niedziela, 18 stycznia 2015

Rozdział 31 część 2

~~ Narrator ~~
Rydel zobaczyła zarys jakiejś postaci, ale to nie był nikt znajomy. Krzyknęła z przerażenia i upuściła talerz na podłogę. Osoba do niej podeszła, a następnie zatkała jej usta swoją wielką, śmierdzącą łapą. Blondynka go ugryzła i uciekła na koniec pomieszczenia. Stała pod ścianą, gdy zobaczyła, że włamywacz się zbliża. Chciała go uderzyć, ale za bardzo się bała i zastygła w bezruchu. Mężczyzna zaczął ją przyduszać. Kiedy zobaczyła w jego czarnych oczach żądzę mordu i obojętność, przypomniało jej się całe jej życie. 
Narodziny Rossa i Rylanda, zabawy. Pierwsze kłótnie i walki o słodycze. Poznanie Ella, powstanie R5, pierwsze koncerty i trasa. Sprzeczki z Rossem i rodzicami. Poznanie sióstr Marano i w końcu wyrzucenie Rossa z domu.
    Włamywacz kazał jej klęknąć, a gdy ta odmówiła, uderzył ją w twarz i zdarł z niej bluzkę. Dziewczyna skuliła się w kącie, chowając głowę między kolana i wyczekiwała najgorszego. Strasznie się bała. Zobaczyła jeszcze jak postać bierze zamach ręką, trzymając w niej coś, po czym zacisnęła powieki. Nagle usłyszała znajomy jej głos. Następne co słyszała, to odgłosy jakiejś walki, albo coś w tym stylu. Potem był krótki huk jakby. Podniosła niepewnie wzrok i ujrzała przed sobą nieruchomą postać na podłodze, coś skulonego pod ścianą i kogoś, kto pochylał się nad ciałem. Obawiała się, że osoba, która teraz szła w jej kierunku, to ta sama, która ją napadła. Ponownie zacisnęła powieki. Miała wrażenie, że ściany się zbliżają, a podłoga wiruje. Myślała, że to koniec. Czekała roztrzęsiona. Nagle stało się coś, czego w ogóle się nie spodziewała. Ktoś przy niej klęknął i mocno przytulił.
- Nie płacz, sis. Ten gnojek cię nie skrzywdzi. Przy mnie będziesz bezpieczna. No, jeśli pozwolisz mi wrócić, bo wiesz...- rozpoznała głos brata. Zszokowana podniosła wzrok.
- Ro... Ro...- zająknęła się i zapaliła lampkę.
- Wiesz, będę szczery. Nie zmienię się tak od razu, ale postaram się skończyć z wybrykami i tak dalej... Dells, żyjesz jeszcze? 
- Jak ty?... Po co wróciłeś? I kto to jest?- pytała niedowierzająco i odkleiła się od Rossa.
- Ale co? Ja nie byłem w więzieniu, tylko w areszcie, a że nie mieli dowodów na mnie i ktoś inny się przyznał, to jestem tutaj. Przy okazji odwiedziłem schronisko i zabrałem Roko- pokazał na psa pod ścianą.- No to teraz pozwól, że opierdzielę temu gnojowi mordę. Tak troszeczkę.
- Ross, nie rób głupstw, idioto. Pamiętasz, co było ostatnio?
- Nawet teraz mi matkujesz?
- Tak, po prostu zadzwoń na policję, a oni już się tym zajmą. Wcale nie matkuję, też bym go opier... - powiedziała z udawanym spokojem i spojrzała się kątem oka na postać na podłodze. Wzdrygnęła się, a jej ciało zalała fala gniewu. Wstała i zaczęła go kopać w... genitalia.
- Rydel, wykastrujesz go- Ross próbował uspokoić siostrę.- Ryyydel. Ej, ty. Jest tam ktoś? Haaaalo... RYDEL!
- Czego?!
- Chcesz mazaki?- zapytał nagle, chwytając ją za ramiona. Pokiwała twierdząco głową i usiadła na krześle. Blondyn wyszedł z kuchni, zapalając od razu górne światło i poszedł do salonu. Wrócił z opakowaniem markerów.
- Daj to, bo jak ty dostaniesz w swoje lepkie łapki mazaki, to nadchodzi koniec świata...- mruknęła Rydel i zabrała bratu pudełeczko. "Trochę" oszpeciła nieprzytomnego włamywacza, a niedługo po tym zabrała go policja.

