czwartek, 26 lutego 2015

Rozdział 36

~~ Laura ~~
  Obudziłam się w kurtce. Dziwne, najwyraźniej to nie był tylko zły sen. I pewnie byłam tak zmęczona, że zapomniałam zdjąć buty. No i kurtkę. W ogóle, to która godzina?
- Laura!- nagle usłyszałam za sobą cieniutki głosik jednego z moich kuzynów. Najmłodszy, prawie  czteroletni, ma na imię Ben. Ogólnie to wczoraj przyjechała babcia, dziadek, ciocia, wujek, druga ciocia; kuzynka, Amelia, z dziesięcioletnią córką Kiarą i jeszcze chrzestni, Maggie oraz Matt z dziećmi, Benem właśnie i Carterem. Jednym słowem SAJGON! Dzielę pokój z dwoma małymi, ale kochanymi gnomami.
- Nooo?- odpowiedziałam mu w końcu. Dopiero po chwili zorientowałam się, że Ben miał w łapkach mój telefon.- Ej, oddaj mi to.
- Hehehe, nie.
- Czemu?
- Bo nie ma dżemu. Zawsze tak mówisz.
- Ben- wstałam i przybrałam stanowczy ton. Wyciągnęłam rękę po swoją własność, jednak on zamiast telefonu, dał mi nadgryzioną parówkę.- Daj mi mój telefon.
- Ale ja rozmawiam.
- Co? Z kim?!
- Był na samej górze... Ja nie wiem kto to.
Na samej górze listy był Ross, bo to z nim ostatni raz się kontaktowałam. Świetnie, ciekawe co sobie pomyślał, otrzymując smsy typu "Ahshakahsnskaka". Tak, Ben nie umiał jeszcze pisać. Na szczęście.
- Pseplasam. Pobawimy się?? Ploooose!
- Masz Cartera, gnomie.
Pierdyliard wiadomości i jeszcze więcej nieodebranych połączeń, a do nogi przylepiony czterolatek. Lepiej być nie może. Gdzie są wszyscy?!
- Laura.
- Słucham.
- Nie lubię cię.
- Wiem, Benny. Ja ciebie też nie lubię. A teraz leć do Cartera, pewnie mu się nudzi.
I skutecznie go spławiłam. Teraz zobaczyłam godzinę. 11:48. No nieźle.
  Hmmm... Wiadomość od Rydel, to może później; Ross- usuń, znowu Ross- usuń i tak w kółko. Znudziło mi się to i kiedy chciałam zadzwonić do niego i dowiedzieć się, o co mu chodzi, rozmyśliłam się i postanowiłam zejść do reszty rodziny. Nie lubię takich spotkań. Ale przynajmniej babcię mam z głowy. Przepytuje Vanessę.
- Laura, chodź do mnie na chwilkę!- usłyszałam prośbę Maggie z salonu, kiedy szłam do kuchni. Przewróciłam oczami i podeszłam do niej ze sztucznym uśmiechem na ustach.
- Heeej- wymamrotałam uprzejmie.- Jak się spało?
- Dobrze. Naprawdę tu u was fajnie. Ale wiesz, że musimy porozmawiać, prawda?
- Yyymmm... A o czym?
- Widziałam pełno plotek w internecie. Jesteś dziewczyną muzyka?
Maggie zawsze duchem była nastolatką, mimo, że jest koło czterdziestki. Za to ją lubię. Rozumie mnie lepiej, niż mama.
- Nie, już nie. Ale chodziliśmy chwilę.
- Czy ja dobrze słyszę? Czy słuch mnie już zawodzi?- No i babcia wkroczyła do akcji. A już miałam nadzieję, że uniknę tej rozmowy.
Byłyśmy we trzy w salonie. Babcia rozsiadła się wygodnie w ulubionym fotelu i pociągnęła łyk herbaty.
- Opowiadaj- uśmiechnęła się staruszka.- Co to za chłopak?
- Żaden, jestem znowu singielką.
- Co to singielka?
Tym razem wtrącił się Ben, który przylazł tu z Carterem. Ugh! Jezu, czy teraz będę miała choć trochę prywatności?!
   Wyszłam szybko z salonu i w mgnieniu oka znalazłam się na dworze. W końcu spokój.
   Przysiadłam na werandzie i podciągnęłam kolana pod brodę, otaczając je rękoma. Nie było za ciepło, słońce schowało się za chmurami. Zaraz chyba lujnie, jak w nocy. Wpatrywałam się w podjazd i siatkę do kosza nieprzytomnym spojrzeniem. Myślałam o Rossie. Chociaż nie chciałam. Żałuję, że od razu nie powiedziałam mu prawdy, jestem idiotką. Ale on tak po prostu ze mną zerwał. Bo uwierzył w kłamstwa. Pewnie szybko znajdzie sobie nową laskę, spędzi z nią noc i porzuci. A ja dalej będę się obwiniać o głupoty.
- Cześć.
Z zamyśleń wyrwał mnie jakiś chłopięcy głos. Odwróciłam się tak gwałtownie, że aż zrzuciłam koc i zerknęłam na swojego kuzyna.
- Siema, Carter.
- Vanesska cię szuka.
Carter miał dziewięć lat, to brat Bena. Mieszkają z rodzicami w Detroit, z resztą jak reszta rodziny. W końcu to moje rodzinne miasto, tam się urodziłam.
- Co ja jej znowu zrobiłam?
- Jakiś Ross chce z tobą gadać. Więcej nie wiem.
- Dała ci cukierki, co?
- Tak.
Po tych słowach, w podskokach wbiegł do domu. Ross chce pogadać? No to będą kłopoty... A dobra, co mi szkodzi? Najwyżej ciśnienie mi skoczy.
  Już za nim zdążyłam dobrze wejść do środka, dopadła mnie Vanessa z telefonem w dłoni.
- Laura...
Przerwałam jej.
- Powiedz, że dzwonię do niego.
Słyszałam krótką odpowiedź w słuchawce "Okay", więc niechętnie wybrałam numer do blondyna. Nie musiałam długo czekać.
  Nie zwracając uwagi na całą rodzinkę w salonie, poszłam do pustej kuchni.

~~ Narrator~~
ROZMOWA TELEFONICZNA:
Laura: Co chciałeś?
Ross: Musisz tu przyjść.
L: Niby dlaczego?
R: Bo cię proszę? Dziennikarze tu są. I fanki. Chodź.
L: What the... Na cholerę ja tam?
R: Chcą przeprowadzić z nami wywiad.
L: Sam go udziel.
R: Lau, kotku...
L: Nie nazywaj mnie kotkiem, jasne?! Niech zgadnę, nagrywają tę rozmowę, nie?
R: No oczywiście, że tak. A czego się spodziewałaś? Możesz przyjść? Czy to dla ciebie za trudne?
L: Wiesz co? Przyjdę. I powiem im prawdę o tobie, debilu.
R: Nie zainteresujesz się tym, jak się czuję?
L: Cóż, wiem na pewno, że mocno jebnąłeś się w ten tleniony łeb. Tyle mi starczy. Narka.
R: Do zobaczenia, kotku.
L: Ugh!
Rozłączyła się, wściekle wkładając telefon do kieszeni. Szybko poszła do swojego pokoju i nie zważając na pytania od rodziny, zamknęła się w nim, żeby się przebrać i odświeżyć.
Wzięła krem.
- Co za palant!
Wybrała czarną koszulę w kratę.
- Cholerny egoista!
Biały podkoszulek i podarte, szare rurki.
- Jak ja mogłam się w nim zabujać?!
Czarne Conversy i zestaw bransoletek. Z tym kompletem weszła do łazienki. Pod prysznicem zaklęła pod nosem, przypominając sobie co kiedyś robiła z Lynchem. Nawyzywała go jeszcze od zboczeńców i idiotów przy robieniu makijażu, a następnie biorąc swoją skórzaną kurtkę, pognała schodami w dół. Przy drzwiach spotkała siostrę.
- Idę do Rossa/Rikera!- oznajmiły wspólnie i wyszły w tym samym czasie. Rozdzieliły się, kiedy Van podeszła pod dom Lynchów.

~~ SZPITAL, Laura ~~ 
TU JEST PUSTO do cholery! Niby fani, dziennikarze, tak? Gdzie? Ja się pytam, gdzie!?
  Korytarz prowadzący do sali, w której leżał Ross, był całkowicie pusty. Brakuje tylko tego sianka, które jest w westernach. Dodatkowo ta cisza. Ona chyba nie towarzyszy fankom, które opłakują idola w szpitalu. Ani wywiadom. Dobra, walić to. Skoro już tu jestem, to do niego pójdę. Przecież to... Nic wielkiego... Kurw... On mnie okłamał przecież, co za debil... Ugh!
  Ledwo weszłam do pomieszczenia, a już się uniosłam:
- Co ty odpierdalasz?
- Też się cieszę, że cię widzę.
Jego uśmiech był zabójczy, mimo rozciętej wargi. Poczułam, że się rumienię. No nie no, błagam. Nie teraz. 
- Wymyśliłeś to?
- Nie chciałaś ze mną rozmawiać.
- Bo nie ma o czym.
- Jest- nalegał, a z jego twarzy zniknął uśmiech.- Usiądź.
Zrobił miejsce obok siebie. Udam, że wcale nie chciałam tam usiąść. Stałam tylko z założonymi rękoma i czekałam, aż to on się odezwie. Tak, jestem uparta.
- Możemy do siebie wrócić?
Zamurowało mnie. Że... Wrócić? What? Nie, no bez jaj. To nie może być prawda. Nie wiedziałam co mu odpowiedzieć. Już chciałam powiedzieć "Sorka, ale przecież nie masz do mnie zaufania, kumplujesz się z gościem, który mnie prześladuje, no pewnie- wróćmy do siebie. A potem mnie zostawisz, bo coś o mnie usłyszysz. Nie ma mowy." Zamiast tego powiedziałam:
- Hmm... Wybacz, ale nie wracam do starych miłostek.
- Czemu?
- Ross, to jak czytanie tej samej książki w kółko i w kółko, kiedy wiesz jak to się kończy. 
- Nie porównuj mnie do czytania książki, co?- uniósł jedną brew, ale natychmiast skrzywił się z bólu. Zapomniał o szwach, a ja z przyzwyczajenia zerwałam się do niego.- No, skoro już tu jesteś, to usiądź, ko... Lau.
Usiąść, czy nie usiąść? O to jest pytanie... Nie, no nie będę taka zaborcza, już bez przesady. Ale i tak przegiął.
 Zajęłam miejsce poza zasięgiem jego rąk i wpatrywałam się w niego uważnie. Robił to samo. Patrzyliśmy sobie w oczy zdecydowanie za długo. Ale ja nie spuszczę wzroku, nie chcę wyjść na mięczaka. Zachowuję się jak dziecko, prawda?
- Powiesz mi w końcu- przerwałam milczenie- o co ci chodzi? Zerwałeś ze mną, to nie dzwoń do mnie, daj mi żyć, okey?
I znowu ta smutna mina. No ja zaraz nie wytrzymam, muszę jak najszybciej stąd wyjść.
  Nagle drzwi do sali się otworzyły, a w środku pojawił się lekarz Rossa z pielęgniarką. Ross jak tylko zobaczył kolejną dawkę leku, odchylił głowę do tyłu, mamrocząc coś gniewnie pod nosem.
- Dzień dobry, pani Lauro- przywitał się uprzejmie mężczyzna w fartuchu.- Wszystko dobrze? Pani jest dziwnie blada.
   Jak tylko to powiedział, Ross natychmiast podniósł głowę, aby na mnie spojrzeć, ale pielęgniarka kazała mu się położyć z powrotem. Warknął coś o "lekarkach z horrorów", a ja prychnęłam. Jego mina rozwalała, kiedy patrzył morderczo na strzykawkę z lekiem przeciwbólowym.
- Wszystko w porządku- odpowiedziałam, uśmiechając się.- To pewnie przez tę pogodę. 
Facet pokiwał w zamyśleniu głową i podszedł do Rossa. Blondyn ledwo powstrzymywał się przed zaśnięciem. To chyba przez te leki.
- Jak się czujesz?- Teraz lekarz zapytał jego. Ten ziewnął i odpowiedział sennym głosem:
- Spoko. A kiedy będę wolny?
- Może jutro, albo pojutrze.
Błagam, pojutrze, niech to będzie później... Jeszcze przylezie do mnie i rodzinka go pozna. Albo babcia. Uu...
- Jutro muszę wyjść.
Nagle się rozbudził. Spojrzał na mnie kątem oka i podniósł się gwałtownie na łóżku. Widziałam, że go coś zabolało, bo starał się zaretuszować grymas bólu na twarzy, jednym ze swoich uśmiechów. Zaraz po tym, jakby mu się coś zakręciło w głowie, miał takie nieobecne spojrzenie. 
  Jezu, jak on okropnie wyglądał. Podkrążone oczy, jedno podbite. Lewa brew i skroń w szwach. Trochę niżej zadrapania na policzkach. Górna warga rozcięta, a na szyi- sine ślady po przyduszaniu. (Swoją drogą dziwne, że jeszcze to nie zeszło). 
  Zerknęłam ostrożnie na jego klatkę piersiową w bandarzach. Prawy nagarstek zwichnięty. A dalej już nie mam ochoty patrzeć. 
Wiem, że nie powinnam się o to obwiniać, ale po prostu... Nie potrafię. 
 Nawet się nie zorientowałam, kiedy zostaliśmy sami. On siedział na swoim szpitalnym łóżku i wpatrywał się we mnie zaciekawionymi oczami, a ja... Ja miałam rumieńce. Tsaa, niestety.
- Narka- tylko na tyle było mnie stać? Naprawdę? Przynajmniej mi głos nie zadrżał, jak to on ma w zwyczaju. 
 Ross chciał się podnieść, ale zrobił to za szybko i z syknięciem z bólu, skulił się. A ja, jak ostatnia idiotka, przestraszyłam się, aż zaczerpnęłam gwałtownie powietrza i zerwałam się do niego. Położyłam dłoń na jego zabandażowanym ramieniu. Od razu podniósł głowę. Kiedyś już dawno rozbierałby mnie w pościeli, a teraz tylko wpatrywał mi się głęboko w oczy. Czułam dreszcze i łaskotanie w brzuchu, ale nie mogłam dać tego po sobie poznać. Nie byliśmy już razem. A mimo to... Ciągnęło mnie do niego coraz bardziej. To chore.  
  Kiedy przejechał delikatnie kciukiem po moich ustach, w jego oczach dostrzegłam tęsknotę i smutek. Ughh chciałabym go teraz przytulić i nie puszczać, ale... Gdybym to zrobiła, to bym się rozkleiła i nigdy stąd nie wyszła. 
  Nagle usłyszałam przyspieszone pikanie aparatury. Czyżby serce Rossa szybciej zabiło? A może to tylko moja chora wyobraźnia? 
  Zacisnęłam powieki, żeby nie okazać skruchy i tego, jak bardzo bym chciała być teraz z nim, w jego ramionach, poczuć znowu smak jego ust. Ponownie otworzyłam oczy, patrząc na niego lodowatym, oschłym wzrokiem.
- Pa, Ross.
Unikając jego spojrzenia, kątem oka zauważyłam, że uniesioną dłoń zacisnął w pięść, a usta ułożył w cieniutką linię. Nie, ja muszę stąd jak najszybciej wyjść, bo zaraz zawrócę i tam zostanę, do cholery.
  Z wielkim trudem wróciłam do domu i unikając pytające miny rodziny, zamknęłam się w swoim pokoju. W środku był Ben.
- Laura, pobawisz się ze mną?
W sumie... Nie zaszkodzi mi to. 
- Przynieś swoje dinozaury i roboty, to się pobawimy.

