczej zje, a potem jej rodzice przyjdą. Zadzwoniłem po moją bandę i zrobiliśmy wypad na miasto.

~~~~ 8,5 godziny później ~~
Jest 17:30, a ja leżę na kanapie w salonie i nie mam zamiaru ruszyć dupy, żeby coś upichcić. Z chęcią zamówiłbym z jakiejś knajpki dostawę do domu, ale nie chce mi się szukać ulotek. Tak leżałem... i leżałem... i leżałem... a tu mi dzwoni telefon:

Narrator

ROZMOWA TELEFONICZNA:
Ross- Noooom..?
Ellen- Witam, z tej strony Ellen Marano, mama Laury. Kto mówi?
R- Eeee... skąd pani ma mój numer?
E- Miło poznać, panie "skąd pani ma mój numer".
R- O jeeeny, jestem Ro.. Brad! Mam na imię Brad.
E- No więc, Brad, spóźniliśmy się na samolot i nie wiem, czy będziemy.
R- Ale jak?! Było ruszyć du.... Mogli państwo wcześniej wyjść!
E- Przykro mi, do widzenia.

♥♥ Ross ♥♥
Skoro nie przyjdą, to muszę wstać i zabrać się do roboty. O 18:00 poszedłem po mojego kotka, a gdy usiadła przy stole, nałożyłem jej jedzenie.
- Wow. Ty chyba chcesz, żebym była pasztetem, co?- zażartowała.
- Kochanego ciałka nigdy za wiele...
- Czyli gustujesz w pasztetach, tak?
- Tego nie powiedziałem...- obroniłem się.
- Jaaaaaasne...
- Jak słońce, nie? A teraz siadaj i jedz- mruknąłem, kładąc jej ręce na talię.
- E, bez takich- strzepnęła je i usiadła.
Po jedzeniu zapytała się mnie, dlaczego nie chcę znać swojej matki.
- To długa historia... Nie chcę o tym mówić- syknąłem zimno.
- Może ci pomogę jakoś?
- Pff... Cofniesz przeszłość? Nie.
- Nie, ale mogę cię wysłuchać- nalegała. Dobra, w dupie z tym.
- Po prostu mnie zlewała i zostawiła nas z ojcem, a jak moje rodzeństwo wychodziło beze mnie, jak zawsze, to on sobie do domu dziwki przyprowadzał. Serio nie chciałabyś takich rodziców, więc nie narzekaj na swoich. Masz bardzo łatwo w życiu.
- Nie narzekam na nich. Kocham ich. I nawet nie mów, że mam łatwo, bo tak nie jest. Fakt, jestem dziewczyna, ale przeżyłam więcej niż ci się wydaje.
- Raczej nie to co ja...
- No nie. Ale i tak ci nie wierzę, że się ciąłeś- oznajmiła z przekonaniem.
- A nie widziałaś, że chodzę w kurtce, długim rękawie, a jak już mam krótki, to mam bandanki na nadgarstkach?- zapytałem.
- Myślałam, że to element stroju, po tobie niczego nie można się spodziewać- przyznała i  spojrzała się na moje ręce na stole.
- Co, chciałaś zobaczyć?- spytałem, speszyła się.
- Nie wiem, to chyba za dużo na moje nerwy.
- Skoro nie wierzysz, to patrz- powiedziałem i podciągnąłem rękawy od bluzy. Pokazałem Laurze blizny, a ta zbladła. Jeździła po nich delikatnie palcem, jakby bała się, że mnie to boli.
- Tylko ty jedyna o tym wiesz- szepnąłem i schowałem te błędy z przeszłości.
- Aaa.... nadal masz te żyletki, czy wyrzuciłeś?- zapytała oschle.
- Wyrzuciłem, ale jedną zachowałem.
- Idiota z ciebie. Przecież to musiało boleć, a ty to tyle razy robiłeś- skarciła mnie i w tym momencie zadzwonił dzwonek do drzwi.
- Właśnie chodzi o to- wstałem- że ten ból był najlepszy i najgorszy za razem- podsumowałem i poszedłem otworzyć drzwi. Byli to rodzice Laury. Jednak przyszli, a to niezdecydowane osóbki, no. Ale jak mnie zobaczyli, to pomyślałem, że padną trupem.
- Przepraszamy, pomyłka- powiedziała pod nosem kobieta.
- To nie pomyłka. Lau jest u mnie.