~~ Rocky ~~

Byliśmy na maratonie w kinie. Szczerze? Nie wiedziałem o czym był film! Riker i Ryland ciągle gadali, albo rzucali popcornem. A na dodatek obok mnie siedziała jakaś ładna dziewczyna i już miałem obciach. Co chwile nasz wzrok się spotykał. Chciałem do niej zagadać, ale wstyd mi było za braci.
- Rocky, pójdziemy do klubu?- marudził mi Ryland. Po raz kolejny. Cóż... kusząca propozycja, ale on jest za młody.
- Ale o czym pan do mnie mówi?- udawałem, że go nie znam.- Nie znam pana. Proszę być ciszej, ponieważ próbuję się skupić na filmie.
- Ale Rocky, to jest do chrzanu!
- Ciszej proszę.
- Rocky, do cholery, chodźmy stąd- jęczał dalej. Usłyszałem dziewczęcy chichot obok. No świetnie, teraz ma jeszcze ze mnie ubaw. Sorry, ale nie wytrzymałem.
- Do kurwy nędzy, Ryland, jesteś za młody na kluby nocne, rozumiesz? Ja cię w ogóle nie znam! Odwal się ode mnie i wypad do domu, jak masz zamiar marudzić!
- Ćśśś!- syknęła cała widownia. Nawet Riker. Serio?...
- Naprawdę? Na mnie cichacie, a na niego nie?
- Ćśśś!- znowu to samo. Opadłem zrezygnowany na fotel i sięgnąłem po popcorn. Niby przypadkowo dotknąłem ręki dziewczyny. Szybko ją zabrała. Cholerka...
   Niestety mój "kochany" młodszy braciszek zauważył moją nieudolną próbę podrywu i postanowił wysypać na nas (na mnie i na tą laskę) cały popcorn karmelowy. Zdzieliłem go pudełkiem w łeb, a on się obraził. Zacząłem ściągać z siebie klejącą kukurydzę, po czym "przez przypadek" spojrzałem na brunetkę obok. Widziałem jak się męczyła z wydłubywaniem karmelu ze swoich długich włosów. Uśmiechnąłem się pod nosem, bo wpadłem na pewien pomysł. Pomogłem jej wyciągać popcorn z włosów.
- Słuchaj, sorki za niego- powiedziałem, patrząc jej w oczy. Miały piękny kolor mlecznej czekolady i jakby w kształcie płomyka przy źrenicy, były złociste. Nigdy takich nie widziałem, utonąłem w nich. Co rzadko mnie się zdarza.
- Spoko, mam czterech starszych braci, mam podobne piekło- zaśmiała się po cichu. Matulu jaki idealny uśmiech. Spotkałem anioła.
- Yyyyy... ja... ja... Rocky- przedstawiłem się nieśmiało. Dopiero po chwili zorientowałem się, że gapię się na nią z PRAWIE wywieszonym jęzorem. Zamknąłem usta i usiadłem normalnie w fotelu.
- Nicole. Nicole Sheryl. Fajne imię, Rocky. Takie... rockowe. Kocham rocka- uśmiechnęła się delikatnie. Kurna, obok mnie siedzi kobiecy ideał!
- A ja Mozarta. Yyy to znaczy ja... gram rocka. Jakby rocka. Właściwie to grałem.
- Graliśmy- uściślił Riker. Jak zwykle podsłuchiwał.
- Idź, zamilcz, duszo nieczysta.
- Serio grałeś? Coś się zmieniło?- zapytała.
- Nie. Tak. Nie wiem. Nie, no to znaczy tak. Nie. Pogubiłem się. Czekaj, ja gram w zespole. R5. Tak, to R5? Jeny, co się ze mną dzieje?- mruknąłem do siebie i zrobiłem facepalma. Masakra, jaka żenada. Lepiej już nic nie będę mówić, sam się pogrążam.
- Zabawny jesteś, wiesz?- zachichotała. Nie, no ludzie. Ona jest niesamowita. 
- Wiem.
- I szczery, hah.
- Razem z kumplem jesteśmy śmieszkami w zespole. 
- Ty, Rocky- zwrócił się do mnie Riker i oparł się o Rylanda.- Kończ ten romans, Ratliff i Rydel są sami w domu. Czy ty wiesz co tam się może dziać?! 
- Ćśśśś!- uniósł się tłum. Szybko wyjąłem pisak (zawsze mam jakiś przy sobie, bo Rossowi zajomałem) i na pudełku po popcornie napisałem swój numer, po czym dałem to Nicole. Uśmiechnęła się delikatnie i powiedziała "Dziękuję". Jak to sweetaśnie zabrzmiało, ojej. Kurde, gadam jak Rydel. O nie.
- Nie ma za co. To do usłyszenia. Tylko zadzwoń.
- Pomyślę...- szepnęła i w tym samym momencie Riker pociągnął mnie do wyjścia z sali. Stracił kasę za maraton, oh jak przykro.
- Już po dwunastej. Jeeny, jak późno. Pewnie już śpią- mówił RyRy i ziewnął.
- Właśnie tego się boję, że śpią- westchnął blondyn, wsiadając do auta. Zrobiliśmy to samo. Po około 15 minutach byliśmy pod domem. Riker ciągle marudził "Pospieszcie się, nie chce być wujkiem! Musiałbym się zajmować ich dzieckiem! Nieee!!". Można zwariować od tego. Serio. Odkluczyłem drzwi, a ten idiota wparował do środka, jakby go coś goniło. Weszliśmy za nim. Zrobiłem parę kroków i nagle jakieś wielkie, włochate cielsko skoczyło na mnie i zaczęło lizać po twarzy.
- Roko!- krzyknąłem szczęśliwy.- Ale ty śmierdzisz, weź idź. Ty, a co ty tu robisz? Czy ty...- zobaczyłem Rossa opartego o ścianę.
- Nie, nie byłem w kiciu. Ile razy mam to powtarzać? To jest już nudne. Wróciłem, więc się nie interesuj co robiłem, kiedy mnie nie było- zgasił mnie. Mówił tak znudzonym głosem, że zachciało mi się spać. 
- To dobranoc- ziewnąłem i udałem się do swojego pokoju pokoju. Cały czas myślałem o Nicole. Kurde, no ja mam dziewczynę przecież. Mam przerąbane.