~~NARRATOR~~ 
Po wyjściu Bena, Laura została na chwilę sama. Usiadła na łóżku i wzdychając ciężko, uświadomiła sobie jedną rzecz. A mianowicie: Ross Lynch ma rozdwojenie jaźni. Innego wytłumaczenia na jego zachowanie nie było. Najpierw z nią zrywa, a potem dzwoni, wymyśla jakiś wywiad i mówi "Ey, wróćmy do siebie". 
  Przeczesała sobie ręką włosy i opadła zmęczona na pościel. Wtedy sobie uświadomiła, że łóżko było niepościelone. Ale nie przejmowała się tym. Ważne, że było wygodnie. 
   Przymknęła powieki, mając cichą nadzieję, że Ben będzie szukał swoich zabawek co najmniej godzinę, albo po prostu o niej zapomni, ale po chwili usłyszała pukanie do drzwi. Z ogromną niechęcią otworzyła lewe oko i wymamrotała:
- No wejdź, Ben.
- To nie Ben.- Usłyszała znajomy jej głos. Gwałtownie podniosła głowę i wtedy  zobaczyła tę osobę. Gość przysiadł na krześle, podpierając się o laskę.
- O co chodzi?
- Co byś zrobiła- zaczęła babcia łagodnym głosem- gdybym ci powiedziała, że moja dobra przyjaciółka znalazła dla ciebie pracę?
Laura zaniemówiła. Praca? Gdzie? Kiedy może zacząć? 
W jednej chwili podniosła się z łóżka i jednym susem znalazła się przy babci. Wpatrywała się w nią zaciekawionym wzrokiem.
- Gdzie? Jakie stanowisko?
- Właściwie to... Przesłuchanie i jakieś zdjęcia. No wiesz, przebierają cię, mówią ci jak masz się wyginać, robią takie nastroszone włosy i robią ci dużo zdjęć.
- To jest sesja zdjęciowa, babciu. Jaki casting? I gdzie?
- Do reklamy. Albo jakiegoś filmu. Nieee wiem. Ale raczej film. 
- Gdzie?- trzeci raz zadawała już to pytanie. Zdawało jej się, że babcia nie chce jej na to odpowiedzieć.
- Hiszpania. 
- Wybacz, ale nie przyjmę oferty.
Hiszpania? Laura się zastanawiała, dlaczego właściwie odpowiedziała tak szybko, bez namysłu, ani nic. Zaskoczył ją też jej stanowczy i oschły ton. 
 Babcia wydawała się zbita z tropu.
- No cóż- westchnęła z dezaprobatą.- Jak wolisz. Pomyśl o tym. 
I wyszła, pomagając sobie laską. Ledwo wyszła z pokoju, a na dole dało się słyszeć dzwonek do drzwi i energiczne pukanie. 
  Walić to, pomyślała sobie.
- Nie raz jeszcze w LA będzie casting- powiadomiła ściany w swoim pokoju. W końcu była sama. Ben nadal szukał swoich zabawek, które Vanessa przed nim ukryła. Też ją, bowiem męczył o wspólną zabawę. 
  Laura ułożyła się jak rozgwiazda na swoim łóżku i z twarzą w poduszce, założyła słuchawki. Nie wiedziała ile czasu upłynęło, ale sądząc po tym, że odpłynęła na chwilę, a za oknem zmierzchało, zdała sobie sprawę, że już po 20. Przeciągnęła się leniwie. Aż dziwne, że Ben jej nie obudził. A w dodatku na dole słyszała jak babcia prowadzi z kimś konwersację. Rozpoznała także głos Cartera, Bena, Maggie i... No właśnie. 
  Zerwała się na równe nogi tak szybko, że musiała się przytrzymać szafki, aby nie upaść. Wtedy przypomniała sobie, że na uszach ma jeszcze słuchawki, chociaż nic w nich nie grało. Rzuciła je na biurko, razem z telefonem i powoli, jak myszka, wyszła z pokoju, ostrożnie kierując się na dół.
- ... A kiedy miała cztery latka...- Babcia. Opowiadała mu kompromitujące Laurę historie z jej dzieciństwa.- Zdeptała swojego pierwszego żółwia. Pamiętam to. Albo jak Stella... Pamiętaj, młody człowieku, że jak będziesz mieć dzieci...
- Wystarczy!- Laura wbiegła do salonu, zanim babcia zdążyła dokończyć zdanie. Spostrzegła w rogu kanapy trzęsącego się ze śmiechu Rossa, Maggie w fotelu oraz Cartera z Benem, którzy bawili się w chowanego.- Babciu, mówiłam, żebyś nie wpuszczała obcych.
- Ale to nie jest obcy. Widziałam go na zdjęciach w twoim pokoju.
Laura- rumieniec. Ross- brew w górze. Taka była ich reakcja na słowa Isabelli. 
Nagle Ben się poddał i zaczął biegać wokół brunetki. Zacisnęła powieki i starając się unikać rozbawionego wzroku Lyncha, schyliła się do kuzyna, krzyczącego jej imię. 
- Ben!- zawołała, próbując go uspokoić. Zatrzymał się.- Słuchaj, Vanessa chciała się z tobą pobawić. 
Wiedziała, że to był cios poniżej pasa, ale zignorowała kuzyna i spojrzała poważnym wzrokiem na Rossa. 
- Chodź na górę.
Zabrzmiało to groźniej, niż się spodziewała, ale blondyn kulejąc, wszedł do jej pokoju i usiadł z ulgą na łóżku.
- Powinieneś leżeć w szpitalu. Debil. A jak ci się serce zatrzyma? Jesteś cały w bandażach, pogieło cię, prawda?! 
- Chciałem...
- Nie obchodzi mnie co chciałeś- przerwała mu, podchodząc do okna. Stała teraz plecami do chłopaka.- Słuchaj, zaraz stąd wyjdziesz, albo zadzwonię po pogotowie.
Martwiła się o niego. Chociaż ją zostawił. Sama się sobie dziwiła, że cokolwiek ją to obchodziło.
- Chciałem ci tylko powiedzieć...- zawiesił głos. Laura powoli się do niego odwróciła. Siedział ze splecionymi palcami, uparcie wpatrując się w swoje dłonie. Nie podnosił głowy, jakby się nad czymś zastanawiając. W pewnym momencie po prostu prychnął i powoli się podniósł. Przez chwilę stał bez ruchu, próbując pozbyć się zawrotów głowy, a potem kulejąc, podszedł do Laury. Nie patrzył jej w oczy. Wzrok skupił na ich stykających się dłoniach. Laura też to zrobiła. Na początku delikatnie bawił się jej palcami, uśmiechając się krzywo, po czym zabrał jedną dłoń i przyłożył ją do ciepłego policzka brunetki. Zarumieniła się, ale nie chciała, żeby to zobaczył. A czuła, że on na nią patrzy. Schylił się tak, aby ich spojrzenia się spotkały i nachylił się nad nią. Jej oddech był nierówny, stykali się czołami. Nie chcąc dalej tego przeciągać, odsunęła się od niego na tyle, żeby móc patrzeć mu prosto w oczy. Były nieprzeniknione. 
- Daj mi szansę- poprosił takim drżącym głosem, że Laurze przez ułamek sekundy zmiękło serce. Zrobiło jej się go troszkę szkoda. Pokiwała jednak przecząco głową, a on zacisnął powieki. Zbliżył się do niej i spróbował pocałować, lecz ona go lekko odepchnęła.
- Nie.
Zatrzymała dłoń na jego torsie. Czuła pod palcami jak mocno mu bije serce. "Nie wytrzymam, on musi stąd zaraz wyjść", pomyślała sobie.
- Lau...
Opuściła rękę i przygryzła wargę. Wkrótce po tym go przytuliła. Ross ją objął na tyle, na ile pozwalały mu na to bandaże, a twarz schował we włosach brunetki. Szybko jednak się od niego oddaliła i nie zerkając na niego, powiedziała słabym, zachrypniętym głosem:
- Idź już.
Ross nic nie mówiąc, podszedł do drzwi,  już miał je otwierać i wychodzić, kiedy Laura go zawołała.
- Ross?
- No?
- Zrobisz coś dla mnie?...
- Nooom...
- Nie przychodź jutro.
- Jasne- mruknął ponuro bardziej do siebie, niż do niej i gwałtownie szarpnął za klamkę. Nie zwrócił uwagi na Cartera i Bena, którzy stali pod drzwiami, dopóki młodszy nie pociągnął go za nogawkę.
- Czego?
- Co ci się stało?
- Coś cię boli?
Chłopcy się przekrzykiwali, próbując być coraz bliżej Rossa. W końcu ten, wyczuwszy ból w klatce piersiowej, skrzywił się i nachylił do nich. Miał wrażenie, że głowa mu zaraz wybuchnie.
- Miałem wypadek, okey? Nic mnie nie boli, coś jeszcze, czy mogę iść?
Carter uderzył go z pięści w zabandażowane ramię, niby po przyjacielsku, ale Lynch zdusił syknięcie.
- Co robiłeś u Lau?
- A to jakiś wywiad? Gadaliśmy. A teraz sorry, spadam.
Powiedziawszy to, podniósł się. Trochę za szybko to zrobił, więc musiał się podeprzeć o ścianę, aby nie upaść, a potem odszedł od nich, utykając na jedną nogę. Szybko minął salon, żeby nie wpaść na kogoś z rodziny Marano i w mgnieniu oka znalazł się na dworze. Nie miał zamiaru wracać do domu, tym bardziej do szpitala. 
- Ey, Ross?!


~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Nie chce mi się tutaj nic pisać, rozdział też do dupy. Znowu zawiodłam. Ostatnio wszystkich zawodzę, soooł... Miejmy nadzieję, że nexta dodam szybciej xD 
 Domyślacie się kto zawołał Rossa?