- Ale ty nie jesteś Brad- warknął tata Laury.- Ty jesteś Ross Lynch, ten drań, o którym wszyscy piszą.
- To kłamstwa- zapewniłem.
- Ona tutaj jest?
- Nom. Laura, kotku! Ktoś do ciebie!- zawołałem ją. Specjalnie powiedziałem "kotku", a mina jej ojca była straszna.
- Mówiłam, żebyś nie nazywał mnie kotek. Nie jestem żadnym zwierzęciem, więc nie.. O matko!- krzyknęła zszokowana i szczęśliwa. Z bananem na twarzy ich przytuliła, a oni mocno to odwzajemnili. Ciekawe jakie to uczucie, być kochanym przez rodziców...  Oni się witali, a ja stałem oparty luźno o framugę drzwi i czekałem aż skończą.
- Skąd wiedzieliście gdzie będę?- zapytała uradowana Laura. Damiano spojrzał się na mnie niechętnie.
- Ten.. "Brad" nas poprosił. Czeka nad długa rozmowa, młoda damo- pogroził jej, ale był uśmiechnięty, więc mu nie wyszło.
- Serio to zrobiłeś? Ross, kocham cię normalnie!- pisnęła radośnie i rzuciła mi się na szyję. Cała nasza trójka była nieźle zdziwiona tym, ale, jak to zwykle ja, zamiast ją przytulić, zrobiłem jej rodzicom na złość i ją czule pocałowałem. 

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Na długość i ogólnie może być? Zdania mogą być chu... dupne, bo pisałam fragmenty na przerwach, zamiast się uczyć, ale cicho xD Nie wiem kiedy next, ale mam zajebiaszczego pomysła i ostrzegam, że możliwy wyciskacz łez. Zdradzę tylko, że Ross przy czymś zmięknie i coś takiego się wydarzy na plaży............ Ale ma być dużo komentarzy ☺
Klaudia ☺

sobota, 25 października 2014

Przypomnienie

UWAGA
Przypominam Wam o tym, że niedawno był dodany rozdział 24 i nie wiem, czy czytaliście, bo jest najmniej wyświetleń. Mówię to, żeby potem przy nexcie nie było "Eee... co tu robi Stormie?!", albo "Dlaczego Ross to zrobił, jak mógł?!" itd. Kiedyś na innym blogu tak miałam i niektórzy wmawiali mi, że dodałam rozdział nie na tego bloga, chociaż to oni poprzedniego nie przeczytali XD
Więc do nexta :*
Klaudia

niedziela, 19 października 2014

....

Drogi czytelniku proszę o przeczytanie poprzedniego postu zanim zaczniesz czytać tego :)
.
.
.
.
.
.
..
.
.
..
.
.
.
.
..
.
.

.
.
.

.
.
.
.
.
..

.
.
..
.
.
.

.
.
.

(..) odeszła....z urlopu!!!! :D Tak tak wróciłam :3 Wiem, że się cieszycie więc dam wam chwilkę na uwolnienie emocji............................................................ok wystarczy xD Soooooo więc tak, wróciłam i się cieszę bo mam dużo pomysłów :)  Jeśli macie jakieś propozycje do rozdziału to piszcie w komentarzu ;)
 Kocham was! 
                                                                    Alex <3

Czy to już koniec? :c

Cześć wszystkim....z bólem serca oznajmiam wam, że Alex odeszła...

.
.
.
.
.
.
.
.
.
..
.
.
..
.
.
.
.
.
.
..
.
.
.
.
Następny post ----->

piątek, 17 października 2014

Rozdział 24

♥♥Oczami Laury♥♥
Spojrzałam na naszą nową wychowawczynię, a potem na Rossa obok. Byłam w szoku, pierwszy raz nie cieszył się na widok jakiejś kobiety, wow. Patrzył się tylko na nią wytrzeszczem i nic nie mówił.
- Dzień dobry. Jak wam już powiedziała poprzednia nauczycielka, jestem waszą nową wychowawczynią. To prawda, że jesteście najgorszą klasą w szkole?- zapytała miłym głosem. Klasa, natomiast, greckim chórem odpowiedziała przeciągle "Nieee...".
- Kilku takich typów jest tutaj...- ostrzegł jeden chłopak, na co Ross zmroził go wzrokiem.
- Kilku? Czyli na przykład kto? Słyszałam o jakimś Rossie, to od was? - spytała podejrzliwie. Wszyscy spojrzeli się na blondyna.