~~ Następny dzień ~~
__Laura__

Obudziłam się ok. 7:20. W sumie to sprawka mamy. Przyjechały po nią koleżanki z policji i od razu obudziły mnie kogutem. Extra początek. 
   Zwlokłam się z łóżka i podeszłam do szafy. Wybrałam czarne rurki, podziurawioną na plecach koszule z czaszką, z wieszaka ściągnęłam skórzaną kurtkę z ćwiekami, a zza drzwi zabrałam swoje Conversy i poszłam z tymi rzeczami do łazienki. Szybko się umyłam i ubrałam, a następnie uczesałam. Zrobiłam dość mocny makijaż i zeszłam na śniadanie. 7:45... za pięć minut muszę wyjść. Extra!
- A ty nie jesteś jeszcze w szkole?-  zapytał zdziwiony tata, wchodząc do kuchni w szlafroku.
- Zaraz wychodzę. Tato, muszę dzisiaj iść do szkoły? I tak się spóźnię.
- To się pospiesz, zdążysz. Jak ty wyglądasz? Tak zamierzasz iść na lekcje?- zdenerwował się.- Poza tym, musisz poprawić oceny, masz sporo zagrożeń.
Przewróciłam tylko oczami, wzięłam jabłko i wyszłam z kuchni. Zarzuciłam jeszcze torbę na ramię, po czym ruszyłam do szkoły. Spojrzałam kątem oka na dom Lynchów. Wiało pustką... Dawno ich nie widziałam, muszę to zmienić. Ale to po szkole. 
   Wsiadłam w autobus, który jechał prosto pod szkołę. Dotarłam tam trzy minuty przed dzwonkiem. No ładnie... 
    Weszłam do budynku i poszłam do sali od historii. O dziwo, było tylko siedem osób, jak nigdy. Po dzwonku wpadła reszta i zaczęła się lekcja. Rossa nie było, żadna nowość. I tak ciągle gadałam z koleżanką z ławki za mną. 
- Ale to on nie miał być w więzieniu? Nie ogarniam- rzekła zdziwiona dziewczyna, gdy jej powiedziałam o tym, co było wczoraj.
- No miał, ale go puścili. Nieźle, nie?
- Tia... a wiesz, że on nie zda... prawda?
- A wiesz, że on ma to gdzieś, prawda?- powtórzyłam.- Chociaż ja też raczej nie zdam. Muszę zaliczyć wf i basen. Na treningi będę musiała łazić, masakra jakaś.
- Poradzisz sobie. Przecież to jest extra- namawiała mnie z uśmiechem na ustach. Czasem jej entuzjazm potrafi załamać.
- Dla ciebie. Ja nie lubię sportu. Poza tym, tam są te typy, o których ci mówiłam- westchnęłam ciężko. Dwóch takich gości mnie męczy ostatnio, bo na jednego wylałam kawę. Przez przypadek, zderzyliśmy się. A to taki facet, któremu się nie odmawia. Ja już to zrobiłam i mam przerąbane. Podpadłam im. Na dodatek z tym jego kumplem są nowi w szkole. Oni + Ross to "najgorsze wytrzutki społeczne" jak to powiedział nauczyciel. 
- No tak... Już im się nawinęłaś?
- Tsaaa. Przecież ja nie mogę mieć spokoju, nie? Ja mam nadzieję, że nie będą chcieli się zemścić- szepnęłam, bo historyk przechodził obok nas.
- To ty nie wiesz za co oni zostali tu przeniesieni?- zapytała zdziwiona. Pokiwałam przecząco głową.- Koleżanka mi mówiła, że jej przyjaciółka odmówiła im... no wiesz. Zbliżenia. I oni w ramach zemsty dręczyli ją. Po prostu niszczyli psychikę dziewczyny i biedna nie wytrzymała. A wiesz co jest najgorsze? To była moja kuzynka.
- Była? Czyli ona...
- Tak.
Na tym rozmowa się skończyła. Nauczyciel wziął mnie do odpowiedzi. Zajebiścieeee...
   Podeszłam niechętnie do biurka i stanęłam pod tablicą.
- Trzeba było zająć się tematem zajęć, a nie chłopcami- powiedział historyk, podchodząc do swojego krzesła i usiadł.
- Pierwsze pytanie: O czym jest dzisiejsza lekcja?
- Nie wiem- syknęłam znudzona. Bosz... kolejną pałę przyniosę.
- Drugie- co było na ostatniej lekcji?
- O, ja to wiem, pan czeka- przedłużałam.- No ten, no... pamiętam to, ale mam na końcu języka, noo...
- Sorry za spóźnienie, coś załatwiałem- usłyszałam za sobą. W klasie nastała cisza. Nauczyciel też był w szoku. Tak jak reszta. Powoli się odwróciłam i zobaczyłam Rossa. 
- Znowu mnie uratowałeś- uśmiechnęłam się i go mocno przytuliłam. Nie puszczałam go aż do czasu, gdy historyk popukał mnie w ramię.
- Usiądźcie- poprosił, wskazując na moją ławkę. Czułam na sobie wzrok wszystkich. Ross złapał mnie za rękę i zajęliśmy miejsca. W sali nadal było cicho. 
- Wracając do tematu- i facet zaczął opowiadać. Każda osoba w klasie obserwowała mnie i blondyna. Przyznam, że było to niezręczne. Ale też dziwne, że Ross się jeszcze nie uniósł przez to. Cudem wytrzymałam do dzwonka i wyszliśmy z klasy. Od razu za drzwiami ludzie, którzy byli na korytarzu spojrzeli się na nas. Wszyscy schodzili nam z drogi. Czułam się jak królowa. Dziwnie. I to bardzo.
- Widzisz?- chłopak zwrócił się do mnie.- Ledwo przyszedłem po kilkumiesięcznej przerwie i nadal mnie szanują.
- To poczekaj, aż zobaczysz swoją szafkę- westchnęłam i pokazałam w stronę szatni.
- Wiem. Już widziałem. Olać to. Masz pojęcie, ile ja mam wrogów? Przyzwyczaiłem się do hejtów. 
- Tsaa... Masz doświadczenie, Ross.
- Co jest?- zapytał nagle, stając mi na drodze. Chwilę się zastanawiałam, czy mu to powiedzieć, ale w końcu się zdecydowałam.
- No dobra. Więc tak. Są nowe, groźne typy w szkole, nie? No i ja im podpadłam. A oni chodzą na treningi po lekcjach, na które ja też będę musiała chodzić, żeby zaliczyć wf i basen, bo nie zdam. No i ja się boję, że coś mi zrobią. Kuzynka mojej koleżanki z klasy miała przez nich tak zrytą psychę, że nie wytrzymała i wiesz... nie ma jej już- wytłumaczyłam mu wszystko, a Ross mnie przytulił i pocałował delikatnie w czoło. 
- Będziesz bezpieczna. Pójdziemy razem na te treningi i jakby co, to cię obronię. Wiesz do czego jestem zdolny... No i jeszcze jesteś mi coś winna w nocy, nie?- mruknął mi uwodzicielsko na ucho. Ten tylko o jednym myśli! Ale mimo wszystko się zaśmiałam.
- Myślisz tylko o jednym.
- W końcu jestem blond- zboczusiem...- uśmiechnął się i poszliśmy na następną lekcję. 
  Ogólnie było spokojnie. Do przerwy na lunch. Skierowałam się na stołówkę, gdzie czekał już Ross. Podeszłam z tacką po jedzenie. Fuu, jak zwykle ta bezsmakowa, szara breja nazywana kleikiem, skisłe mleko i gumowe ciastko z... nikt nie wie z czym to jest. Różnie było. Raz trafiłam na paznokcie, a kiedy indziej na soczewkę. Ciekawe, kiedy był tu sanepid? Ale odbiegam od tematu. Wychodziłam z kolejki, gdy nagle podeszły do mnie te typy. Chryste, dlaczego akurat teraz Ross musi gadać przez telefon? I w dodatku odwrócony?!
- No, Laura. Daję ci ostatnie ostrzeżenie. Wiesz, czego chcę- szepnął jeden z nich nieprzyjemnym głosem. Serio nikt tego nie widzi? Nikt a nikt? Tego smrodu z jego paszczy, też do nikogo nie doszedł, nie?
- Słuchaj, mała. Albo to zrobisz nam OBOJGU, albo pożałujesz, że żyjesz, rozumiesz?- zagroził mi drugi. Miałam ochotę się rozpłakać. Szybko ich ominęłam i pobiegłam do stolika z tacką. No ludzie nie mogli ich przegonić stąd?! 
   Usiadłam na swoim miejscu i w tym samym momencie Ross skończył rozmawiać.
- Zamówiłem nam stolik w restauracji, co ty na to? Potem byśmy poszli do ciebie. Słyszałem, że twoi rodzice jadą na tydzień do Detroid, tak? Laura? Czemu się tak trzęsiesz?
- Kto? Ja? Nieee- zaprzeczyłam. Spojrzałam się na blondyna. Wyczekiwał dalszej odpowiedzi. Nagle za nim zobaczyłam tych chłopaków. Jeden z nich puścił mi oczko. Wzdrygnęłam się i ze strachu wtuliłam w Rossa. Zdziwił się, ale odwzajemnił gest.
- Grozili mi- szepnęłam.
- Co? Kto?! Daj namiary, będzie wpierdol- rozkazał wkurzony. 
- Oni- powiedziałam, gdy znowu zaczęli się zbliżać. Ten, który mrugnął na mnie, podszedł bliżej, a następnie bezczelnie pogłaskał mnie po policzku. Ross tak gwałtowie wstał, że omal nie przewrócił stołu. Kipiał złością. Teraz był nieobliczalny. Właśnie w takich momentach się go bałam, nie wiedziałam, do czego może się posunąć.
- O, widzę, że znalazłaś sobie ochroniarza, co? On i tak ci nie pomoże.Chuderlawy mięczak. Zobacz, gdzie on ma mięśnie?- zapytał rozbawiony. Blondyn z trudem się powstrzymywał. Już dawno było po dzwonku, więc sami byliśmy na stołówcę.
- A gdzie ty masz rozum, co? Po co to wszytsko? W ten sposób nie zdobędziesz szacunku- warknęłam, a on co? Odepchnął mnie z całej siły na bok, aż upadłam. Ross nie wytrzymał i rzucił się na niego z pięściami. Wstałam, zakręciło mi się w głowie. Ale ogarnęłam się i ich rozdzieliłam, zabierając blondyna za rękę ze stołówki. O dziwo żadnej rany nie miał. A no tak, doświadczenie. Ale teraz to już na pewno będę miała przerąbane... A jeszcze ten trening po szkole dzisiaj. O 16:30. Dobrze, że będzie przy mnie Ross. Gdyby nie on, nie wiem jakbym sobie poradziła.