niedziela, 22 lutego 2015

Rozdział 35 + niespodzianka

~~ Narrator ~~
Rocky podjął bardzo nieodpowiedzialną decyzję. Kazał Rylandowi prowadzić, kiedy on w świetle mijanych latarni, czytał pamiętnik Rossa, który jego młodszy brat znalazł pod łóżkiem blondyna. Omijał pokreślone, podarte kartki, szukając czegoś o sobie. Znalazł jednak tylko jakieś denne (według niego) teksty, wpisy i rysunki.
- Skleił strony, kretyn jeden- mruknął wkurzony brunet i rzucił zeszyt na tylne siedzenie. Ryland wzniósł oczy ku niebu, ciężko wzdychając.
- Czasem mam wrażenie, że mimo wieku, jestem dojrzalszy od ciebie, wiesz, Rocky?
Chłopak nie odrywał wzroku od drogi. Rocky dopiero teraz zorientował się, że siedział na miejscu pasażera.
- Ty, a co ty odwalasz?- poruszył się nagle.- Gdzie ty siedzisz? Co ty robisz w ogóle?
- Nieee, przecież ja nic nie mówiłem parę sekund temu, niee... Sam mi kazałeś prowadzić, geniuszu.
- Siedź cicho. Nie udzielaj się, kit mi wciskasz- uparł się przy swoim, a młodszy prychnął załamany.- Pewnie mi zajomałeś kluczyki, jak czytałem.
- Ta, bo nie mam nic lepszego do roboty, nie?
Później już jechali w milczeniu. Rocky bał się, że Ryland zaraz spowoduje wypadek, albo źle skręci i wpadną do studni. Oczywiście tylko sobie to wyobrażał, jego młodszy brat jeździł całkiem dobrze.
    Około pół godziny później byli już na miejscu. Rocky wziął z tylnego siedzenia zeszyt brata, schował go w kurtce, a Rylandowi podał torbę z innymi rzeczami. Weszli w milczeniu do szpitala i od razu skierowali się do sali, w której leżał nieprzytomny Ross. Rozsiedli się wygodnie na taboretach pod ścianą. Rydel spojrzała na nich z dezaprobatą widoczną w oczach.
- Dłużej się nie dało?
Bracia wymienili się porozumiewawczo wzrokiem. Rocky pomijając wcześniejsze pytanie siostry, zadał swoje.
- A gdzie Laura?
- Pojechała do domu- odpowiedział mu Riker.- Jej rodzinka wróciła.
Rydel westchnęła ciężko.
- Że też nie mógł sobie znaleźć innego dnia na bójkę. Pojutrze są urodziny Laury, zaprosiła nas. Mam nadzieję, że Ross się obudzi.
- Ja mam nadzieję, że jeszcze trochę pośpi.- Wszyscy popatrzyli zszokowanym wzrokiem na Rylanda i Rocky'ego, którzy mówili to w tym samym czasie.
- Zabije mnie za to, że byłem u niego w pokoju!- dokończył najmłodszy z Lynchów. Zaraz po nim, odpowiedział także Rocky.
- A ja muszę... Dokończyć swoją lekturę. Nie wnikajcie.
Wyjął spod kurtki dziennik i go otworzył na pierwszej stronie. Nie zwracał uwagi na rozmowy w pomieszczeniu, był zbyt zajęty czytaniem.
" Kiedyś taki dener wkurwiający koleś mnie zapytał co sądzę o miłości, czy w ogóle wiem co to znaczy, bo nie szanuję dziewczyn. Odpowiedziałem mu, że dla mnie MIŁOŚĆ to po prostu ślepa dziwka, bez własnego życia i poczucia humoru. A jak mnie jeszcze zaczął męczyć pytaniami typu 'A dlaczego tak traktujesz laski?', zdzieliłem mu w mordę i się zamknął."
- Rocky, co ty czytasz?- Rydel teraz stała przed nim i wpatrywała się w niego zaciekawionym wzrokiem. Przed chwilę patrzył jej prosto w oczy, nie wiedząc co odpowiedzieć.
- Och, no wiesz. Takie hobby.
- Hobby? Pamiętnik Rossa?
- Skąd to wiesz?- Ściszył głos do szeptu. Rydel usiadła obok niego na podłodze.
- Ponieważ mój młodszy braciszek był na tyle mądry, że go podpisał- wyjaśniła, patrząc na niego z dezaprobatą.- Wiesz, że nie powinieneś tego robić?
- Nie matkuj mi.
    Rocky ponownie otworzył zeszyt i przeczytał ostatnią stronę, ignorując siostrę.
"Ciekawe, co byście zrobili, gdybym nagle zniknął? Tak bez pożegnania, słowa wyjaśnienia. Bolałoby? Mam nadzieję, może kiedyś tego spróbuję."
- Rocky!
- Czego?!- uniósł się. Zapomniał się, że jest w szpitalu, a obok leży jego brat. Nieprzytomny.
Popatrzył na Laurę, która właśnie przyszła do nich razem z Vanessą.- Sorki. Cześć.
- Nie masz nic lepszego do roboty?
Najwyraźniej Laura i Rydel zdążyły już sobie porozmawiać. Brunet tylko wzniósł oczy ku niebu, a następnie rozsiadł się wygodnie na skraju łóżka Rossa.
- Oj dajcie już spokój- westchnął.- Tu i tak nic ciekawego nie ma. Nazywa tylko miłość ślepą dziwką i pisze, że może kiedyś kogoś opuści. A ja szukam tylko czegoś o sobie.
- Niezła wymówka- mruknął nagle Riker, otaczając ramieniem Vanessę.- To se szukaj i przy okazji daj znać, jak coś o mnie tam wspomni.
- Mam! Ale to o Laurze.
- O mnie?- zdziwiła się brunetka.- Nie, nie. Nie chcę tego słuchać.
Rocky zrobił 'brewki', czytając kolejne słowa. Marano przez chwilę się wahała, w końcu przygryzła wargę, wykonała niepewne machnięcie ręką i odwróciła się.
- "Niedawno poznałem taką Larę Laurę. Jest nawet spoko i (...)".
- To tyle?
- Dalej jest tak troszkę gorzej...
- Dawaj.
- No dobra- kontynuował.- "(...) i mam takie cholernie debilne wrażenie, że podoba mi się bardziej, niż inne panny. Kurwa, nienawidzę, kiedy mam uczucia. Kilka razy były takie sytuacje, kiedy na przykład się całowaliśmy, że... no że serce zaczynało mi walić jak szalone i chciałem przejść do konkretów, ale wtedy wychodziłem na zboka, gnoja, dupka, palanta, jak to ona określała... Ale jak w końcu..."... Kontynuować?
Laura skinęła głową. Rocky westchnął i czytał dalej, reszta słuchała z zaciekawieniem. Przez moment było słychać tylko pikanie aparatury.
- "(...) Jak w końcu TO zrobiliśmy, to czułem się MEEEGA dziwnie. Kurwa, no serio nie wiem co się ze mną dzieje."
Kiedy skończył, spojrzał na zaróżowione policzki Laury. Ratliff się uśmiechnął zawadiacko i dawał jej sójki w bok. Zmroziła go wzrokiem, ale nie przestał, więc po chwili oboje wybuchnęli śmiechem.
- Lau- odezwała się Vanessa, gdy się uspokoili.- Słuchaj, ja już będę się zbierać.
- Dopiero przyszłaś- przypomniał jej Riker, jeszcze mocniej tuląc do siebie.- Zostań.
- Riker, jest już późno. U mnie w domu jest babcia, której obiecałam opowiedzieć swoje osiągnięcia w życiu. Laura- zwróciła się do siostry.- Idziesz ze mną?
- Zostanę z Rossem.
- Odwiozę cię- zaproponował Riker, ponownie zbliżając się do Van. O ile to "bardziej" było możliwe.
- Chłopacy, my też lecimy- zdecydowała Rydel. Bracia wbili w nią wzrok, jakby zrobiła coś niewiarygodnie głupiego.- No co? Ross chce od was odpocząć. Na 100%. I jest już późno.
- I może jeszcze mi powiesz, że mam zostawić tutaj dziennik?
Rocky wydawał się być obrażony, co sprawiało, że wyglądał komicznie. Rydel skinęła głową. Chłopak z niechęcią odłożył pamiętnik na szafkę i wyszedł z sali w milczeniu. Po chwili reszta też się pożegnała z Laurą oraz Ratliffem i poszli w ślady bruneta.
  Laura podeszła do Rossa i siadając na skraju łóżka, chwyciła go delikatnie za dłoń. Pierwszy raz poczuła od niego taki chłód, zawsze był ciepły.
- Obudzi się- odezwał się Ellington, który stał za nią.- Zostaliśmy sami.
Spojrzała się na niego spod zmrużonych powiek. Nigdy jakoś tak nie gadali ze sobą.
- Uważaj sobie, masz Rydel.
- A ty Rossa, spokojnie.
- Zerwał ze mną.
Na jej twarzy od razu zawitał smutek. Przed oczami stanęły jej wydarzenia z rana. Odruchowo zagryzła wargę, żeby się nie rozpłakać.
- Co?- Ratliff wydawał się zdziwiony.- Ale... Czemu?
Opowiedziała mu w skrócie wszystko o Drake'u i Ashtonie, o zdjęciach i reszcie.
- Przecież on cię kocha, inaczej by przecież nie walczył.
- Ostatnio mam wątpliwości.
Wyszeptała i zanim się zorientowała, po jej policzku spłynęła łza. W pewnym momencie brunet usiadł obok niej i otoczył przyjacielsko ramieniem.
- Nawet jeśli cię zostawił, to prędzej czy później przyjdzie w klęczkach. Albo nie, bo jeszcze uzna to za zboczone- oboje się zaśmiali, a po chwili Ell jeszcze dodał- Tak, czy siak, kiedyś pożałuje, że teraz cię rzucił. I to jeszcze w takiej chwili... Powinien ci pomagać. Albo skopać tych ćwoków. A jak nie on to ja to zrobię.
- Ellington...- Laura nie wytrzymała i się uśmiechnęła. Kolejna łza. 
Ratliff ją wytarł wierzchem dłoni, a Laura się zarumieniła. 
- Tak mi na imię, słucham?
- Ty jesteś mega pokręcony.
- Myślisz, że jakbym tego nie wiedział, to pokazywałbym się z Rockym publicznie? Spokojnie, jestem z Delly, nie musisz się tak rumienić na mój widok.
Pacnęła go lekko w ramię, a on odwzajemnił jej się sójką. 
- To z zimna, debilu.
- Taaak, yhmm... Jeszcze mi wmawiaj, że tu jest mróz.
- No, Antarktyda normalnie. 
Po tych słowach mimowolnie ziewnęła. To był ciężki dzień, a na dodatek ostre światło jarzeniówek drażniło oczy. 
- Zawieść cię do domu? Już późno. A ty zaraz zaśniesz. I tak się już zbieram.
Zastanawiała się nad tym przez chwilę, aż w końcu podjęła decyzję. Sennym wzrokiem spojrzała na zegarek. "22:48, cały dzień straciłam.", pomyślała sobie. 
Wstała powoli z łóżka i nachyliła się nad Rossem. "Jaki on poobijany, biedny." 
  Pocałowała go delikatnie w czoło. Przez chwilę miała wrażenie, że sprzęt szybciej zapikał, ale doszła do wniosku, że z przemęczenia jej się przesłyszało. 
 Wkrótce z Ellingtonem czekała już na taksówkę pod szpitalem. Lało jak z cebra, więc brunet dał jej swoją kurtkę.


- Laura, Laura, Laura!- Rydel była zdecydowanie nieznośna o piątej nad ranem.- Wstawaj, kurde!
- Cooo?- zamruczała zdezorientowana i zaspana Laura.- Co ty... Jak tu weszłaś? Która godzina?...
Blondynka jej odpowiedziała, nie patrząc na zegarek.
- Twoja babcia mnie wpuściła. Wpół do piątej. Dzwonili ze szpitala, rozumiesz?
- Co? Babcia? Szpital, tak wcześnie? Jezu, czy was wszystkich pos..
- Albo Vanessa. Nie odróżniam ich. Wszystko ci wytłumaczę w samochodzie, no rusz się!
Rydel wstała i pociągnęła za sobą niewyspaną przyjaciółkę. Ta zakryła usta dłonią i głośno ziewnęła, niechętnie zmuszając się do otwarcia oczu. Głos Delly był drżący i zaniepokojony, dlatego Marano założyła na koszulkę kurtkę i przebrała spodnie tak szybko, jak tylko mogła. Ledwo ubrała buty, a Rydel już pisała liścik w jej imieniu, że pojechała z nią do szpitala, bo coś tam, coś.
  Gdy były już w samochodzie z zaspanym Rikerem, Rydel postanowiła jej wszystko wyjaśnić.
- Czekaj, czekaj. Chcesz mi wmówić, że Ross...
- Nie, daj mi dokończyć. No więc, tak jak mówiłam. Kazałam dzwonić lekarzowi jak tylko się coś stanie. A że nie chciał mi powiedzieć, o co chodzi, to teraz tam jedziemy. Rozumiesz?
Brunetka przetarła posklejane oczy i skinęła głową. Tak naprawdę jej nie słuchała. Było za wcześnie, jeszcze nie ogarniała faktów. Wiedziała tylko, że Rydel ją właśnie porwała i wywozi ją do szpitala.
- Czyli- zaczął Riker opierając się ręką o drzwi- jakiś psychopata w fartuchu każe nam przyjechać, bo pewnie coś zapikało nie tak, a ta robi aferę.
- Czuję to w kościach, Riker.
- Lekarz jest psycho?- Laura zmrużyła oczy.- To Dells u mnie o wpół do piątej kurde po łóżku skacze. Człowieku, ja mam piżamę pod kurtką.
- Wszyscy Lynchowie są psycho.
Riker tylko potwierdził jej przypuszczenia. Pokiwała potakująco głową, myślami i duchem była jednak gdzie indziej. Myślała, o tym, czy jeśli teraz zaśnie, to coś ją ominie. W końcu jednak przysnęła, ale nie na długo. Rozbudziło ją gwałtowne hamowanie.
  Nadal wydawało jej się strasznie dziwne, być w szpitalu o tej porze.
   Nim się obejrzała, byli juz pod salą, w której leżał Ross. Podszedł do nich lekarz.
- Państwo z rodziny?
- Siostra.
- Brat.
- Dziewczyna.
- Dobrze, więc proszę za mną. Przepraszam, że obudziłem o tej godzinie, ale to ważne. Czy pan Ross miał kiedyś jakiś wypadek, skutkiem którego był uraz czaszki?
- Tak- potwierdziła Rydel.- Raz, ale to jak miał pięć lat, to możliwe, żeby to jeszcze jakoś zagrażało?
- Na szczęście nie, ale musiałem zapytać. Dostrzegliśmy drobne ślady na czaszce podczas prześwietlenia.
- To po to nas obudziłeś?- zapytała zirytowana Laura. Zapomniała o dobrych manierach, była zbyt zaspana. Tej nocy zasnęła tylko na dwie godziny, a potem wpadła Rydel.
  Lekarz puścił jej ton mimo uszu i spojrzał na nią spod okularów.
- Dzwoniłem dlatego, że pan Ross się chciał z wami zobaczyć.
 Cała trójka momentalnie się rozbudziła. Przekrzykiwali się nawzajem.
- Ross?!
- Gdzie on jest?
- Czego on ode mnie chce?
- Kiedy się obudził?
- Jak się czuje?
- Kiedy wyjdzie?
- Czego on ode mnie chce?
- Spokojnie- poprosił lekarz.- Która z pań to Laura?
- Ja!
- Ona!
- Ross chciał rozmawiać, podobno to coś ważnego i mimo bólu kazał natychmiast zadzwonić.
Mężczyzna w fartuchu wskazał dłonią na salę, a Laura ciężko westchnęła. Przez chwilę nie wiedziała, czy tam iść, czy udawać, że jej nie ma. Ciekawość jednak wzięła górę.
  Przygryzając wargę, udała się w kierunku wskazanym przez doktora. Miała problemy z otwarciem drzwi (była tak zmęczona, że zajęło jej chwilę zorientowanie się, że trzeba je pociągnąć), ale w końcu znalazła się w słabo oświetlonej salce.
   Przy drzwiach były poustawiane pojemniki na wodę razem z plastikowymi kubeczkami. Światło z ulicznych latarni wpadało do środka przez okna na końcu i oświetlało podłogę pokrytą linoleum. 
   Laura powoli, niepewnym krokiem zbliżyła się do łóżka Rossa. Było najbardziej oddalone, a chłopak na nim, bawił się telefonem. Gdy tylko zobaczył Laurę, od razu go schował. 
- Hej...
Podeszła bliżej. Blondyn się nie odzywał, tylko patrzył na nią swoimi ciemnymi oczami. W końcu jednak na jego twarzy pojawiły się jakieś emocje. Ale tylko przez ułamek sekundy. Ból i złość.
- Jak się czujesz?
- Jest OK.
Nie wiedziała co powiedzieć. Najchętniej by go teraz przytuliła, ale wolała nie ryzykować. Złapała go nieśmiało za rękę, jednak on natychmiast ją cofnął.
- Aaa...- dziewczyna była zmieszana- o czym chciałeś porozmawiać?
- Nie domyślasz się?
- Ale mogę cię o coś spytać? Wiem, że teraz pewnie cię wszystko boli i wolałbyś mieć tę rozmowę za sobą, ale...
- Pytaj- przerwał jej. Spojrzała na niego spod długich rzęs i przerzedziła ręką włosy.
- No... Bo wtedy przed tą bójką... No wiesz. To zerwałeś ze mną na serio?
Chłopak nie patrzył jej w oczy. Dłuższą chwilę milczał, nie odwracając wzroku od kabelków. W końcu jednak usłyszała jego cichy, oschły głos.
- Tak. 
Słowo zdawało się odbijać echem od ścian. Laura skinęła głową i wstała, nie odwzajemniając jego wzroku, jednak kiedy chciała odejść, blondyn złapał ją za rękę i przyciągnął. Zapomniał, że wszystko go boli i nieoczekiwanie poczuł niemiłe uczucie w klatce piersiowej, a głowa zaczęła nieprzyjemnie pulsować. Musiał zamknąć na chwilę oczy, bo zobaczył mroczki.
- Zostań ze mną.
Jego zachrypnięty głos sprawił, że Laura się zarumieniła. 
- Przecież ze mną zerwałeś.
- To nie musi się tak kończyć, Laura.
- To ty to skończyłeś.
- Lau, zrozum. Już ci nie ufam, rozumiesz?
- Ja nic nie zrobiłam!
Powiedziała to głośniej, niż zamierzała. Aż Ross chwycił się za głowę i jęknął.
- Nie krzycz. 
- Pa, Ross.
- Czekaj, mieliśmy pogadać.
- Po co? Już mi nie ufasz. 
- Zostań.
Mimo, że nie wiedziała po co, usiadła na skraju jego szpitalnego łóżka i wbiła wzrok w podłogę. Poczuła, że oczy jej się zamykają, ale nie dała tego po sobie poznać.
- Opowiesz mi swoją wersję wydarzeń?
- Już ją znasz. Te zdjęcia to po prostu przeróbki. Zrobione w ramach chorej zemsty za to, że odmówiłam seksu z kolesiem. Sam się przekonałeś jaki jest silny, boję się go. Kto jak kto, ale ty powinieneś się pierwszy zorientować, że to fejki. Nie raz widziałeś mnie w bieliźnie...
  Znowu się nie odzywał. Patrzył tylko na sufit i zastanawiał się, co teraz zrobić. W końcu jednak odnalazł dłonią jej dłoń i złączył ich palce razem. Laurę przeszedł dreszcz.
- Dlatego chciałaś wyjechać? Bo jakiś gościu cię prześladuje? Wystarczy, że naślę na nich bandę i...
- To dlaczego nadal tego nie zrobiłeś?- zabrała rękę i wstała.- Wszyscy cierpią.
- Bo Ashton jest moim kumplem, a Drake... Stary znajomy z podwórka, trochę się poprztykaliśmy i teraz jest jak jest. To przeze mnie teraz się znęca nad tobą. Chce mi ciebie zabrać, jak ja mu kiedyś zabrałem laskę. Czyli Jo. Widzi ile dla mnie znaczysz i się mści.
- Nie mogę tego słuchać... Jak mogłeś mi nie powiedzieć?!
- Nie krzycz.
- Ty jesteś nienormalny! Jestem tylko przedmiotem w waszej patologicznej grze, tak? Ugh!
- Laura, więcej nie przychodź. To koniec, rozumiesz? Trzymaj się ode mnie z daleka.
- Nie miałam zamiaru. Jesteś zwykłym dupkiem.
Warknęła i wyszła z sali, gwałtownie zamykając za sobą drzwi. Na korytarzu napotkały ją dwie pary zdziwionych oczu. 
  Z trudem powstrzymywała się od płaczu i drżącego głosu.
- Odwieźcie mnie do domu.
Nie czekała na jakąkolwiek odpowiedzieć, dlatego żeby ukryć łzy cieknące po policzkach, odwróciła się na pięcie i skierowała do wyjścia. Rydel skinęła głową w jej stronę, po czym popatrzyła stanowczym wzrokiem na Rikera. Od razu zrozumiał o co jej chodzi i poszedł za Laurą.
  Rydel westchnęła zaciekawiona tym, co się stało między Rossem a Laurą. Zdążyła zauważyć łzy brunetki.
  Otworzyła wielkie białe drzwi i od razu pomaszerowała na sam koniec sali. Jej gumowe podeszwy tenisówek były praktycznie niesłyszalne na linoleum, co sprawiło, że kiedy zbliżyła się do brata, jego serce ze strachu szybciej zabiło. Teraz nie mógł tego ukryć.
- Cześć, Ross. Jak się czujesz? Coś cię boli? Ty płaczesz?
- Nie, weź się ogarnij. Trochę mnie głowa boli, żebra, brzuch... ręka, noga, twarz... Wystarczy? Czy coś jeszcze? A, właśnie. Czuję się jak gówniany tchórz. Znowu.
- Znowu?
Blondynka usiadła na skraju łóżka, a on z cichym jękiem się trochę przesunął. Nie patrzył jej w oczy, chociaż czuł na sobie jej wzrok. Po kilku sekundach odpowiedział jednak głosem pozbawionym emocji:
- Nieważne.
- Ross, wyglądasz jak zombie.
To stwierdzenie było takie nagłe, że blondyn mimo panującego między nimi napięcia, zaśmiał się. Mruknął coś niezrozumiale pod nosem i przymknął oczy.
- Szczera jesteś.
- A co, mam kłamać? Powiedz mi, co zrobiłeś Laurze?
Znowu milczenie. To denerwujące milczenie. Ileż można? Rydel już się denerwowała. W sali było słychać ich oddechy i przyspieszone bicie serca Rossa. W końcu nabrał powietrza do płuc i się skrzywił.
- Dells, idź już.
- Porozmawiajmy. I tak muszę czekać, aż Riker po mnie wróci.
- A gdzie on jest?
- Odwiózł Laurę. Wiesz, że nas zaprosiła na jutro? Mówiła ci? Chciała, żebyśmy poznali jej rodzinę. No babcię, kuzynów i tak dalej.
- Nie, nie mówiła mi.
- Co się stało?
- Zerwaliśmy. Po prostu.
Mówiąc to, załamał mu się głos. Nie uszło to uwadze Delly. Uniosła jedną brew do góry i popatrzyła wyczekująco na brata. Nadal miał zaciśnięte powieki, a usta układały się w cieniutką linię. Z jego twarzy wyczytała ból, niepewność i... smutek?
- Rydel...- wyszeptał wreszcie- Jaaa... już jej nie ufam, ale... Jezu, to chore.
- Ale ją kochasz.
- Nie wiem. A tak w ogóle, to kto pozwolił Rocky'emu  czytać mój dziennik?
Rydel zamurowało. Nie wiedziała co odpowiedzieć. Chciała się dowiedzieć więcej o jego rozmowie z Laurą, ale tak szybko zmienił temat, że zapomniała o tym.
- Skąd wiesz?
- Słyszałem. I widzę go na szafce. A tylko Rocky jest na tyle głupi, żeby ruszać moje rzeczy. A z resztą. Nieważne. Zostaw mnie już.
- Jak chcesz. Wiesz co? Przykro mi.
- Czemu?
- Bo się oddaliliśmy od siebie. To pa- pożegnała się i wstała. Za oknem powoli się rozjaśniało. Była już za dwadzieścia szósta. Chłopak jak zwykle chwilę pomilczał, a potem po cichu poprosił drżącym głosem, żeby go przytuliła. Trochę się zdziwiła, ale nie dała tego po sobie poznać. Delikatnie go objęła, a po jakimś czasie poczuła coś ciepłego i mokrego na swoim ramieniu. Podniosła głowę i zobaczyła, że Ross ma mokre oczy. Unikał jej spojrzenia, więc oddaliła się bez słowa i zostawiła go samego. Wydawało jej się, że usłyszała jeszcze za sobą ciche "Przepraszam", ale pewnie jej się przesłyszało.
  Wyszła na korytarz oświetlony jarzeniówkami i odruchowo zmrużyła powieki. W porównaniu z tamtą salą, było tutaj za jasno. Minęła kilku lekarzy i wyszła głównymi drzwiami. Na dworze panował półmrok, więc stanęła pod latarnią i zaczęła się rozglądać po parkingu. Samochód Rikera stał tam, gdzie go poprzednio zostawili. Podeszła tam i okazało się, że za kierownicą czekał na nią brat, a z tyłu spała Laura. Zmierzyła go chłodnym spojrzeniem i usiadła obok brunetki. Natychmiast otworzyła oczy. Były zaszklone.
- I jak?- zapytała sennym głosem. Rydel pokiwała tylko głową i odpowiedziała:
- OK. Ale dlaczego wy płaczecie? Oboje.
Rikerodpalił silnik i wyjechali na drogę.
- On i płacz? No nieźle. Zerwaliśmy. Po prostu.
- To z kim ty teraz pójdziesz na bal?
- Jaki bal?
- Zimowy. W waszej szkole- wyjaśniła.- Ciągle o tym mówił, że chce cię zaprosić, czy jakoś tak.
- Ale tego nie zrobił. I nie zrobi. Pewnie weźmie jakąś nową laskę, albo w ogóle nie pójdzie- wzruszyła ramionami i przeczesała dłonią włosy.- Nie obchodzi mnie to.
Rydel już nic nie mówiła. Oparła się o drzwi i patrzyła na mijane ulice. Nagle w samochodzie rozległa się głośna muzyka. Wszyscy podskoczyli, a Laura sięgnęła po swój telefon.
ROZMOWA TELEFONICZNA:
- Halo?- odebrała znudzonym głosem.
- Lau, nie obrażaj się na mnie.
L: Nie dzwoń do mnie.
R: Bardzo jesteś na mnie zła?
L: Nie, w ogóle. Ross, zerwałeś ze mną bez powodu.
R: Dotarło to do mnie teraz. Proszę, wróć.
L: Jestem zmęczona.
R: Zobacz jak się zmieniłem przez ciebie. Teraz już nawet nie umiem dobrze przywalić, a kiedyś kur...
L: Widzisz? Znowu mnie o coś obwiniasz, tak? Dobra, odwal się ode mnie, nie dzwoń więcej.
R: Laura...
Rozłączyła się i schowała komórkę do kieszeni. Westchnęła ciężko, odruchowo odwracając głowę do Rydel. Patrzyła na nią pytającym spojrzeniem, ale się nie odezwała. Laura była jej za to wdzięczna. Uśmiechnęła się tylko i resztę drogi przejechali w milczeniu.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
No hej... Nawaliłam na całej linii. Przepraszam. Ostatnio mam za dużo roboty, jeszcze teraz doszła choroba i szlaban na neta (pisałam o tym w odpowiedzi na jeden z komentarzy), ale udało mi się coś napisać. I pewnie wyszło beznadziejnie, prawda? Przepraszam za wszelkie błędy, szybko pisałam xd Ale kiedy nie miałam weny, wykorzystałam czas na zrobienie zwiastuna, czy czegoś w tym stylu. Późno na zwiastun, wiem, ale kit. To ta niespodzianka. Nie wiem, czy Wam się spodoba, ale mam nadzieję, że się na mnie nie gniewacie za bardzo, co? Proszę, komentujcie. 58 osób obserwuje bloga, a z ok. 20+ i Anonimki komentują.
   Jeszcze raz przepraszam i mam nadzieję, że mnie nie zabijecie...
https://www.youtube.com/watch?v=evB-jAUbXi0&spfreload=10