- Skoro mnie znasz, to po chu... to po co o mnie pytasz? - warknął Lynch.
- Ross, znają cię wszyscy. I proszę cię, odnoś się do ludzi z szacunkiem.
- A czy ty mnie szanowałaś?- szepnął, ale ona nie odpowiedziała. Po jakiejś chwili ktoś zadał pytanie:
- To pani zna Rossa?
- Tak znam. To jest...
- Zamknij się!- krzyknął blondyn, gwałtownie wstając i przy okazji przewracając krzesło.
- Ross, proszę cię. Prędzej czy później i tak to wyjdzie na jaw.
- Myślisz, że nie wiem? Wiesz jak się teraz czuję? Żeby matka, która mnie zlewała, nagle pojawiła się i była nauczycielką... Jeszcze odejdziesz- warknął i wyszedł szybko z sali, prawie niszcząc drzwi. Mi się wydawało, czy miał szkliste oczy?
- No więc, wracając do tematu. Nazywam się Stormie Lynch i jak już wiecie będę waszą wychowawczynią i jednocześnie nauczycielką wdż. Hmm... powiedzcie mi coś o sobie. Zacznijmy od numeru 1.........

♥♥Oczami Rossa♥♥
Jeszcze brakuje, żeby matka mnie uczyła! Extra, po prostu... Nie będę już przeklinać, ale jak mi narobi siary przed szkołą, to się wypisuję. Po tym, jak nas zostawiła, tak o, przychodzi sobie nagle i myśli, że wszystko będzie okej. A mnie wkurzyła teraz. Wszedłem do szkolnego kibla i zadzwoniłem do Rydel.
Rydel- A ty nie masz lekcji teraz?...
Ja- Co matka robi u mnie w szkole?!
R- Co?!
J- Gówno! Jest nową wychowawczynią, zajebiście!
R- Ale co ona tu robi?... Ona była we Włoszech i nagle przyjechała?
J- Chyba chce się pogodzić, ale ja dziękuję za taką "kochaną mamusię". Przez 15 lat nas olewała. W ogóle się nie interesowała, zgaduję, że też o nas zapomniała.
R- Ty płaczesz?
J- Nie, ale zaraz wracam do domu. PA.
Rozłączyłem się i rzuciłem telefonem o ścianę. Tak, Rydel dobrze mówiła. Pierwsza łza od kilku lat pociekła po moim policzku, akurat jak wychodząc z kibla, wpadłem na Laurę. Była już przerwa.
- Czekaj. To była twoja mama?- zapytała brunetka, stając na przeciwko mnie. Szybko starłem łzę.
- A co cię to obchodzi?
- Widziałam jak zareagowałeś.
- Po prostu nienawidzę tej kobiety, nie będę ci się zwierzać!- krzyknąłem i lekko odepchnąłem ją na bok, bo tarasowała mi przejście. Wiem, taki ze mnie zimny drań, że nie szanuję dziewczyny, w której jestem zakochany. Skierowałem się do wyjścia, ale wtedy przypomniało mi się, że w sali zostawiłem plecak. Kuurr....cze, jak spotkam tę kobietę tam, to nie wiem co zrobię. Może znowu popsuję kilka temperówek... (niektórzy wiedzą o co chodzi.... ~~K.) Ale wolę tego nie powtarzać.
Wszedłem po cichu do klasy. Myślałem, że jest pusta, do czasu, aż z zaplecza wyszła... no ona, no.
- Ross, porozmawiajmy- powiedziała, stając naprzeciwko mnie.
- Nie mamy o czym. A teraz suń się, bo idę do domu.
- Odzywaj się do mnie z szacunkiem, dobrze? Mogę iść z tobą?
- Nie. Odejdź, bo mnie wkurzasz!- krzyknąłem i usiadłem na ławkę.
- Przyjęłam tę pracę, aby się do ciebie zbliżyć i naprawić stare błędy. Chciałabym też pogodzić się z resztą. Zaprowadzisz mnie do nich? Czy mam poszukać adresu w szkolnych papierach?
- A se szukaj, ja spadam- warknąłem, ale znowu mnie zatrzymała, ugh....
- Czekaj. Wstydzisz się mnie? Czy po prostu mnie nie kochasz?- zapytała niepewnie. Nawet nie zastanawiałem się długo nad odpowiedzią. Syknąłem po prostu bez uczuć:
- Wiesz co? Nawet nie zdajesz sobie sprawy, "mamo", jak dobrze było, gdy myślałem, że nie żyjesz. Tyle ci mam do powiedzenia.