¥¥¥¥¥¥¥¥¥¥¥¥¥¥¥¥¥¥¥¥¥¥¥¥¥¥
SIEMA mordki ♡ Jak dobrze mieć ferie... Więcej pomysłów, czasu, WENY itd. Jak Wam się podoba rozdział? Na początku zgadliście. Do Rydel miał przyjść Ross, ale zmieniłam coś, bo to by było za oczywiste. Cały czas zastanawiam się nad scenką 18+, czy dać, czy nie. Nie umiem takich rzeczy pisać xd najwyżej poprosiłabym bffs o pomoc. Ale to zależy od Was, czy chcecie taki rozdział xd i u jakiej pary. No to komentujcie, to BARDZO MOTYWUJĄCE. Next niedługo, bo mam sporo zamówień na rysunki (wtf ;_;) i muszę się wziąć do robory. Za wszelkie błędy przepraszam, pisałam na telefonie. Do napisania, Mordki ♡
Klaudia ☆♡

niedziela, 11 stycznia 2015

Rozdział 31 część I

WPADAJCIE NA TEGO BLOGA, autorka musi uwierzyć w siebie i w to, że świetnie pisze. Naprawdę warto :* CUDO
~~ Ross ~~
- No hej, słuchaj Laura... A co tu się dzieje?!- krzyknęła matka Laury. Myślałem, że uszy mi popękają...- A ty co tu robisz?!- zwróciła się do mnie. Niechętnie wstałem z łóżka Laury i założyłem koszulkę.
- Usiłuję zgwałcić pani córkę, no na prawdę. Co możemy robić sami w pustym domu? To chyba nie są lekcje anatomii, nie?- mówiłem retorycznie, a Laura się skuliła.
- Jesteś bezczelny!- uniosła się kolejny raz. Vanessa przewróciła oczami i usiadła obok Lau na łóżku.
- Bezczelny? Raczej szczery. Nie widzi pani, że pani córka się w końcu uśmiechnęła?
- Ona cały czas się uśmiecha. Wynoś się z mojego domu, nie masz prawa tu przychodzić. I jeszcze rozbierasz moją córkę, to jest bezczelne.
- Gdyby nie była pani matką mojej dziewczyny,m to powiedziałbym co o pani myślę- warknąłem z uśmiechem nienawiści na ustach.- Ale nie zrobię tego, żeby nie miała wpierdolu przeze mnie.
- Słuchaj, pójdziemy teraz do salonu i tam porozmawiamy w cztery oczy, okej?- zapytała, otwierając szerzej drzwi. Spojrzałem się na nią zdziwionym wzrokiem. Kiedy zobaczyłem ten gniew w jej oczach, jak na złość się wyszczerzyłem i podszedłem do Laury. Nachyliłem się nad dziewczyną, po czym schwyciłem za jej dłonie i czule pocałowałem w usta. Poczułem zawahanie z jej strony, pewnie bała się reakcji mamy. Oddaliłem się od niej, cmoknąłem w czoło, a na koniec przytuliłem na odchodne i szepnąłem jej na ucho:
- Nie bój żaby, Lau. Pogadam z nią, a niedługo się zobaczymy.
Wyprostowałem się, specjalnie przedłużając wyjście z pokoju. Gdy już byłem w drzwiach, zobaczyłem jak matka Laury morduje mnie wzrokiem. Myślałem, że wybuchnę ze śmiechu, ale się powstrzymałem. SPECJALNIE przepchałem się w przejściu, żeby ją jeszcze bardziej wkurzyć. Igrałem z ogniem...
  Westchnęła, aby nie wybuchnąć przy Laurze i wypchnęła mnie na korytarz. Zamiast jej coś odpowiedzieć (coś niemiłego), po prostu zbiegłem do salonu i rozłożyłem się na kanapie. Chwilę poleżałem w spokoju, ale wtedy przyszła Ellen.
- Co ty sobie wyobrażasz? Że u siebie jesteś?- zapytała retorycznie i kazała mi wstać.
- Pani ma ból dupy o byle co- stwierdziłem, dalej leżąc.
- Pamiętaj, że to dzięki mnie tu jesteś. Inaczej siedziałbyś w celi i skrobał ściany.
- Że co kurw...
- Wyrażaj się kulturalnie, dobrze? Wstawiłam się za tobą w sądzie, żebyś nie zmarnował sobie życia w więzieniu. I nie zrobiłam tego po to, abyś potem przychodził i rozbierał moją córkę! Ona ma dopiero 17 lat, rozumiesz?!- wydarła się. Jeny, czy ta kobieta potrafi normalnie rozmawiać?
- Za tydzień ma 18. Pamiętasz o tym w ogóle? Czy praca ważniejsza? Nawet nie wiesz, jak ona cierpiała, kiedy was nie było, a teraz pewnie żałuje, że przyjechaliście.
- Od kiedy jesteśmy na TY? Nie mam zamiaru wyrazić zgody na wasze spotykanie się. Możesz już iść?- zapytała zdenerwowana. Puściły mi nerwy, no sorry...
- Wal się. Laura jest już praktycznie dorosła i sama zdecyduje z kim będzie się spotykać. Żegnam- warknąłem na odchodnym i wyszedłem z domu Marano. Miałem kilka swoich spraw do załatwienia, więc wolałem nie tracić czasu na bezsensowne kłótnie. 