sobota, 31 stycznia 2015

Rozdział 34

~~ Narrator ~~
(...) Para przekroczyła próg szkoły i od razu doznali szoku. Momentalnie wszyscy, którzy znajdowali się na korytarzu, zwrócili wzrok na Laurę i wkurzonego Rossa obok niej. Wszędzie w szkole były porozwieszane zdjęcia brunetki. Ale nie takie zwykłe, tylko przeróbki. Obrzydliwe, chamskie przeróbki. Jakaś kobieta w wyzywającej bieliźnie z doklejoną głową Laury. Mimo, że to oszustwo, było tak dobrze zrobione, że ciężko było innym określić, czy to prawdziwe fotki. Ross omal nie wybuchnął, jednak wziął kilka wdechów i wycedził przez zęby:
- To dlatego nie odbierałaś?- zerwał jedno zdjęcie i rzucił nim w brunetkę.- Nie chciałaś, żebym ci przeszkadzał, co?
- Ross, to nie tak. To znowu...
- Nie zwalaj wszystkiego na tych chłopaków, okej?! Sama jesteś sobie winna! A teraz? Dowiaduję się, że moja dziewczyna jest "do wynajęcia".
- Możemy pogadać na spokojnie? To naprawdę nie ja- mówiła przez łzy. W blondynie się już gotowało. Ledwo się powstrzymywał, nigdy nie był tak wściekły. Mocno chwycił ją za ramię i zaprowadził za szkołę, żeby nie robić awantury przy innych. Po drodze minęli Ashtona i Drake'a, czyli tych, którzy odpowiadali za zdjęcia.
   Gdy już byli za budynkiem, Ross oparł się o mur, żeby ochłonąć. Oczekiwał wyjaśnień.
- Ross, bo... ja cię okłamałam z tą wyprowadzką- powiedziała smutno, spuszczając głowę.
- Jest jeszcze coś o czym nie wiem? Może wcale nie masz na imię Laura, co? Może to tylko "pseudonim artystyczny"?! Gdzie wczoraj byłaś?
- No, poszłam się spotkać z nimi i... No i tak wyszło, że...
- O taki film ci chodziło? To on miał być powodem rzekomej przeprowadzki?- starał się panować nad emocjami, lecz nie wychodziło mu to. Trzymał ręce w kieszeniach, żeby jej nie uderzyć.
- Kłamałam z tym filmem! Nie chciałam ci mówić prawdy, bo to za bardzo boli, rozumiesz?!- krzyczała  łkając. W tym samym czasie zadzwonił dzwonek na lekcje, ale oni nadal byli w tym samym miejscu.
Ross nic nie odpowiedział, tylko pokręcił rozbawiony głową.
- Nie wierzę ci. Sorry, zrywam z tobą. Nara, dziwko- warknął wściekły i odszedł, zarzucając kaptur na głowę.
- Co? Ross, czekaj! Musisz mi uwierzyć! ROSS!- pobiegła za chłopakiem i stanęła przed nim. Wzniósł oczy ku niebu i odepchnął ją.
- Nie chcę z tobą gadać, rozumiesz?!- wydarł jej się w twarz i ruszył dalej przed siebie. Laura stała z tyłu i nie wierzyła w to, co właśnie się stało. Zebrała się w sobie i postanowiła powiedzieć Rossowi, co tak naprawdę się wczoraj wydarzyło.
- Drake się do mnie dobierał.
Poczuła napływające do oczu łzy, przez chwilę żałowała, że to powiedziała. Na szczęście Lynch się zatrzymał. Powoli zaczął się zbliżać do Laury. Był zbiorem gniewu, złości itd. Miał dosyć na dziś, a tego co usłyszał, nie mógł nie wyjaśnić.
- On chciał mnie... rozebrać. Ale ja odmówiłam, krzyczałam... A wtedy on mnie prawie... Ross, przepraszam- rozpłakała się na dobre.- Pewnie to jest ta zemsta, o której mówił. Iiii... zobacz co mi zrobił.
  Dziewczyna odsłoniła kawałek ramienia i oczom Rossa ukazała się litera "D". Będzie po tym blizna. Wciągnął głośno powietrze do płuc. Tym razem nie wytrzymał długo.
- Jaką on ma teraz lekcję?- wycedził, ale nawet nie czekał na odpowiedź. Poszedł do budynku, a Laura pobiegła za nim. Teraz na pewno żałowała, że mu powiedziała. A tym momencie się go bała, był nieobliczalny. Mimo to, próbowała go powstrzymać od głupstwa.
- Ross, zatrzymaj się!- krzyczała i pociągnęła go za rękę, lecz on się wyrwał i szedł dalej. Znalazł na planie lekcji co Drake ma teraz, po czym skierował się do sali od francuskiego. Na ścianach, tablicach, na podłodze i w śmietnikach były te przeróbki, co powodowało u Rossa jeszcze większą wściekłość. Wpadł do sali i od razu odnalazł wzrokiem chłopaka. Zacisnął zęby, nie zwracając uwagi na zszokowanego nauczyciela oraz na przestraszoną Laurę i rzucił się z pięściami na Drake'a. Od razu wokół nich zrobiło się zbiegowisko.
- Ross, uspokój się!- rozkazał nauczyciel, podchodząc do bijących się chłopaków. Zamiast ich rozdzielić, oberwał w brzuch od Drake'a i upadł na podłogę.
- Chciałeś ją zgwałcić!- wydzierał się blondyn, okładając gościa po twarzy.
- Zasłużyła sobie suka!- odkrzyknął brunet i odepchnął chłopaka tak, że ten przewrócił ławkę i skończył na ziemi. Dostał kilka kopniaków w plecy, po czym ledwo wstał, chwiejąc się i z całej siły uderzył przeciwnika w twarz tak, że poleciał na ścianę. Lynch go przyduszał, a reszta nawet nie reagowała.
- To wszystko przez to, że raz się zderzyliście?! Czy ty jesteś normalny, człowieku?!
Po tych słowach, muzyk został kopnięty w brzuch, a potem kilka razy uderzony słownikiem w głowę. Miał już połowę twarzy we krwi, ponieważ miał rozcięty łuk brwiowy i rozwalony nos. Ledwo słał się na nogach, nie miał już sił i kręciło mu się w głowie. Gdy resztkami sił kopnął w żebra Drake'a, zachwiał się i podparł o ścianę. Nic nie widział, kilka osób pobiegło po pomoc. Brunet szyderczo się uśmiechnął i chwycił Rossa za włosy. Chłopak jęknął z bólu.
- Pożałujesz tego. Ty i twój koleżka. Moja banda się wami zajmie, nie pozwolę, żebyś ją skrzywdził- wycedził jeszcze po cichu, ale i tak groźnie.
- Pff, zobaczysz, ta twoja dziwka jeszcze będzie moja- zaśmiał mu się w twarz. Ross kolejny raz podbił mu oko, tym razem drugie. Wstał z ziemi, ale nie na długo. Drake z całej siły popchnął go na ścianę, a blondyn zjechał po niej i stracił przytomność. Ostatnie co słyszał, to krzyk ludzi z klasy, nauczycieli i płacz Laury. Brunetka złapała go za rękę, nie wierzyła, że przez nią to wszystko.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
- Słucham? Jak to w szpitalu?!- Rydel odebrała telefon od dyrektora szkoły, że Ross, jego "kolega" oraz nauczyciel zostali przewiezieni do szpitala. Wiedziała, że coś złego się niebawem zdarzy, ale nie sądziła, że aż tak złego. Była zszokowana.
- Doszło do bijatyki, kilka osób opowiedziało mi, jak to się stało. Pani brat dość mocno uderzył głową o ścianę i przyjechało pogotowie. Chciałbym prosić, aby jak najszybciej przyjechała pani do szkoły i od razu wszystko pani wytłumaczę. To nie jest rozmowa na telefon- ostatnie słowa mężczyzny sprawiły, że blondynka musiała usiąść, żeby nie upaść. Bardzo bała się o brata, szczególnie dlatego że ma uraz głowy, a w dzieciństwie omal przez to nie było tragedii... I jak ten jest tak silny, jak poprzedni, to jego szanse są marne.
- Oczywiście, zaraz będę. Mogę z bratem?
- Dobrze, tylko proszę się pospieszyć. Do widzenia.
Dziewczyna rozłączyła się i od razu pobiegła po Rikera, który rozmawiał z Vanessą przez Skype'a.
- Riker, zbieraj się- rozkazała, wchodząc bez pukania.
- Nie widzisz, że gadam? Później pojedziemy po zakupy. No mówię ci, Van. Od kiedy pojechałaś, ona tylko mi o...
- Ross jest w szpitalu! Musimy jechać do dyrektora- powiedziała, chodząc w tę i z powrotem.
- Co?!- zdziwił się blondyn razem z Vanessą. Rydel rzuciła mu kurtkę, po czym zbiegła na dół. Tam gotowa czekała na brata, który żegnał się z dziewczyną. Gdy już zszedł, wsiedli do jego auta i jak najszybciej pojechali pod szkołę, gdzie czekał już dyrektor. Przeszli do gabinetu i tam im wszystko wyjaśnił. Podał adres szpitala, w którym przebywa Ross, po czym wrócił do papierów.
- Riker, a jeśli on się nie ocknie? Co wtedy?- panikowała Delly, wsiadając do samochodu. Starszy brat odpalił silnik i wyjechał z parkingu.
- Na pewno Ryland zajmie jego pokój. Już mi nie będzie doradzał co mam zrobić dla Van, zwolni się jedno auto i...- chciał kontynuować, ale skarcił go wzrok Ryd.- No na pewno się ocknie, przecież to jest Ross. Gorsze rzeczy go spotykały i wychodził z tego cało.
- Może masz rację- uspokoiła się trochę.- On da radę.