Wyszedłem z sali, gniewnie trzaskając drzwiami i szedłem dalej nie odwracając się za siebie.

Następny dzień:
- Ross, pójdziesz do szkoły i nie marudź!- krzyczała mi Rydel do ucha, gdy ja sobie drzemałem.
- Nieeee...
- Bo zadzwonię po Ratliffa!
- Ale ta szkoła śmierdzi piwnicą, weź!
- Przecież wiem, chodziłam tam. Riker myślał, że śpię w piwnicy...
- Ale..
- Eeee! Nie ma żadnego "ale"! Won mi kurde do budy, już!- rozkazała, ale ja nie reagowałem.
- Rydel, Laura przyszła!- zawołał z dołu Rocky.
- O fuck...- mruknąłem i szybko zerwałem się z łóżka. W sumie, nie zaszkodzi po wkurzać matkę... Dlatego pójdę do tej cholernej szkoły, żeby się obwalili. Gdy wróciłem z łazienki, w moim pokoju ( w którym jak zwykle panował idealny "porządek") siedziała Laura i rozmawiała przez telefon. Zgaduję, po temacie i niektórych słowach, że ze swoim tatą.

~~Narrator~~

ROZMOWA TELEFONICZNA:
Laura- Ile razy mam ci powtarzać, że już się dobrze czuję?
Damiano (tata)- Ale martwię się o ciebie, wczoraj mówiłaś, że ci niedobrze.
L- Ale już jest dobrze. Lepiej powiedz co tam u was w Hiszpanii?
D- Tęsknimy za wami. Mama ciągle mówi, że chce was zobaczyć i porozmawiać o chłopakach... Jak niedługo przyjedziemu, to sobie pogadacie
L- To te rozmowy będą dość długie.
D- Czy powinienem o czymś wiedzieć? Daj mi namiary na niego, już ja go sobie przejżę. Mów mi wszysztko.
L- Ehh... Hm.. Namiarów ci nie podam, bo nie ma po co. Jeszcze nie mam chłopaka, a nawet jeśli ktoś mnie adoruje, wcale nie mówię, że tak jest, ale tak, czy siak... nie chciałbyś go poznawać. Pewnie o nim słyszałeś sporo rzeczy...
D- Pfff.. Ross Lynch to na 100% nie jest, więc czego się boisz? Po prostu powiedz jak się nazywa. Mordercą, bandytą, gangsterem, albo bad boy'em zaczej nie jest.
L- Ehhmmm... No właśnie! To wcale nie jest Ross Lynch, no przecież! Wiesz.. zaraz mam lekcję, muszę kończyć, pa. Kocham cię.
Rozłączyła się i spojrzała na Rossa, który jeździł po niej swoim uwodzicielskim wzrokiem.
- Tatuś na mnie skarżył?- zapytał, powstrzymując się od śmiechu.
- Nieee, wypytywał o chłopaków. Ma nadzieje, że ty mnie nie adorujesz, bo słyszał o twoich wybrykach. I mam prośbę. Której pewnie nie spełnisz, ale dobra. Jak moi rodzice mnie i Van odwiedzą, trzymaj się od nas z daleka.
- Nie obiecuję, że to zrobię, ponieważ bardzo interesuje mnie twoje zacne towarzystwo, a już kilka godzin jest potworne...- powiedział, udając powagę.
- Ugh.. Tata mnie przetrąci.. Okej, idziemy do tej szkoły, czy nie?
- Nie.
- Rydel, my wychodzimy. Na razie!- krzyknęła Laura i poszli do szkoły.

♥♥Ross♥♥
Nie patrząc na resztę mojej klasy i na matkę, usiadłem z Lau na naszych miejscach i zaczęło się wychowanie do życia w rodzinie. Kiedyś moja ulubiona lekcja, teraz - koszmar. Stormie kazała nam ustawić krzesełka w kółko i usiąść według numerów z dziennika. Musieliśmy powiedzieć, jak nazywa się osoba po prawej i jak najwięcej informacji o niej, a potem zmiana. Oczywiście Laura jest po mnie w dzienniku, więc siedziała po prawej stronie. Jak nadeszła moja kolej, powiedziałem:
- Ta oto dama, to Laura Marie Marano. Piękna siedemnastolatka, której rodzice pracują w Hiszpanii i uważają mnie za gangstera. Dziewczyna, która jako pierwsza mi nie uległa przy pierwszym spojrzeniu... no i to po prostu zajebista laska. Koniec.