~~ U Lynchów, RYDEL~~
  Siedziałam u siebie w pokoju i grałam na telefonie. Potem czytałam książkę i bazgrałam w zeszycie. Gdy w końcu mi się to znudziło, zeszłam na dół, do moich wariatów. Riker siedział z Rockym na kanapie i walczyli o chipsy, a Ryland próbował zabrać im pilota. Poszłam do nich i zabrałam chrupki.
- No ej, ja to jadłem!- krzyknął Rocky i wstał.
- Gruby będziesz- uśmiechnęłam się szyderczo, po czym kilka zjadłam. Na dole zobaczyłam, jak Riker morduje mnie wzrokiem.- Ty też.
- Ratliff zaraz przyjdzie- powiedział Ryland, szczerząc się, niczym złośliwy chochlik. Zastygłam z buzią pełną chipsów, a bracia zaczęli się ze mnie śmiać.- A dokładnie za... 8 minut.
- Co?! I ty mi to teraz dopiero mówisz? Czy ty masz pojęcie o tym, co ja muszę ze sobą zrobić w te 8 minut?! Jestem w dresie i bez makijażu!- krzyknęłam spanikowana, przez co wyrzuciłam w powietrze paczkę. 
- To nie krzycz na niego, siostrzyczko ty moja, tylko się szykuj- rzekł Riker, a następnie wypchnął mnie z salonu. Szybko pobiegłam do pokoju i ubrałam się jakoś przyzwoicie. Spojrzałam na zegarek. Mam cztery minuty?! Żarty jakieś?! Nie no, zachowuję się jak paranoiczka. Przecież to zwykły chłopak... 
   Zrobiłam szybki makijaż i uczesałam włosy. Cały dzień siedziałam w domu, praktycznie w swoim pokoju. Musiałam jakoś wyglądać...
   Kiedy chowałam już szczotkę do szuflady, w domu rozległ się dźwięk dzwonka.
- Ja otworzę Rydel!- krzyknął Riker z dołu. Dzięki Bogu, bo jakbym tam pobiegła, to bym się wyglebała. Wtf, tak w ogóle to czym ja się stresuje? Przecież to tylko... przyjaciel, któryyy... przychodzi w odwiedziny... DOBRA, sama się oszukuję. Przecież wiadomo, że na niego lecę.
- Rydel, chodź!- kolejny raz się wydarł. I przerwał mi moje myśli.
- RYDEL!!!
- Już idę, nie poganiaj mnie!- odkrzyknęłam i wypadłam z pokoju jak strzała. Oczywiście na schodach pomyliły mi się nogi i bym się wyj... przewróciła, gdyby nie ściana. Podparłam się o nią, jakby nigdy nic i powiedziałam na luzaku.
- Siema, stary.
- Ty nie umiesz być #swag. Tylko JA, umiem być #swag- powiedział Ell, rozbawiony moją miną. Zrobiłam mordkę smutnego piesełka.
- Oj Delly ty moja kochana, chodź tu do mnie- powiedział i mnie przytulił. Serce mi prawie wyskoczyło z piersi.- Wybacz mi.
- Pomyślę...
- Co mam zrobić, żebyś mi wybaczyła?
- Pociesz mnie jakoś- wymyśliłam na poczekaniu. Tak na serio wcale nie byłam na niego zła, ale on tak słodko się starał.
- Mogę wezwać swojego smerfa, co ty na to?- zapytał zatroskany, nadal mnie tuląc.
- Ooo pokaż smerfa!
- Nie mogę, jest na wakacjach- oznajmił, o mało co nie wybuchłam śmiechem.- A jak ja cię mogę pocieszyć?
- Hmm... wymyśl coś.
- Panno Rydel Mary Lynch... Czy pani ze mną flirtuje?- uśmiechnął się i zrobił "brewki".
- Może tak, może nie. To zależy.
- Od czego?
- O fu, zaraz się zbełtam- powiedział nagle Ryland, który nas mijał.- To takie słodkie, że aż mdłe. Nienawidzę miłości. Tylko ja w tym domu nie mam swojej połówki.
- To chodź, pójdziemy na miasto i pomożemy ci jakąś pannę znaleźć- zaproponował Rocky.- Przy okazji naciągniemy Rika na watę cukrową. I zostawimy te gołąbeczki same.
- Co? Czemu mnie naciągniecie? Zawsze to ja jestem ofiarą, to nie fair- zasmucił się blondynek. Lekko się zaśmiałam.- Za karę mi kupicie loda.
- Zadzwoń po Vanessę, ona ci zrobi...- zaczął Rocky, ale urwał, gdy zobaczył wkurzony wzrok Rikera.
- Wal się! Drugi Ross rośnie, no ja nie wiem, co za zboczone dzieci w tym domu są- mruczał pod nosem, co spowodowało wybuch śmiechu u Ratliffa.
- A ty, młody człowieku- zwrócił się do Ella.- Bez szaleństw jak nas nie będzie. Wiem jak teraz leży pościel i poduszki na kanapie, więc sobie uważaj.
- Dobrze, dobrze. Tato- przewrócił teatralnie oczami, po czym cmoknął mnie w usta. O nie, burak nadchodzi, burak nadchodzi... Kurde, jak ukryć rumieniec?! Dzizas, motyle mi zaraz rozerwą brzuch. Co się ze mną dzieje dzisiaj? Brałam coś, czy jak?!
- Grzecznie ma być. Narka- powiedział i święta trójca wyszła, zostawiając nas samych. Nareszcie, a już myślałam, że nigdy nie wyjdą. Tak gapiłam się w podłogę, gdy nagle przypomniałam sobie dość istotną rzecz. A mianowicie... miałam coś zjeść, bo byłam głodna. A Ratliff się domyślił. Zaburczało mi w brzuchu, jak byłam do niego przylepiona. ME GUSTA, normalnie me gusta!
- Już wiem jak cię pocieszę- ucieszył się brunet, a oczy mu się zaświeciły. Już się boję, co za pomysł kotłuje się w tej główce.
- Kontynuuj, chętnie posłucham.
- Zrobię ci kolację, bo jakiś potworek się udziela.
- Ell, nie chcę nic mówić, ale ostatnio jak gotowałeś, omal nie spaliłeś kuchni- przypomniałam mu, ale on i tak swoje. Poszedł do kuchni i wybrał z lodówki odpowiednie składniki. Margarynę i jajka.
- Tego chyba nie spalę, nie?- zapytał retorycznie. Zabrałam mu jedzenie.
- Wiesz... Może ci pomogę. Albo zamówimy pizzę, co?- zaproponowałam. A on co? Wyszczerzył się.
- Nie. Zrobimy własną pizzę.
- O nie...
- I wrzucimy pepperoni!
- Błagam, tylko nie to...
- I dodamy ananasa!
- W czym ja zawiniłam?
- I przyozdobimy!
- Trudne sprawy...
- I Rydel, kocham cię!
CO ON POWIEDZIAŁ? Coooo? Że mnie co? Kurw... ludzie tlenu... Na 100% coś brałam. Może to te pieczarki? To były grzybki halucynogenne? Albo nawdychałam się oparów z pokoju Rossa...
- Co.. ty... Słucham?- wydukałam nieśmiało, a Ratliff spuścił głowę.
- Poniosło mnie. Wybacz. Chyba lepiej będzie jak już pójdę- oznajmił speszony i skierował się do wyjścia.
- Ell, czekaj- poprosiłam cicho.- Możesz zostać, nie gryzę.
- Ale właśnie powiedziałem, że... cię kocham... I pewnie tym samym zniszczyłem naszą przyjaźń, nie?
- Ellington, jeny... Nawet tak nie mów. Właśnie spełniłeś moje marzenie- uśmiechnęłam się niepewnie, a on nie wiedział o co chodzi.- Już od dawna chciałam od ciebie usłyszeć "kocham cię".
- Serio?
- Serio.
- Serio, serio?
- Serio, serio.
- Serio, serio, serio?
- Ell! Tak!
- Czyli, że chcesz... być moją dziewczyną...? Taką, no wiesz. Nie dla szpanu. To znaczy, yyy... W sensie... że nie z rozkazu producenta. To chcesz?- zapytał. Oczy mu się zaświeciły i skakały z nich iskierki nadziei.
- No pewnie. Ziooom- zgodziłam się na luzaku, a chłopak mocno mnie przytulił, po czym czule pocałował w usta.
- Czy Rydellington?- spytałam z uśmiechem na ustach.
- Laura będzie w niebie. Najbardziej nam kibicowała. Głodny jestem. Jednak zamówimy jakąś pizzę. A jutro cię gdzieś zabiorę. Jeszcze nie wiem gdzie, ale się dowiem. Prawdopodobnie...