~~Laura~~
Matko, co ja narobiłam?! Przeze mnie on może nie przeżyć. Mogłam mu nie mówić tego co mi Drake zrobił, ale nie wytrzymałam. Nie zapomnę, jaki był wtedy wściekły. Bałam się go. Kolejny raz widziałam jak się bije, ale teraz to było straszne. A najgorsze jest to, że mogłam go powstrzymać, ale kiedy widziałam tą krew cieknącą z jego twarzy, zrobiło mi się słabo, nie mogłam się ruszyć. Nikt nie mógł. To był za duży szok. Poza tym byli w takim szale, że znokautowali nauczyciela! A to wszystko przeze mnie. Gdybym wtedy w Londynie nie nastroiła mu gitary... nie. Gdybym wtedy nie poszła po bułki z Vanessą, to byśmy się nie znali i by tego nie było. A moi rodzice dalej siedzieliby w Hiszpanii, nie poznałabym R5, Rylanda... I pewnie mieszkałybyśmy dalej w Londynie.
  Dobra, koniec użalania się nad sobą. Muszę się ogarnąć. Przecież lekarze tam są, mają wiedzę, odpowiedni sprzęt i tak dalej. Lepiej będzie jak po prostu usiądę na krześle i poczekam.
  O nie, co się dzieje?! Gdzie oni go wiozą?! Dlaczego się tak spieszą?! Wszystko pika, a on ma drgawki!
   Ja tutaj popadnę w paranoję. Fakt, że pielęgniarka dała mi jakieś leki na uspokojenie, ale nie zadziałały.
    Usiadłam na krześle i schowałam twarz w dłonie. Pozostawało mi tylko czekać.
     Nagle poczułam jak ktoś kładzie mi rękę na ramieniu. Podniosłam głowę i zobaczyłam przed sobą Rikera. Kawałek dalej Rydel rozmawiała z pielęgniarką. Wstałam i przytuliłam się do chłopaka, wypłakując mu się w ramię.
- Czemu on to zrobił?- zapytał, gdy już się trochę uspokoiłam.- Przecież on wiedział, że ma nie ryzykować teraz.
- No tak, ale...- zawahałam się- to jakby przeze mnie.
- A gdzie on jest?- tym razem odezwała się Rydel. No to powiem jej prawdę...
- Wywieźli go gdzieś. Lekarze biegali wokół niego, coś tam krzyczeli, miał drgawki, był podłączony do różnych sprzętów, płynów, pełno kabli... A twarz cała we krwi, poobijana... To straszne. Wszystko moja wina.
- Przestań się użalać nad sobą. Ross gorsze wypadki miał, a to zwykła bójka, każdemu się zdarza- Riker był wyluzowany. Zazdroszczę mu tego opanowania.
- Lau-  zwróciła się do mnie Delly- powiesz mi co się stało między tobą a Rossem, że tak się obwiniasz?
- Noooo- zawahałam się- dobra, od razu chodź po coś do picia.
Riker został na korytarzu, a my poszłyśmy szukać baru w szpitalu.
- No, spowiadaj się.
- Zobacz- wyjęłam z plecaka jedno ze zdjęć, które wisiały w szkole.- Pełno tego jest. A wiesz dlaczego? Taki Drake i jego kumpel Ashton mnie dręczą, a to za to, że z tym Drakem się RAZ zderzyłam. Temu drugiemu czegoś odmówiłam i tak się zaczęło. A wczoraj, co tak szybko wyszłam, to się z nimi spotkałam, żeby dali mi spokój. Za to Drake chciał mnie, no rozebrać. Ale się wyrwałam, to on mi oznaczył ramię literą "D". No i do domu wróciłam ok.3 w nocy, więc już nie oddzwaniałam. Ale jak dzisiaj przyszłam z Rossem i zobaczył te przeróbki, zaprowadził za szkołę i zerwał ze mną. Nazwał mnie dziwką i odszedł, a żeby go zatrzymać, powiedziałam co się stało wtedy, a on... wściekł się. Potwornie się wściekł i zaczął szukać tego Drake'a, potem ta bójka i tak dalej... Resztę znasz- wyjaśniłam i w końcu odnalazłyśmy ten bufet.- Jestem egoistką.
- Wcale nie. Po prostu go kochasz. Pomyśl sobie, że on to wszystko robi dla ciebie. Chciał cię ochronić, prawda? Uratował cię kiedyś od jakiegoś stukniętego mafioza, prawda? Znacie się od lipca, jest listopad. Jesteście razem już... czekaj. Od końca sierpnia. On nigdy z żadną dziewczyną nie był tak długo.
- Kawa z mlekiem razy dwa- złożyłam zamówienie, gdy kobieta za barem się już niecierpliwiła. Potem zwróciłam się do blondynki- Rydel, on ze mną zerwał. Koniec "wielkiej miłości" i tej twojej Raury.
- I herbata z melisą na uspokojenie dla tej pani- dodała do zamówienia, po czym mnie przytuliła.- On i tak cię kocha. Czuję to w kościach. A jak mi się coś wydaje, to tak jest. Widzisz, miałam przeczucie, że niedługo coś złego się stanie. I miałam rację! Mój brat leży w szpitalu- odparła zadowolona. Po chwili jednak dotarło do niej, co powiedziała.- Matko boska, mój młodszy braciszek jest w szpitalu! Walczy o życie, może umrzeć! Co ja mam zrobić?!
Szarpała mnie za ramiona, wydzierając się na połowę budynku.
- Herbatka z melisą razy dwa. I jedną kawę z mlekiem- poprawiłam zamówienie i usiadłam z Rydel przy stoliku. Po odbiorze napojów wróciłyśmy do Rikera, który siedział zniecierpliwiony przed salą.
- Już coś wiadomo?- zapytałyśmy jednocześnie, zajmując miejsca obok. Pokiwał przecząco głową. Cały czas nieobecnym wzrokiem wpatrywał się w drzwi.
- Co chwilę to pikanie się zatrzymuje, jest cisza... Tylko ci lekarze. W kółko któryś tam wbiegał, nie wiem- zmieniał innego? Nie chcą nic mówić.
  Zapadła głucha cisza. Podsłuchiwaliśmy co się dzieje w sali. Tylko pikanie serca, które co chwilę znikało oraz stukot narzędzi. Nagle ktoś do nas podszedł. Okazało się, że to jeden z lekarzy.
- Państwo od tego chłopaka? Od Rossa Lyncha? Rodzina?- zapytał mężczyzna. Pokiwaliśmy głowami na 'tak'. Doktor wziął głęboki wdech i spojrzał Rydel w oczy.
- Nie będę owijać w bawełnę. Szanse pana Lyncha są znikome. Ma pękniętą czaszkę, wstrząśnienie mózgu, podbite oko, rozcięty łuk brwiowy oraz dolną wargę, zwichniętą rękę, kilka drobnych urazów na głowie, poobijane żebra i najgorsze- serce się zatrzymuje. Przez liczne kopnięcia pacjent ma również urazy wewnętrzne i...
- Doktorze! Pacjent dostał krwotoku, proszę szybko!- krzyknęła pielęgniarka, wychylając się zza drzwi. Mężczyzna nas przeprosił, a następnie wbiegł do sali.
  Krwotok? Serce się zatrzymuje? Pęknięta czaszka? To nie może być prawda. On musi przeżyć. Nie wierzę w to, jestem w szoku.
   Kolejny raz dzisiaj rozpłakałam się. Riker, mimo, że także nie był w najlepszym stanie, próbował nas pocieszyć. Mnie i Rydel.
- Mogę o coś zapytać?- uśmiechnął się blondyn. Otarłam łzy.
- O co?
- Dlaczego go okłamałaś z tą wyprowadzką?
Zawahałam się. Nie wiem, czy powiedzieć prawdę, czy znowu skłamać. Nie lubię oszukiwać bliskich mi osób, ale to...
- To jest trudne.
- Wiesz, mamy czas.
- Mam po prostu dość- wydukałam i podeszłam do sali, w której operowali Rossa. Nic nie było widać, co jeszcze bardziej mnie niepokoiło.
- Dość czego?
- Wszystkiego, rozumiesz?- odwróciłam się.- Niszczenia wszystkiego, krzywdzenia bliskich, tej całej sprawy z Ashtonem i Drakem, kłótni z rodzicami... W ogóle życia- te ostatnie słowa wypowiedziałam ledwo słyszalnym, łamiącym się głosem.- Zobacz, Ross może umrzeć. Gdybym się nie pojawiła w waszym życiu, teraz by tego nie było.
-  Nie obwiniaj się o to, jesteś naszą przyjaciółką i potrzebujemy cię. Zmieniłaś Rossa na lepsze. Wszystko będzie dobrze, pamiętaj. Jam jasnowidz.
- Już prędzej Rydel jest jasnowidzem.
- Co ja?- obudziła się.- Wybaczcie, ale ja tego nie zniosę, muszę się przespać.
Mi w sumie też by się przydała drzemka.
~~ 3 godziny później, narrator ~~
Rydel i Laura spały z opartymi głowami o ramiona Rikera, tak, że był unieruchomiony z dwóch stron. Dodatkowo musiał iść do kibelka, ale nie chciał budzić dziewczyn. Nawet nie miał jak zadzwonić do reszty, żeby przyjechali, więc pisał smsy.
Nagle drzwi od sali się otworzyły, a blondyn gwałtownie wstał. Delly i Lau zderzyły się głowami, przez co się obudziły. Gdy tylko zobaczyły co się dzieje, w tym samym czasie podeszły do lekarzy. Pielęgniarki wywoziły nieprzytomnego Rossa i zawiozły go do sali niedaleko.
- I co z nim?- zapytała cała trójka. Lekarz chwilę się zastanawiał. Przez ten czas zdążyli przyjść Rocky, Ryland oraz Ratliff, Calum i Jo. Ostatnia dwójka dowiedziała się o wypadku od Laury.
- Wszyscy jesteście z rodziny?
- Kumpela- odezwała się Joan, a po chwili także Cal i Ell.- Przyjaciele.
- Jestem jego dziewczyną, to się liczy, prawda?
Mężczyzna nic nie odpowiedział, po prostu stał i wpatrywał się w papiery.
- Niech wam będzie- odezwał się w końcu.- Pan Lynch będzie żył, ale na chwilę obecną zapadł w śpiączkę. Nie wiemy kiedy się wybudzi. Na razie jego stan jest stabilny. Dzięki szybkiej operacji udało się ocalić czaszkę i opanowaliśmy krwotok wewnętrzny.
- Możemy do niego wejść?- niecierpliwiła się Laura. Czy lekarze nigdy nie mogą powiedzieć po prostu "Jest okay, możecie wejść"?
- Pojedynczo proszę.
- Ja pierwszy!- krzyknął Rocky, po czym pobiegł do sali. Oczywiście pomylił drzwi. Szybko się poprawił. Wszedł do właściwej, ale po minucie wyszedł z szyderczym uśmiechem na ustach.
- Co ty zrobiłeś?- zapytało rodzeństwo Lynch i Ellington. Jo się zaśmiała. Jak zwykle Rocky w takich sytuacjach rozluźniał atmosferę.
- Jaaaa??? Niiiiiic... Rocky tam był...
- Dobra, zaraz się okaże, czy "nic".
Laura odeszła od wyszczerzonego Rocky'ego i poszła do sali, w której leżał Ross. Dostrzegła go na końcu jasnego pomieszczenia. Był podłączony do najróżniejszych kabli, ale nie miał koszulki. Co wcale jej nie przeszkadzało. Podeszła bliżej. Na głowie miał bandaże, szwy na łuku brwiowym i podbite oko. Wyglądał tak niewinnie, bezbronnie na tym łóżku, przy płynach... Jak śpiący maluch. Tylkooo trochę poobijany. Na klatce piersiowej miał siniaki, a na lewej ręce gips. Nagle Laura zobaczyła coś, co na 100% było robotą Rocky'ego. Wąsiki namalowane markerem i napis na gipsie "Rocky tu był". Zaśmiała się cicho, a następnie usiadła na taborecie obok łóżka Rossa. Bała się go dotknąć, chociaż za rękę, bo myślała, że to go boli. Odważyła się jednak i chwyciła jego dłoń. Nie odzywała się, tylko wysłuchiwała spokojnego, jednostajnego bicia serca chłopaka.
- Ross- odezwała się w końcu- Przepraszam cię za wszystko... Teraz przeze mnie cierpisz. Zniknę i będzie lepiej, zobaczysz. Szkoda, że mnie nie słyszysz. Chociaż, to chyba dobrze. Nie sądzę, żebyś chciał mnie widzieć po tym wszystkim... Wybacz.
Ostatnie słowa wyszeptała i wstała. Zostawiła go w sali i wyszła.  Na korytarzu dalej stał uśmiechnięty Rocky.
- I co ten idiota zrobił?- zapytała Jo, pokazując na bruneta, któremu sięgała ledwo do ramienia.
- Rocky tam był. I dość szybko Rossowi wyrosły wąsy.
- No bo ja jestem zajebisty- wtrącił się nagle Ratliff. Wcześniej przytulał Rydel, a teraz ścianę. Rocky go odrzucił.
- Ryland- powiedziała blondynka- pojedziesz z Rockym po trochę ubrań itd. dla Rossa, okey?
- Ale dlaczego akurat ja?
- Bo cię proszę.
- Ale jak Ross się dowie, że grzebałem w jego rzeczach, to mnie zakopie żywcem. Poza tym znaleźć coś w jego pokoju to sztuka.
- Dostaniesz dwie dychy.
- Zgoda!
Zgodził się. Rocky kiwał głową, mrużąc oczy i powtarzał pod nosem "sprzedawczyk mały".
- Ey ey ey. Ja też dostanę, nie? W końcu on ma w pokoju węża. Pamiętasz? A jak coś na mnie wyskoczy z szafy?- marudził Rocky, co już doprowadziło parę pielęgniarek do śmiechu.
- Nie zdziwiłbym się, jakbyś znalazł kilka staników- powiedział Riker, po czym spojrzał się na Laurę jak zboczeniec.- Niektóre osoby wychodziły z tego pokoju trochę lżejsze, że tak powiem.
- To u was rodzinne, prawda?- zapytała Laura, gdy chłopcy już poszli. Rydel i Ell siedzieli u Rossa.
- Ale co?
- Zboczenie. Słyszałam, co planujesz dla Vanessy.
- Właśnie, co ona lubi? Muszę to wiedzieć.
- Na pewno nienawidzi grubasów w stringach, fuu. Skoro już jedziecie na plażę, toooo naucz ją serfować.
- Ale ona umie.
- Człowieku, ona ledwo na szpilkach ustoi, a co dopiero na desce. A na kolację owoce morza.
- Fuuu, nie!- podeszła Jo, ciągnąc za sobą Caluma.- Nigdy nie rób dziewczynie owoców morza. Wiesz mi, znam się na tym. Na twoim miejscu to bym z nią na piwko poszła.
- Jo, błagam. Chodź już- piszczał rudzielec.- Z Rossem jest okey, a ja jestem śpiący. Chyba wiesz co mi obiecałaś, nie? Chcę wiedzieć, czy jesteś w tym dobra, jak mówił zboczuś.
- Czy wy...- zawahał się blondyn.- Zabezpieczcie się.
- Tak, tak. Tatusiu- zaśmiała się Joan i przytuliła Rika tak, aby Cal był zazdrosny. Jeszcze się uśmiechała i przedłużała. Na koniec dała mu całusa w policzek.
Calum się niecierpliwił.
- Już?
- Czekaj, chcę się ze wszystkimi pożegnać.
Podeszła do Lau i mocną ją wyściskała, po czym wbiegła w podskokach do sali w której leżał Ross. Reszta zbliżyła się do drzwi i obserwowali co brunetka robi. W tej chwili przytulała Ratliffa, potem Delly, a ostatniego Rossa. Mimo, że był nieprzytomny, nachyliła się nad nim i cmoknęła w czoło. Laurze podskoczyło ciśnienie, ale wiedziała, że przesadza. Oni byli po prostu przyjaciółmi, nic więcej.