I w tym momencie, wszystkie inne dziewczyny w klasie, spojrzały się na Lau z taką zazdrością, że ja pierdziu. Teraz ona musiała powiedzieć coś o mnie. No ciekawie...
- Ee.. Ross Lynch... Jest w zespole muzycznym, ma psa, braci i siostrę... 17 lat. Interesuje się pannami... Nie wiem! Umie gotować? Chyba.. Hmm... Jest niegrzeczny.. A, to utleniany blondyn! I nie wiem co jeszcze- wymamrotała i zadzwonił dzwonek. Teraz matma, fuck! Kolejna pała do kolekcji. Poszedłem do swojej szafki po książki, a potem do sali. Jak zwykle usiadł na ławce, a jak nauczycielka kazała mi zejść, naplułem jej na buty. Za karę, poprosiła mnie do tablicy, do jakiegoś chujowego przykładu i tak stałęm ponad połowę lekcji, zarabiając parę uwag za przekleństwa i pyskówki.
- Lynch, oblicz po prostu pierwiastek z 1733,598! To nie jest trudne- mówił ten stary piernik.
- Wkurw... mnie! Powtarzam ci kurwa, że nie zrobię tego cholerstwa! Nie wiem jak to obliczyć, nie mieliśmy tego!- kłóciłem się z nią, a ta tylko wpisywała mi kolejną uwagę.
- No brawo, brawo. Jeszcze z dwie uwagi i będzie nagana od dyrektora, a przypominam ci, że będziesz wtedy wydalony ze szkoły.
- No ty chyba sobie jaja robisz- warknąłem.- Mogę chociaż wiedzieć, jak się wylicza pierwiastek z ułanka, czy  proszę o zbyt wiele?
- Wszystko jest w podręczniku, powinieneś to umieć.
- Ja pierdolę, ale tego nie umiem, kumasz?!
- Proszę pani, ale my tego nie przerabialiśmy- odezwała się jakaś panna z końca klasy.
- Nie z tobą teraz rozmawiam. A na ciebie, Ross, szkoda mi nerwów. Siadaj, masz pałę.
- Wystarczy mi moja jedna, odrzucę propozycję.
Usiadłem z powrotem na ławce i na złość nauczycielce, rzułem gumę. Wiedziałem, że ją to wkurza, o to chodziło. Widziałem ten wzrok, którym mnie świdrowała.
- Wypluj gumę do kosza.
- Nie.
- Mam wezwać twoich rodziców do szkoły?!
- Ale żucie gumy poprawia koncentrację i wydajność mózgu, dzięki czemu na matematyce osiąga się najwięcej sukcesów- powiedziałem.
- I sam to wymyśliłeś?
- Czytałem z wystawy.
- Wyjdź z sali i kończysz lekcję na korytarzu, już! A tylko spróbuj uciec!- rozkazała i w tym momencie: "dryyyyyń" dzwonek. Uśmiechnąłem się do niej. Następny był basen. Kolejna jedynka za brak stroju. Trudno. Po jeszcze kilku lekcjach, zrezygnowałem i poszedłem na deskę do skateparku. Mam gdzieś, że z chemii był sprawdzian. Spotkałem się z gangiem, a wieczorem poszliśmy na imprezę. Do domów wróciliśmy rano. No jasne, że wcaleeee nie piliśmy. Nic a nic. W ogóle nic nie paliłem i nie spędziłem nocy z dziewczyną w pustym pokoju. A w domu jeszcze z tym kundlem Roko.. ugh! Do łóżka mi nasrał, a potem pół godziny gapił się na drzwi. Mówi się do niego, macha szynką przed nosem, ale nie. Zamknięte drzwi są o wiele ciekawsze od mięska.
     Okej, dzisiaj sobota, rodzeństwo wybywa, więc przygarniam Lau do siebie. Kit z tym, że miałem nastroić sobie gitarę, wolę Laurę. Po prostu nie mogę, z nią jest inaczej, niż z innymi. Muszę na dziś wymyślić coś extra...

************************************
Beznadziejaaaaa!! Tyle powiem na ten temat. Długo nie było rozdziału. Znowu. Ale tym razem miałam pomysł i wiedziałam jak napisać rozdział, tylko nie miałam jak -,-
Do napisania, Klaudia ♡