~~ Narrator ~~
O 23:40 Ratliff musiał już wracać do domu. Mama po niego zadzwoniła i nazrzędziła, że jest za młody na spanie u jakiejś dziewczyny i kazała wracać. Gdy Rydel się z nim pożegnała (co zajęło prawie 20 minut), postanowiła ogarnąć kuchnię. Jej bracia poszli na nocny maraton filmowy. Oczywiście Rocky i Ryland naciągnęli Rikera na kino. Wrócą dopiero ok. 10 rano.
  Dziewczyna włożyła brudne talerze i szklanki do zlewu, a następnie odkręciła wodę. Nagle zgasło światło. Odwróciła się, aby zapalić lampkę, ale zobaczyła zarys jakiejś postaci...

czwartek, 8 stycznia 2015

Rozdział 30

~~ Narrator ~~

 >>  Gwałtownie weszła do domu, nie domykając drzwi. Pobiegła w mgnieniu oka na piętro do swojego pokoju, rzucając się na łóżko. Nie obchodziło ją to, że zbiła wazon po drodze. Nic ją teraz nie obchodziło. Miała dosyć szkoły i ludzi, którzy bez przerwy ją krzywdzą. Nie dość, że brakowało jej NIEGO, to jeszcze wszyscy jej dokuczali, że okazuje jakiekolwiek uczucia do tego chłopaka. Nikt, poza nią oraz kilkoma wtajemniczonymi osobami, nie wiedział, że ten "brutal" wyszedł z więzienia, chociaż wcale w nim nie był. Plotki. Tak, plotki. Tylko niszczą reputację i zaufanie. Poczucie prywatności znika w sekundę. <<