~~ Rocky ~~

 Przyjechaliśmy do domu i od razu poszliśmy pod pokój Rossa. Niech Ryland otworzy, jeszcze coś na mnie wyskoczy.
 - No ruchy- poganiał mnie, tupiąc niecierpliwie nogą. Pogięło go?- Otwieraj te drzwi, bo coraz bardziej się boję.
- Ale jak tam są jakieś pułapki?- zapytałem.- Albo wąż mnie zaatakuje? Stracisz swojego kochanego, starszego braciszka.
- Czyli będzie wolny pokój. Tylko zrób mi przysługę i najpierw posprzątaj tę pizzę spod materaca.
- Cooo? Nadaje miły aromat do snu!
- Tak, tak. A potem się dziwimy, dlaczego nie możemy cię obudzić. Właź.
Wepchnął mnie do środka i od razu poczułem lekki smrodek niewyniesionych śmieci, które leżały w workach obok szafy. Zaraz po mnie wszedł Ryland.
- Łooo stary, ale pokój ma wielki. A ja to muszę się męczyć w klitce pod schodami.
- Nigdy tu nie byłem...- rzekłem, podziwiając niesamowity... bajzel w pokoju. No jak tak można zaniedbać coś tak zajebistego?! Z krzesła zwisały brudne koszulki, dywan zastępowały spodnie, na szafach były bokserki i skarpetki, okna zasłonięte. Na biurku (połamanym oczywiście) walały się papierki po batonach, brudne talerze oraz papiery.
- To co my mieliśmy wziąć?
- Na pewno skonfiskować mazaki- zdecydowałem i zacząłem potajemnie przeglądać papiery na parapecie. Nadziałem się na skartpetkę. No ładnie.
- Wiesz może gdzie on trzyma czyste rzeczy?- Ryland nachylił się nad łóżkiem, żeby... a w sumie to nie wiem, po kiego grzyba to zrobił, ale wiem tyle- nachylił się, wlazł i spadł. A po co, to nawet on sam nie wie. 
    Za szafką znalazłem dwie czyste koszulki... Może wystarczą? Spodnie ma na sobie, to najwyżej przepłucze w zlewie i po wszystkim. 
- Dobra, koszulki są, szczoteczka też, pasta się znajdzie...- wymieniałem pod nosem i wrzucałem rzeczy do reklamówki. Trafiły tam też trampki, ładowarka do telefonu oraz lakier do włosów.
- Ey, Rocky!- krzyknął Ryland i wystawił głowę... spod łóżka? WTF? Aha, ok. Nie, no spoko, przecież ja nic nie mówię.
- Czego?
- On tam ma gry, konsole, kompa, kasę, jakieś majtki (tak Ewelino, to z myślą o Tobie xdd ~ od aut.) iiiii... jakiś zeszyt z gitarą.
- Zeszyt? Pokaż go- rozkazałem i wyrwałem mu go. Czyżby pamiętnik? Mój braciszek "bad boy" pisze pamiętnik? Haha, no nieźle.
- Ty sobie nie myśl- jęknął RyRy, kiedy wywlukł się spod łóżka.- Ja go konfiskuje, Ross tam opisał swoje patenty na podryw. Przydadzą mi się.
- Nie tylko na podryw... Haha, nasz Rossy pisze tutaj teksty jakichś romantycznych piosenek, opisuje swoją idealną dziewczynę, wyznania i uczucia. Ty, coś o mnie!- zdziwiłem się i przeczytałem fragment.- Jaki gościu! Ja ładnie maluję!
- Aha, wmawiaj to sobie- mruknął Ryland. Czy w tych czasach nikt już nie docenia prawdziwej sztuki?- Zwijamy się już? Ciary mnie przechodzą, jak sobie pomyślę, że Ross się dowie, że tu byliśmy. Jestem za młody na śmierć, wiesz?
- Czekajta, ja tu się dorwałem do ciekawej lektury, nie przeszkadzaj mi teraz.
- Ups, wybacz- rzekł z udawaną uprzejmością i wypchnął mnie z pokoju, zabierając po drodze reklamówkę z rzeczami naszego brata.
   Kurde, serio zaciekawił mnie ten dziennik. Nie sądziłem, że Ross ma tyle... Uczuć.

∆∆∆∆∆∆∆∆∆∆∆∆∆∆∆∆∆∆∆∆∆∆
Hejaa! Rozdział byłby wcześniej, gdyby nie to, że jak dodawałam, brat popsuł router i cały rozdział się wziął skasował. No i od nowa musiałam.
Mam nadzieję, że mnie nie zabijecie za wysłanie Rossa do szpitala? I za popsucie Raury xd. 
Co myślicie o znalezisku chłopaków? O pamiętniku blondaska? 
KOMENTUJCIE, kochani ❤
Klaudia 

sobota, 24 stycznia 2015

Rozdział 33

WAŻNA NOTKA POD ROZDZIAŁEM, KONIECZNIE PRZECZYTAJ.

~~ Ross ~~

Siedziałem na kanapie w salonie u Laury i pisałem z Jo. Miała pomysł jak pozbyć się tych typów z życia Lau, tyle, że to było dość ryzykowne dla mnie- przynajmniej po ostatnich wydarzeniach. Krótko mówiąc- chciała, aby banda ich po prostu "sprzątnęła".
    Gdy skończyliśmy gadać, oparłem głowę o oparcie i załorzyłem słuchawki na uszy. Włączyłem rocka na full i odpłynąłem. Przynajmniej na chwilę, dopóki nie przyszła Laura.
- Ross, możemy pogadać?- zapytała i nieśmiało podeszła bliżej. Usiadła na moich kolanach.
- Co, chcesz zerwać, co?
- Nie, skąd ci to przyszło do głowy? Pewnie zauważyłeś, że ostatnio trochę chodzę nabuzowana, nie?
- Tak troszeczkę...- uściśliłem, mrużąc oczy. Spuściła głowę i sięgnęła do kieszeni spodni.
- Zobacz- podała mi zwinięty w rulonik świstek.- To było w szkrzynce. Ross, oni wiedzą gdzie mieszkam, boję się ich i w ogóle wszystko się wali, rodzice z Van wyjechali do rodziny i jeszcze te zagrożenia w szkole... Mam już dość.
Po jej policzku spłynęła pojedyncza łza, którą wytarłem opuszkiem palca.
   Już mam po dziurki w nosie tych patafianów. Powoli zaczynam się przekonywać co do pomysłu Jo.
- Jakoś se poradzisz- powiedziałem beznamiętnie.
- Serio? Tylko tyle mi powiesz? Zero pocieszenia, ani nic? No dzięki, myślałam, że chociaż na ciebie mogę liczyć. Najwidoczniej się pomyliłam- wyszeptała zawiedzionym głosem i wstała. Westchnąłem ciężko. Nigdy nie ogarnę bab. Co ja źle zrobiłem?
- Pierdzielę- mruknąłem wściekły na siebie.- Laura, czekaj!
Dziewczyna nie słuchała tylko poszła na górę. Poszedłem za nią. Przecież teraz mi żyć nie da. Muszę ją przeprosić, czy coś. Chryste, jaki ja grzeczny przez nią jestem, masakra!
  Wszedłem za nią do jej pokoju. Siedziała na parapecie, wpatrując się nieobecnym wzrokiem w dal. Znowu. Ileż można?
- Laura?- zapytałem. Nawet nie drgnęła. Usiadłem na łóżko i czekałem aż coś zrobi. Potwornie mi się nie chciało jej przepraszać, nienawidzę tego uczucia.
- Kobieto, jesteś tam?- podszedłem do niej. Niechętnie przeniosła smutny wzrok na mnie. No w końcu!
- Wyjdź z mojego domu- rozkazała cicho, spuszczając głowę.
- Nie- odrzekłem stanowczo, kucając tak, żeby patrzeć jej w oczy.- Nie wyjdę.
- Nie potrzebuję twojej łaski, wynoś się.
- Ja nie okazuję łaski- przypomniałem.- Lauro, naprawdę cię... przepraszam- wydukałem z trudem. Nastała chwila ciszy.
- Co? Czekaj, mówiłeś coś?- zapytała uśmiechnięta.- Że mnie co? Czy Ross Lynch właśnie mnie PRZEPROSIŁ?
- O nie, pożałujesz tego- udałem, że się wkurzam. Ona tylko grała?! Oszukała mnie? Jestem z niej dumny.
- Pfff, co mi niby zrobisz? Nic. Raczej mnie nie zgwałcisz, nie?
- Jesteś tego pewna?- uśmiechnąłem się jak zboczeniec, a na jej twarzy zawitał grymas niezadowolenia. Wziąłem ją na ręce i "niechcąco" potknąłem się, lądując na jej łóżku. Nachyliłem się i zacząłem ją... łaskotać. Krzykami mogła obudzić LA, albo Rocky'ego. Ooo jego obudzić to sztuka.
- Ross, przestań!
- Magiczne słowo?
- Abra ka dabra?
- Nie, strzelaj dalej, bo nie przestanę- zaśmiałem się.
- Au! Ross! Nie wiem! Avada kadabra?!
- Nie jestem Hieńkiem Portierem, chociaż lubię ten film. No jedziesz, bo nie mam cię już gdzie łaskotać.
- Kocham cię, debilu- wydusiła i przyciągnęła mnie za kawałek koszulki do siebie. Wykorzystałem to i pocałowałem ją w usta. Po chwili wstałem, a ona zaproponowała:
- Pójdziemy do twojego rodzeństwa? Dawno ich nie widziałam.
- Rocky pewnie jeszcze chrapie, Rydel też, a Rik pisze z Van, Ryland to nie wiem, może poluje na laski? Nie opłaca się...- próbowałem się wykręcić, ale ona dalej obstawała przy swoim.
- Trudno, urządzimy im pobódkę. Poza tym, chyba musisz wziąć rzeczy na ten tydzień jak będziesz u mnie. Zapomniałeś?
Westchnąłem i musiałem się poddać nie miałem odwrotu. Wyszliśmy z domu, trzymając się za ręce i poszliśmy do mojego rodzeństwa. Otworzyłem drzwi (na szczęście miałem klucz) i moim oczom ukazała się dość dziwna scenka. Riker prawił Ratliffowi o czymś kazanie, Rocky próbował rozmawiać z kimś przez telefon. Masakra, jakie on głupoty gadał. Nawet jak na niego. Do tego był w szlafroku Rydel w Hello Kity. Ludzie, z kim ja mieszkam? Delly i Ryland grali w moją grę na Play'u. O niee, Ryd i Play Station? Wtf?! I to jeszcze MOJA gra.
- Halo!- krzyknąłem, przerywając koszmar Ella.- Ktoś przyszedł, nie? - Ross, chodź na słówko- rozkazał Riker. O nie, teraz moja kolej na ochrzan, jak zgaduję.
- Stary, uratowałeś mi skórę- szepnął Ratliff, odchodząc szybko od blondyna. Wszyscy się teraz witali z Laurą, a ja z Rikerem przeszliśmy do kuchni.
- To czego chcesz?- spytałem oschle.
- Domyślam się, co robiłeś w nocy. U Lau. Więc... mam kilka pytań...
- Odnośnie... tego?
- A i owszem. Jesteś już doświadczony, jak zgaduję po ilości prezerwatyw w twoim pokoju.
- Do czego zmierzasz?- byłem coraz bardziej zaniepokojony pytaniami brata.
- Jak mam uwieść Van, żeby potem... no wiesz?
- Cooo??? Co ty..?- byłem rozbawiony i zszokowany za razem.
- Dobra. Nie było tematu, cicho- odparł zawiedziony. No dobra, pomogę niedoświadczonemu, STARSZEMU bratu z dziewczyną.
- Upij ją. A tak serio, to pojedźcie do naszego domku nad morzem, kup wino, upichcij coś, a reszta sama przyjdzie.
Kuwa, jaki ze mnie psycholog. Przegięcie.
- Oh, i to tyle? Po prostu? Dlaczego ja na to nie wpadłem?
- Bo masz inny mózg...- mruknąłem pod nosem i chciałem wyjść, ale Riker mnie zatrzymał. Spojrzałem się na niego pytającym wzrokiem, a on położył mi rękę na ramieniu.
- Dzięki za radę, stary- powiedział i zrobił coś, czego nienawidzę. Od dziecka się za to wkurzam, a oni dalej swoje. Riker wziął mnie pod pachę i wyczochrał włosy. Zaczął się chichrać i wybiegł z kuchni. Przez chwilę poprawiałem sobie fryzurę, a potem ruszyłem za nim.
- Gdzie jest Riker?!- krzyknąłem, wpadając wściekły do salonu. Miny reszty były niedoopisania.
- Eeee... wyszedł z domu... - odpwiedziała Rydel, parztąc na mnie jak na wariata.- Co wyście tam robili?
- Zamilcz, kobieto- uciszył ją Rocky, który nadal gadał przez telefon. Ale już przebrany. Czyżby nowa laska? No to trochę go powkurzam...
   Podszedłem bliżej i zacząłem go papugować.
- Nie, to tylko mój brat idiota!- wrzeszczał do urządzenia, próbując mnie przekrzyczeć.
- Mój brat idiota!
- Zamknij się, cioto. Nie, nie ty! Brat!- był już poddenerwowany. Reszta się śmiała.
- Zamknij się! Nie, nie brat, ty, cioto!
- Kurwa!
- Gdzie?... A, po drugiej stronie telefonu, tak?- matko, jaki ze mnie idiota.
- Nie! Ugh... Idź stąd. Nicole, nie ty. Ten patafian Ross.
- Nicole?- zdziwiłem się. To ta jego laska to Nicole? Aha... myślałem, że Rose. Taka ruda pizda, wkurzająca strasznie. I ten głos. Jakby odgłos, gdy zbliży się mikrofon do głośnika. Ughh... Na dodatek nie lubię jej imienia. Jakoś tak.
- Tak, Rossy. Nicole. Zajebista dziewczyna i nie pozwolę ci zajomać mi jej sprzed nosa. Więc łaskawie- wypier papier- warknął i trzepnął mnie w głowę.
- Też cię kocham, braciszku.
- Fuu, zabieraj ze mnie te łapy, jeszcze niedaleko mazaków.
- Ty wszystkich kochasz, Ross- wtrąciła się Laura. Podszedłem do niej i objąłem ją od tyłu.
- Jaki ty uczuciowy się zrobiłeś- stwierdził Ratliff, całując Rydel w policzek. Wtf, czy ja o czymś nie wiem?
- A może coś brałeś? Pokaż gały- rozkazał Ryland i podszedł do mnie, zabierając mnie tym samym od Laury. Jego ręka była już niebezpiecznie blisko mojego oka, ale w ostatniej chwili go odepchnąłem.
- Bez takich mie tu, młody. Nikt, powtarzam NIKT nie będzie mi tykał tego- pokazałem na moją twarz- swoimi brudnymi łapskami.
- Okey, to ten sam Ross co kiedyś- rzekł zawiedziony.
- Eeemm... ja... ja muszę iść- powiedziała nagle wystraszona Laura, czytając coś w telefonie. No nie no, co znowu?
- Co jest?- zapytała zaniepokojona Delly. Zaraz zacznie panikować bardziej, niż to jest potrzebne. W tym samym czasie wyszedł Rocky.
- Bo... No muszę. To nic poważnego, ale po prostu...
- Zostań chociaż do obiadu- poprosił mój młodszy brat.
- Ale...
- Proszęęę- przerwała jej cała trójka.-  Nie widziałyśmy się tak długo, a ty chcesz już iść?- dodała Rydel, podchodząc do brunetki. Ja opierałem się o ścianę na drugim końcu pokoju i obserwowałem to.
- A ty?- sis zwróciła się do mnie.- Nie chcesz, żeby została?
- Jak chce iść, to jej nie trzymajcie- wzruszyłem ramionami. Przeżywają jak mrówka okres. Przecież jeszcze nie raz się zobaczą. Po co to wszystko?
- No to pa- pożegnała się smutno dziewczyna i wyszła. Usiadłem na kanapie, a następnie wyciągnąłem telefon z kieszeni.
- Ross, pogadajmy- poprosiła Delly. O nie.. kolejne kazanie.
Chłopacy poszli na górę, a ja zostałem sam z siostrą. Panowała niezręczna cisza, czekałem aż zacznie.
- No więc... dlaczego ją tak traktujesz?
- Taki jestem, tego nie zmienisz.
- Coś się dzieje, czuję to w kościach.
- To źle czujesz- syknąłem, odwracając wzrok. Nie chciało mi się z nią gadać.
- Kochasz ją w ogóle? Czy jesteś z nią dla jaj?
- A bo ja wiem? Jest spoko, ale czasem już mam dość.
- Dlaczego?- wierciła mi dziurę w brzuchu. Nosz co za uparte stworzenie siedzi naprzeciwko mnie. Tylko Roko tu brakuje. O nie... O wilku mowa.
- Zobacz, pies chyba chce iść na dwór- zmieniłem temat.
- Ross!
- Sorry, spieszę się gdzieś, paa- krzyknąłem i wybiegłem z domu. 

~~ Rocky ~~
Idiota, idiota i jeszcze raz idiota. Ze mnie i z Rossa. Zadzwoniła Nicole, próbuję normalnie pogadać, ale nie! Ten kretyn musiał się wtrącić, oczywiście. Poprosiłem dziewczynę o spotkanie, aby normalnie porozmawiać i lepiej się poznać. Wszystko fajnie, okey. Tylko jeszcze nie wiem gdzie mam ją zabrać.
    Teraz czekałem na nią w parku na ławce. Chciałem po nią podejść, ale nie podała mi adresu.
    Nagle koło mnie usiadła Nicole. Uśmiechnęła się promiennie, ukazując rządek białych zębów. Jej włosy były delikatnie powiewane przez chłodny, listopadowy wiatr.
- Hej- przywitała się.
- Ładne spodnie- palnąłem głupotę. Przecież to były zwykłe, czarne legginsy. Strzeliłem facepalma.- To znaczy.. yyyyy hej! Tak; cześć, siema, hej, hejo, hejka, siemka, siemson, szczała i tak dalej... Robię z siebie debila, prawda?
- Tak troszeczkę. Ale to słodkie- o Jezusie, dlaczego ona jest taka urocza? GŁUPI ROCKY.
- Aaa tak w ogóle, to kim jest ten cały Ross?- zapytała. Mój uśmiech zastąpił grymas niezadowolenia.
- Brat. Młodszy. I głupszy. Typowy podrywacz, a nawet bardziej, niż "typowy". Zmienia dziewczyny jak rękawiczki, kilka razy była opcja, że byłby ojcem, ale za każdym razem to był fałszywy alarm. Ale nie mówmy o nim, tylko o tobie.
- Więc tak... Urodziłam się w Polsce, moja mama była Amerykanką, a tata Polakiem. Jestem najmłodsza z rodzeństwa. Przeprowadziłam się tutaj z ciocią jakieś 16 lat temu. Mam czterech starszych braci, to masakra. Peter, Paweł, Michael i Bartek. Zwariować można. Kiedyś mnie zrzucili ze schodów, bo udzielała im się nuda... Ale koniec o mnie. Nie lubię zbytnio o sobie gadać- twoja kolej- uśmiechnęła się i oddała mi pałeczkę (w przenośni rzecz jasna).
- Skoro już o rodzeństwie mowa- jest nas pięcioro. Najstarszy Riker, potem siostra Rydel, ja, Ross i Ryland. Gram w zespole rockowym R5 z kumplem Ratliffem. Ale bez Rylanda, on jest DJ'em. Rodzice nas zostawili, ale to nieważne.
- Uuu, współczuję. Moi zostali w Polsce, mieszkam z braćmi u cioci. Jakbyś chciał, to możesz wpaść.
- Dzięki.
Potem łaziliśmy po mieście, poszliśmy na plac zabaw, odwiedziliśmy sklep z czarami, a na koniec odprowadziłem ją do jej domu i wróciłem do siebie.

~~ Rydel ~~
Jest już po 22, a Ross nadal nie wrócił. Na początku myślałam, że siedzi u Laury, ale w domu Marano nie świeciło się ani jedno światło. Mam nadzieję, że nie wplątał się w coś. Znowu. Mam wrażenie, że niedługo stanie się coś złego. Z nim, albo z Lau. Lub z obojgiem. Nie wiem, ale to takie głupie uczucie. Na dodatek Ross zawsze był chętny do rozmowy, a dzisiaj? Spławił mnie dennym tekstem, że się gdzieś spieszy.
   Nagle drzwi gwałtownie się otworzyły, a w nich stanął Ross. Szybko wstałam z kanapy, a on zamknął je za sobą.
- Co jest?- zapytałam zaniepokojona. Spojrzałam się na niego pytającym wzrokiem, ale odwrócił głowę. Przełknął głośno ślinę, jakby próbując się uspokoić.
- Nic- wydukał w końcu.- Po prostu coś nie wypaliło i... To długa historia, a ja jestem zmęczony, sorry.
- Ross, powiedz mi co się dzieje. Pokłóciłeś się z Laurą?
- Nie, ale ona ma dużo wspólnego. Wiesz... muszę to komuś powiedzieć, a ty jesteś jedną z niewielu, którym ufam.
Byłam w szoku. To co musiało się stać? Raczej coś poważnego, skoro mój brat powiedział coś takiego.
Zdjął kurtkę i usiedliśmy na kanapie.
- A gdzie Lau?- spytałam ciekawa. Spuścił wzrok.
- Nie odbiera telefonu, ma wyłączony, a każdej nocy ładuje,nie możliwe, że jej zdechł. Wiesz co jest najgorsze? Że podpadła komuś, a ja nie mogę jej pomóc. Oczywiście odmawia im... TEGO,... bo mówi, że mnie kocha. Ale sama widziałaś, że nie układa nam się najlepiej. No i kurwa zobacz, jaki jestem słaby. Kiedyś to bym opierdzielił im ryje, a teraz? Wykorzystuję bandę do tego. Ja już nie wiem kim jestem.
- Jesteś...
- Mięczakiem- przerwał mi i wstał. Zagrodziłam mu drogę i spojrzałam mu w oczy.
- Jesteś Ross Shor Lynch. Mój kochany, młodszy braciszek, który miał w życiu więcej dziewczyn, niż ocen w szkole. Kto jak kto, ale ty najlepiej wiesz kim jesteś. Masz kilka tysięcy żon, laski cię uwielbiają, masz rodzinę, na którą możesz liczyć i Laurę. Matko, jaki ze mnie psycholog...
- Sporo lasek, ale większości nawet nie pamiętam. Poza tym, jak ja mam pomóc Laurze? Przeze mnie ma teraz kłopoty- warknął i kolejny raz chciał odejść, ale go zatrzymałam. Wzniósł oczy ku niebu.
- Idź do niej- uśmiechnęłam się.-Ona cię potrzebuje.
- Laury nie ma w domu! Chuj wie gdzie jest! Telefonu też nie odbiera, nie rozumiesz tego?!- krzyknął i tym razem pobiegł na górę.
Zrezygnowana usiadłam na kanapę. Włączyłam swoją ulubioną playlistę i totalnie odpłynęłam.
   Ok. 3 w nocy obudziło mnie chrapanie Rylanda. Masakroooo jak to się roznosi na dole! Spać nie można.
   Poszłam do kuchni, aby się czegoś napić. Wszyscy w domu już spali, słyszałam wyraźnie. Cztery chrumczące śpiochy.
  Wzięłam kilka łyków wody, po czym odstawiłam szklankę do zlewu. Nie chciało mi się spać, więc usiadłam na blacie i zaczęłam patrzeć przez okno. Mój wzrok zatrzymał się na domie Laury, gdzie paliło się światło. Dziwne... była sama, a w całym domu było jasno.
   Uznałam to za zwidy, ewentualnie jakiś sen. Przetarłam oczy i pomaszerowałam do mojego pokoju na górze. Przebrałam się w piżamę, a następnie ułożyłam się wygodnie w łóżku. O dziwo szybko zasnęłam.

~~ Następny dzień, narrator ~~

    Nie tylko Rydel obudziło chrapanie Rylanda. Rossa także. Tylko, że w przeciwieństwie do starszej siostry- blondyn się zemścił. Zszedł na dół, gdzie był pokój RyRy'ego i urządził wejście smoka. Wpadł do niego, waląc patelniami i wylał na biedaka miskę lodowatej wody z dodatkowymi kostkami lodu.
Młodszy szybko skończył drzemać, spadając z łóżka.
- Co ty odwalasz, debilu?- mamroczał pod nosem zaspanym głosem. Ross się tylko śmiał.
- Chrapiesz.
- Ty nie lepszy! A oprócz tego, w nocy słychać czasem jeszcze inne dźwięki, na które jestem za młody- marudził Ryland, podnosząc się z podłogi. Blondyn spojrzał na niego z poliwaniem. W końcu była... 6 rano.
- Moja wina, że masz pokój pod moim?
- Tak, bo mogłem mieć twój. Mówię tylko, że dźwięk po rurach tak "troszkę" się niesie.
- Dobra, idź i nie marudź- mruknął Ross i wrócił do siebie. Nie przywyknął wstawać tak wcześnie rano. Dla niego 6 AM to jeszcze noc.
Chłopak wybrał z szafki ciemne spodnie, czerwoną koszulę w kratę oraz bieliznę i poszedł do łazienki. Pół godziny zajęło mu ułożenie włosów.
   Zszedł na dół o 6:40. Miał do wyjścia aż dwie godziny, to jakiś rekord.
   Ku jego zdziwieniu w kuchni siedział Ratliff. A przecież drzwi były zamknięte...
- Stary, jak ty...
- Wiem gdzie trzymacie zapasowy klucz- odpowiedział mu z wyprzedzeniem.
- Kurde, ty szpiegiem jakimś jesteś, ja nawet nie wiedziałem o drugim kluczu.
- Bo ja jestem ninja.
- Ninja?
- Ninja.
- Okeeeeeey, nie wnikaaaaam...- odparł lekko zszokowany blondyn i powoli się oddalił do lodówki.
- A tak w ogóle to...
- Nie, nie chciało mi się jeść śniadania u siebie i poza tym, mam ochotę zrobić pobudkę Rydel- znowu go uprzedził. Ross powoli zaczynał się zastanawiać, czy jego kolega nie jest czasem niewykrytym jeszcze wybrykiem natury.
- Koleś, przerażasz mnie- stwierdził Ross, sięgając po parówki.- Skąd ty...
- Skąd wiem co chcesz powiedzieć?- Lynch pokiwał twierdząco głową.- A strzelam.
- Pierdzielę, nie zbliżaj się do mnie!
- Ciszej tam na dole!- krzyknął nagle Riker ze swojego pokoju.
- Cicho!!!- tym razem uciszyła go cała reszta. Ross tylko pokiwał załamany głową. Momentalnie pomyślał: "Czy na pewno mnie nie podmienili w szpitalu?".
   Wrzucił parówki do mikrofali, a po 30 sekundach je wyciągnął.
- O, ktoś tu lubi paruuuuufeczki!- zaśmiał się Rocky, który właśnie wszedł do kuchni. Gdy Ross nie patrzył, brunet zabrał mu jedną z talerza i uciekł, za nim młody się zorientował. Ale w tym momencie nie obchodziły go jakieś parówki z mikrofali, ponieważ myślał nad tym, jak ma gadać z Laurą. Tak się zamyślił, że nawet nie zauważył, że na talerzu zamiast śniadania, był napis z ketchup'u "Rocky tu był".
   O godzinie 7:30 Ross zdecydował, że pójdzie do Marano i tak też zrobił. Wyszedł z domu, już z rzeczami do szkoły i skierował się do Laury. Nie wiedział, czy jest w domu. Nawet jeśli nikt by nie otwierał, znalazłby inne wejście. Ale na szczęście otworzyła mu ponura Laura. Wszedł bez słowa i mocno ją przytulił, chowając głowę w jej włosach. Brunetka chętnie odwzajemniła uścisk, po czym zamknęła za Rossem drzwi.
- Dlaczego nie dawałaś znaków życia?- zapytał blondyn, kładąc dłonie w jej talii. Lau nadal go obejmowała.
- Kocham cię, Ross- rozpłakała się. No teraz to chłopak miał prawdziwy mętlik w głowie.
- Ja ciebie też i to bardzo- pocałował ją w czoło.- Ale powiedz mi- co się do cholery stało?
- No to... Spotkanie w sprawie takiego filmu i... nie wiem, czy... nie przeprowadzę się do rodziny w Detroid- skłamała. Blondyn przytulił ją mocniej do siebie.
- Kiedy?- udawał twardego, ale tylko po to, by nie rozkleić się publicznie. Nawet jeśli świadkiem miała być jedna osoba.
- Po moich urodzinach. Chcę dożyć yyyy... chcę spędzić- poprawiła się- osiemnastkę z wami.
- Lau, ja... Wiesz, że my... to by był koniec?- zapytał dla pewności. Pocieszał się w głowie, że znajdzie sobie kogoś nowego, jak kiedyś.
- Wiem. Ale obiecaj, że będziesz mnie pamiętać i nie zrobisz nic głupiego- poprosiła smutna, wplatając palce we włosy Lyncha.
- Mówisz jakbyś miała umrzeć- stwierdził.- Przecież to tylko przeprowadzka i nie tak znowu daleko.
Laura czuła się okropnie z tym, że okłamywała Rossa. I to w takiej chwili. Ale nie miała wyjścia. O wydarzeniach minionej nocy nie łatwo będzie jej zapomnieć.
- W sumie racja- szepnęła, odsuwając się od Rossa.- To... idziemy do szkoły?- zapytała nieśmiało, wycierając policzki od łez. Blondyn chwycił ją za rękę i wyszli. Ciągle myślała o tym chamskim kłamstwie, jakie zapodała Rossowi, a on- zastanawiał się nad zachowaniem Laury. Jeśli chodzi o relację między nimi, można było powiedzieć, że na nowo im się świetnie układa.
   Przekroczyli próg szkoły, przytuleni do siebie, ale to, co tam zobaczyli, popsuło im cały dzień...