   Po jakimś czasie, Laura ogarnęła się i wstała z łóżka, aby coś zjeść. Niechętnie zeszła po schodach, a mijając salon, zobaczyła otwarte na oścież drzwi. Zamknęła je, po czym zaczęła się rozglądać, czy ktoś przez ten czas nie wszedł. Przejrzała cały parter, ale było pusto, więc udała się do kuchni. Zrobiła sobie kanapkę z grubą warstwą Nutelli, którą popiła Coca- Colą. Nagle coś usłyszała. Wyjrzała z kuchni i się rozejrzała. Jej wzrok skierował się na schody. Otworzyła buzię ze zdziwienia. Zobaczyła na nich Jo i Caluma.
- Jak wy... aha, no tak. Drzwi- powiedziała do siebie zrezygnowana, wzruszając ramionami i wróciła do kuchni. Po chwili obok niej pojawiły się wspomniane wcześniej osoby.
- Jesteś sama?- zapytała Joan, otwierając jednocześnie lodówkę. Zaraz po tym ją zamknęła.- Widzę, że już pożarłaś to mniamuśne ciasto- westchnęła smutna i usiadła na stole obok rudzielca.
- Nie ja zjadłam, tylko moja siostra- słoń, która zaraz wejdzie, bo jest na podjeździe. A za nią pewnie przylezie Riker...
- On jest w domu. Widziałem- pochwalił się Calum, robiąc "brewki". Jo się zaśmiała.
- Ejej. Chwila moment. Coś tutaj iskrzy!- zorientowała się "Laura, gdy zobaczyła jak ta dwójka na siebie patrzy. Joan już chciała powiedzieć koleżance coś niemiłego, lecz przeszkodziła jej w tym Vanessa.
- Hej, młoda- przywitała się z siostrą.- A ty czemu nie w szkole?
- Byłam, ale...
- ...Ale...- kazała jej kontynuować, wykonując energiczne ruchy rękoma jak jakaś paranoiczka.
- Ale miałam dosyć tego ciągłego dopiekania ze strony wszystkich, co spotkam, tylko dlatego, że się zmieniłam i trzymałam się z Rossem, zanim jeszcze "zamknęli go w pierdlu". Na początku to olewałam, ale jak na swojej szafce zobaczyłam napis "DZIWKA LYNCHA", a kilka metrów dalej na szafce Rossa "LYNCH TO TCHÓRZLIWY GEJ", to sorry, ale z lekka mnie poniosła i przyfasoliłam jakiemuś gościowi, a potem wróciłam do domu. Nie zrobiłam niczego złego, nie wiem o co ci w ogóle chodzi...- wytłumaczyła się niewinnie Laura, widząc rozzłoszczony wzrok swojej siostry.
- Masz szczęście, że się śpieszę- warknęła Vanessa, machając jej palcem wskazującym przed nosem.- I widzę, że ktoś tu tęskni...
- Tak. Twoje auto za tobą tęskni. Podobno się śpieszyłaś- przypomniała nerwowo Lau i podrapała się po głowie.
- Prawda, ale... chwilę mogę się spóźnić. Ty go kochasz! Tęsknisz za nim. Awww... to słodkie- rozmarzyła się. Laura pomachała jej ręką przed twarzą. Łaskawie wróciła na ziemię.
- Wcale za nim nie tęsknię!- uniosła się brunetka. Jo siedziała cicho, ale i tak wiedziała swoje.- I go nie kocham. Przecież to zboczony cham, który dba o własną dupę, żeby to jemu było najlepiej! Skąd ci przyszło do łba, że mogę do niego coś czuć? Z resztą, on i tak pewnie już sobie kogoś znalazł. Mogę dać głowę, że teraz pieprzy się z jakąś lafiryndą w burdelu!- skończyła swój monolog i usiadła naburmuszona na blacie, krzyżując ręce na piersi. Zacisnęła usta, żeby nie zacząć płakać. Sama nie wiedziała dlaczego, ale prawdopodobnie powodem tej słabości było to, że uświadomiła sobie smutną prawdę o blondynie. Vanessa stała zszokowana w progu, nie wiedząc co ma robić. Wydukała tylko ciche:
- Ja... ja już pójdę... Kocham cię, sis, pamiętaj o tym.
I wyszła z domu.
   Osiemnastolatka dalej siedziała na blacie, wpatrując się obojętnym wzrokiem w dal. Calum za to, szukał po szafkach czegoś słodkiego, a Jo- jak zwykle- siedziała z telefonem w ręce i wystukiwała kolejną wiadomość. W pewnej chwili chłopak wyrwał jej iPhona, a brunetka spojrzała się na niego jak morderca.
- Oddaj. Mi. To. Natychmiast- wywarczała, zeskakując ze stołu.
- Nie- uśmiechnął się zawadiacko rudzielec, czym zwrócił uwagę Laury. Spojrzał się na Marano, a Joan momentalnie skoczyła mu na plecy i zaczęła okładać pięściami, krzycząc: "Oddaj mi moje dziecko! To jest cudo bogów!". Cal się poddał i wręczył jej telefon.
- Dziękuję- pokazała ząbki, po czym pocałowała go w policzek. Aż się zarumienił. Laura nagle wstała, pobiegła do swojego pokoju. Jo oraz Worthy szybko ruszyli za nią, ale drzwi były zamknięte. Zaczęli się dobijać. Po kilku minutach otworzyła im cała zapłakana "Kicia". Weszli do jej pokoju i stanęli naprzeciwko niej tak, aby to ona była przy drzwiach (żeby ich nie wywaliła, jakby co). Joan spojrzała na smutną koleżankę i mocną ją przytuliła. Ta wypłakała się w jej ramię.
- Ey, ogar młoda. Bo zaraz mnie utopisz w tych łzach- szepnęła, odrywając się od Laury. Calum zlustrował smutasa od stóp do głów, a potem stwierdził:
- Zmieniłaś się od kiedy zniknął.
- Wiem. Wszyscy mi to mówią.
- Tęsknisz za nim, przyznaj się w końcu. To widać z daleka- wtrąciła swoje trzy grosze Jo. Musiała, po prostu musiała teraz zerknąć na telefon, aby przeczytać wiadomość, która dopiero co przyszła "mam nadzieje ze udalo ci sie zaprowadzic ją do pokoju bo juz jestem xd ;D". Uśmiechnęła się delikatnie do ekranu i przeniosła wzrok na Marano, wyczekując odpowiedzi na swoje pytanie. Zrobiła "brewki", gdy zobaczyła zawahanie u Laury.