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Siemka! Sorki, że w takiej chwili, no ale no musiałam :3 Wybaczcie... Nie będę Wam się tu rozpisywać, ale jeśli to czytacie, napiszcie koma. Chcę wiedzieć ilu mam wiernych czytelników. Specjalnie tego nis udostępniam na fb, taki mini teścik. Kocham Was :*
KOMENTUJCIE KOCHANI ♡

NEXT niedługo, chcę go jeszcze dodać przed końcem ferii (przed lutym).
Do napisania, Klaudia ☺
PS Przepraszam za błędy, pisałam z telefonu.

środa, 21 stycznia 2015

Rozdział 32

Na samym wstępie zapowiem, że Ferka M. miała DUŻY wkład w scenkę 18+, więc jakby co, to ją obwiniajcie, że coś źle wymyśliła xd
^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^

~~ Laura ~~
Przyszłam do domu i od razu zabrałam się za szukanie swojej sportowej torby, aby spakować rzeczy na trening. Coż, dawno nie była używana, nie ćwiczyłam na wf, ani na basenie i teraz muszę chodzić na te debilne treningi. Są w poniedziałki i czwartki, po dwie godziny. Jedna na wf, a druga- basen. Normalnie zajebiście...
   Gdy już znalazłam torbę, wzięłam wszystko, czego potrzebowałam. Z wypchanym tobołkiem zeszłam na dół.
- Lau?- zaczęła mama, pakując swoje ubrania do torby. Znowu jadą gdzieś. Chyba do Detroid, albo Denver.
- Nom.
- Poradzisz sobie sama? Wiesz, jedziemy po rodzinę i wrócimy akurat na twoje urodziny, spokojnie.
- Tsa, jak zwykle was nie będzie, kiedy was potrzebuję- powiedziałam smutno, chowając butelkę wody do torby.- Pewnie nawet nie wiesz, gdzie zaraz idę, nie?
- Spotkać się z NIM, prawda?
- To może ja lepiej się stąd ulotnię...- szepnął niepewnie tata, który dotychczas milczał i wycofał się z salonu.
- Nie. Idę na trening do szkoły. Gdybyś chodź trochę zajęła się mną, a nie wiecznie pracą, to być może wiedziałabyś też o tym, że ostatnio mam "mały" problem w szkole- warknęłam i nie czekając na jej odpowiedź, po prostu wyszłam z torbą na ramieniu. Przeszłam kawałek drogi do szkoły, ale w pewnym momencie usiadłam na ławce. Tak cholernie nie chciałam tam iść... ale muszę. Mam tylko pół godziny, jeszcze muszę się przebrać... Matko.
   Wstałam i kolejny raz dzisiaj poszłam do szkoły.

~~ Jakiś czas później- narrator ~~

Laura razem z innymi dziewczynami przebrała się na wf. Miała białą, obcisłą bluzkę z czarnym nadrukiem "Life is brutal" oraz czarne, krótkie spodenki. Włosy związała w kucyka i wyszła poczekać na trenera pod halą. Niedługo po tym, do dziewczyn dołączyli przebrani chłopcy. Ale nie było z nimi Rossa. Za to te typy były i obserwowały Laurę ze zboczonymi minami. Gdy przyszedł trener, wszyscy weszli na halę i zaczęli robić okrążenia. Laura biegała sama, kolejny raz zawiodła się na Rossie. Obiecał, że przyjdzie, ale nie dotrzymał słowa. Znowu.
Brunetka doskonale wiedziała, kto za nią biegnie, mianowicie ci chłopacy, którzy ją prześladują. Przyspieszyła bieg i nagle ktoś ją pociągnął za rękę do tyłu. Przestraszona się odwróciła, ale okazało się, że to tylko Ross.
- Jednak przyszedłeś- uśmiechnęła się, biegnąc u jego boku. Miał na sobie białą koszulkę, szare spodnie do kolan i znoszone trampki.
- Tsaa i musisz mi się nieźle odwdzięczyć dzisiaj. Nawet nie masz pojęcia, jak mi się chce ćwiczyć- powiedział, patrząc na nią znacząco.
- Pomyślę... Ale dziękuję, że jesteś. Boję się ich- kiwnęła głową w stronę nastolatków. Siedzieli na ławce, udając, że zawiązują buty. Trener pozwolił skączyć biegać po około pięciu minutach. Wtedy zarządził ćwiczenia w rozsypce. Najpierw przysiady, potem pajace, składanki i skłony. Przy tych ostatnich była dość... nieprzyjmna sytuacja. Gdy Laura się schyliła, jeden z tych typów klepnął ją w pośladek, po czym mocno przyciągnął do siebie (od tyłu). Ross się zdenerwował- w sumie, to mało powiedziane...- i zaczął wrzeszczeć na tego chłopaka. Tamten chciał już przywalić blondynowi, ale w porę wkroczył trener, wypraszając gościa z hali. Potem już dziewczyny grały w siatkę, a chłopacy- w kosza. Druga godzina zajęć była na basenie. Ciągle tylko pływanie w tą i z powrotem, żeby na końcu nurkować po jakieś pałeczki. Laura i Ross wyszli ze szkoły dopiero po godzinie 19, ponieważ brunetka śmierdziała chlorem, więc brała prysznic i suszyła włosy. Gdy już w końcu byli wolni, każde poszło do swoich domów. Laura była sama, reszta pojechała do Detroid po rodzinę. Zostawili dziewczynie tylko pieniądze na zakupy i listę zadań, które ma wykonywać, gdy ich nie będzie. Przebrała się w domowe ciuchy i już chciała się położyć do łóżka, gdy usłyszała dzwonek do drzwi. Niechętnie zeszła otworzyć.

~~ Laura ~~
No nie noo, jestem padnięta, kogo niesie?
- Ross? Przed chwilą mnie widziałeś- powiedziałam, gdy zobaczyłam chłopaka, opierającego się o framugę. Matko, ten zniewalający uśmiech...
- Wpuścisz mnie?- zapytał i wszedł do środka. Zamknęłam za nim.- Już jesteś sama?
- Tak. Calusieńki tydzień.
- Uuu calusieńki tydzień sam na sam ze mną. Nie jedna ci tego zazdrości.
- Żartujesz sobie? Ja nie wytrzymam z tobą kilku godzin, a co dopiero tydzień. A tak w ogóle, to po co przyszedłeś?
- Miałaś mi się odwdzięczyć, no nie? A tak poza tym, na pewno będziesz czuć się samotnie, więc dotrzymam ci towarzystwa.
- Ross, ja... ja jestem zmęczona- mruknęłam, ziewając i poszłam w kierunku schodów. Ruszył za mną.
- Ale kotku. Tęskniłem za tobą i to bardzo. Nawet sobie nie wyobrażasz, jak mi ciebie brakowało- szepnął, łapiąc mnie za rękę i przyciągając do siebie. Przez to zsunęłam się ze stopnia, lądując w jego ramionach. Spojrzałam mu niepewnie w oczy, a on mnie pogłaskał po policzku i pocałował. Ale nie tak delikatnie, jak w szkole. Ten był namiętny, pełen pożądania. Jedną rękę miałam wplątaną w jego poczochrane włosy, a drugą trzymałam na jego ramieniu. Przywarł mnie do ściany, a ja owinęłam sobie nogi wokół jego pasa i głaskałam go po torsie. Drżał pod skutkiem mojego dotyku. Przytrzymał mi plecy i zaniósł do sypialni rodziców. Położył mnie na łóżko, a następnie zawisł nade mną, patrząc mi głęboko w oczy. Jego tęczówki były dużo ciemniejsze, niż zwykle, a wybrzuszenie w spodniach, oznaczało, że nie ma już odwrotu. Nachylił się i kolejny raz, pocałował mnie czule w usta. Co chwilę łapczywie przygryzał mi wargi, a ja pieściłam go językiem po podniebieniu. Jedna z dłoni Rossa powędrowała pod moją bluzkę, a druga chwyciła za jej rąbek. Jednym zwinnym ruchem zdjął ją ze mnie i rzucił w kąt. Potem zrobiłam to samo z jego górną częścią garderoby. Moim oczom ukazayła się pięknie wyrzeźbiona klata z tatuażem na lewej piersi. Kreśliłam na torsie blondyna niewidzialne szlaczki, w czasie, gdy on całował moją szyję i dekolt. W pewnym momemcie odpięłam mu rozporek i zsunął z siebie spodnie. Miał czarne bokserki, co za zmiana.
  Dłonie blondyna powoli powędrowały na moje plecy. Szybko znalazł zapięcie od stanika i zdjął go ze mnie, rzucając podobnie jak bluzkę. Jego oczy zabłyszczały z zadowolenia. Ręce Rossa znalazły się na moich piersiach i zaczął je masować. Czułam przyjemne uczucie. W pewnym momencie nachylił się i przygryzł lekko mojego sutka. Cicho jęknęłam, zaciskając jedną z dłoni na członku chłopaka. Wypuścił ciepłe powietrze z płuc i dalej pieszcząc moje piersi, zjeżdżał z pocałunkami coraz niżej. Nagle przestał. Spojrzał mi w oczy. Źrenice miał bardzo powiększone, jakby coś brał wcześniej. Uśmiechnął się, pokazując śnieżnobiałe ząbki i szepnął przyjemnym głosem:
- Kocham Cię.
Przeniósł ręce na moje biodra i ściągnął mi spodnie. Ponownie całował mi brzuch, a ja jeździłam palcem po gumce od bokserek. Chłopak chwycił mnie za nadgarstek i "nakazał", gdzie mam go pieścić, że tak powiem. Zsunęłam z niego bokserki i zabrałam się do roboty. Ścisnęłam jego kolegę, masowałam itd., a Ross oddychał coraz ciężej. Gdy zaprzestałam, był już blisko... tego i szybko ściągnął ze mnie dolną część bielizny.
- Nie masz gumek- szepnęłam, odrywając się na chwilę od niego.
- Trudno- wydyszał i po chwili "wszedł" we mnie.

~~ Rano ~~
Nie wyspałam się. Ross strasznie chrapał. Po TYM w nocy, chciałam jeszcze z nim pogadać, ale ten od razu zasnął. Gdy co chwilę go budziłam i prosiłam, żeby się odwrócił, mruczał tylko coś pod nosem i dalej 'hroooopsii...'. Tym sposobem zasnęłam dopiero ok. 3:40 w nocy i to na dodatek w słuchawkach z muzyką na fulla.
   Nagle Ross popukał mnie w ramię. Otworzyłam ociężałe powieki i wyjęłam słuchawki z uszu.
- Mhm?- mruknęłam zaspana. Ten się tylko wyszczerzył.
- Spałaś w słuchawkach?- zapytał, śmiejąc się ze mnie.
- Pff czy ty masz pojęcie, jak chrapiesz?
- Coś ci się przesłyszało. Zmęczony byłem i może tak jakoś wyszło...
- Która godzina?
- 9:38- odpowiedział i mnie przykrył, bo okazało się, że nie miałam nic na sobie. Spaliłam buraka.- Nie idziemy dzisiaj do szkoły.
- Rodzice mnie zabiją- zaprotestowałam, sięgając po szlafrok.
- No i co z tego?- odrzekł lekceważącym tonem. Wstałam z łóżka i podeszłam do drzwi od sypialni.
- Nie wiem jak ty, ale ja wolę iść i nie nawalić sobie więcej zaległości- powiedziałam i wyszłam. Poszłam po ubrania do mojego pokoju, po czym weszłam do łazienki. Po wszystkich porannych czynnościach spakowałam się na lekcje i zeszłam do kuchni. Zastałam tam ubranego, odświeżonego Rossa. Chciałam wziąć po prostu jabłko i wyjść, ale blondyn złapał mnie w talii, uniemożliwiając mi to.
- Ross, puść mnie.
- Idę z tobą.
- Jesteś idiotą- rzekłam, spuszczając głowę.
- Też cię kocham- uśmiechnął się (wywnioskowałam to z głosu) i pocałował mnie w czoło.- A co do twojego śniadania- odebrał mi jabłko.- Zjedz coś pożądnego.
- Ale...
- E!- urwał mi.
- A...
- Nie!
- Al...
- Ee!
- ROSS!- wkurzyłam się i już chciałam mu przywalić, ale chwycił mnie za ręce, przyciągając do siebie.
- Słucham.
- Spieprzaj, debilu- warknęłam i wyrwałam mu się.
- Też cię kocham- powtórzył. Prychnęłam i wyjęłam z lodówki jajka oraz olej. Nie patrząc na rozbawionego Rossa, zaczęłam przyrządzać sobie jajecznicę. Starałam się nie odwracać wzroku od patelni, ale nie udało mi się. Chłopak przytulił mnie od tyłu. Cmoknął mnie w policzek. Momentalnie przestałam być na niego zła, nie wiem dlaczego on tak na mnie działa. To chore.
- Masz foszka?
- Nie. Już nie- odpowiedziałam niechętnie i nałożyłam sobie śniadanie. Rossowi też dałam. Po zjedzonym posiłku ustaliliśmy, że jednak nie pójdziemy do szkoły, nie chciało nam się. Zamiast tego, spędziliśmy ten dzień z rodzeństwem Rossa.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Hej hej zboczeńce! XD Jak już pisałam na samej górze- WIELKI wkład miała Weronika M. (Ferka- Papryka xd). Więc to jej dziękujcie. Co chcecie w rozdziale 33? Może to wcisnę, bo mam dużo pomysłów. Komentujcie mordeczki ♡ Pamiętajcie, że im więcej komentarzy, tym szybciej będzie next ;D
Klaudia
PS Sorki, jeśli rozdział jest krótki, albo są jakieś błędy, bo pisałam z telefonu xd