- Kurde, Jo. Jasne, że za nim tęsknię, ale on już pewnie o mnie zapomniał. Pojawił się w moim normalnym życiu i zmienił je o 180 stopni, a potem zniknął i co? Pustka. I jeszcze te spiny w szkole. Tyle, że on już pewnie o mnie zapomniał i znalazł sobie inną naiwną laskę. Tak jak wcześniej mówiłam- teraz pewnie pieprzy się z jakąś laską w burdelu i ma wszystko w dupie. Bo przecież to jest Ross Lynch. Znam go. I ty też, nawet lepiej. I wiesz jaki jest. Rozkocha, zerżnie i zostawi. A ja i tak cholernie tęsknię za tym debilem!- krzyknęła załamanym głosem, roniąc kilka łez. Jej rozmówcy zamiast się przejąć, powstrzymywali się od śmiechu.
- On cię pamięta. Kobieto, ten zboczuch cię kocha!- zaśmiała się Stewart, Lau także zachichotała.
- Skąd to wiesz? On "kocha" każdą...- stwierdziła po chwili ponuro i spuściła głowę.
- Bo ten blond-zboczuś stoi za tobą i szczerzy się jak pedał- Calum nie wytrzymał i wybuchnął śmiechem, a Laura z niedowierzaniem się odwróciła. Gdy zobaczyła Rossa z tym powalającym uśmieszkiem na ustach, nogi się pod nią ugięły. Blondyn nie wytrzymał i podniósł dziewczynę, wykonując obrót wokół własnej osi. Po chwili zostali sami w pokoju. Ross zamknął drzwi na klucz, po czym spojrzał Laurze w oczy. Chłopak ujął jej twarz w dłonie i złożył na jej ustach czuły pocałunek.
- Czemu nie było cię wcześniej? Nawet nie wiesz jakie ja piekło w szkole przeżywam!- krzyknęła, wtulając się w Rossa.
- Kotku, nie mówmy o tym. Ważne, że jestem, tak? I mam nadzieję, że mi to wynagrodzisz- mruknął jej uwodzicielsko na ucho, a następnie zaczął całować jej szyję.
- Co mam ci wynagrodzić?
- Czy ty naprawdę myślisz, że nie słyszałem co o mnie mówiłaś?
- Czyli mam coś zrobić, żebyś mi wybaczył, tak? A może na odwrót?- po tym pytaniu, spojrzał się na nią zdziwionym wzrokiem.
- Nie było cię cztery miesiące, już dawno byłeś wolny i ani słowem się nie odezwałeś. Wiesz jak mi dokuczają w szkole? Na szafce mam chamskie napisy, nawet nauczyciele cię obrażają. Przez pierwszy miesiąc robili nam wykłady "jak się nie zamienić w Rossa L.?". Mam tego dość. Kilku gości wysyłało mi smsy typu "Przyjdź do mnie, zabawimy się", "Ile razy TO robiłaś", albo po lekcjach raz jeden mnie wziął za szkołę i chciał... no wiesz...Dobierał się do mnie- Laura się rozpłakała.- Nie wiem, jak ty to wytrzymujesz.
- Ćśśśś...- szepnął i mocno ją przytulił. Głaskał ją po włosach.- Ross wrócił, po prostu pokażesz mi, który to, a ja zajmę się resztą. Mam kilka spraw do załatwienia, zobaczymy się za kilka dni- powiedział, odsuwając się kawałek.
- Co?- zapytała zawiedziona Laura.- Przecież dopiero co przyszedłeś, a już znikasz...
- Spokojnie, tym razem wrócę szybciej, niż ostatnio.
- A... możesz jeszcze chwilę zostać?... Brakowało mi... ciebie- wydukała i spuściła głowę. Spaliła buraka. Ross się uśmiechnął i kucnął tak, żeby patrzeć jej w oczy.
- Skoro chcesz, to posiedzę tu z tobą. Nie ma co się wstydzić, Lau. Nawet wiem, co możemy porobić, żeby nam się nie nudziło- mruknął ciepłym głosem, puszczając jej oczko. Znowu się zarumieniła. Chłopak, widząc, że dziewczyna nie protestuje, podniósł jej podbródek i namiętnie pocałował w usta. Laura wplotła palce w jego blond czuprynę, przyciągając bliżej siebie. Dłonie trzymał w jej talii, a ona przylegała do niego całym ciałem. Chwycił za rąbek jej bluzki, ale ona zatrzymała jego rękę, tym samym zaprzestała odwzajemnianie pocałunków.
- Ross... ja...- szepnęła Laura i mocno się do niego przytuliła.
- Ej, co ci jest? Znowu?- zapytał blondyn, otaczając ją ramionami.
- Gdybym wiedziała, bym ci powiedziała- odparła i usiadła na łóżku. Blondyn uczynił to samo.
- Przestań się wszystkim przejmować-wzruszył ramionami.- Wiesz jak ja sobie radzę? Mam wyjebane na wszystko... Dzizaaass jak tu gorąco- wachlował się i ściągnął bluzę, odsłaniając kawałek klaty.
- No wiesz... Mogłeś od razu całą klatę... yyy to znaczy... górę zrzucić- zaśmiała się brunetka, a chłopak zrobił "brewki", po czym wykonał jej polecenie. I co? I oczywiście w jego blond główce pojawił się pomysł. Zrzucił koszulkę i zaczął napinać mięśnie jak rasowy kulturysta. Widząc to, delikatnie się uśmiechnęła, ale po chwili znów była smutasem.
- Nosz do cholery jasnej, weź się ROSSchmórz!- krzyknął zrezygnowany i zaczął ją łaskotać. Oczywiście tak się wydzierała, że obudziłaby kamienie ze snu. Tak, kamienie. A jak te łaskotki się skończyły? A tak: Ross podpierał się łokciami nad Laurą. Znowu się całowali. I nawet doszłoby do czegoś więcej (Ross zdejmował Laurze koszulkę), ale drzwi od pokoju się otworzyły i stanęły tam Vanessa z mamą...

_______________________________________
Hej kochani! Wiem, że rozdział krótki, nudny i beznadziejny, miało być coś więcej na końcu, ale nie umiem tego napisać po prostu (18+).
  Obiecuję, że next będzie lepszy. MOŻE. Mam sporo pomysłów, więc powinien się pojawić w weekend, a jak nie, to oznacza, że wypadło mi coś ważnego. A i jeszcze pytanko.
KOGO CHCECIE WIĘCEJ W ROZDZIAŁACH? ALBO- CZEGO WAM BRAKUJE. Piszcie śmiało, a ja to zmienię. Do napisania :*

wtorek, 23 grudnia 2014

II SEZON ♥☺♥

 Rozdział 29

~~ Narrator ~~
 W życiu trzeba oczekiwać nieoczekiwanego. Nigdy nie wiesz co cię może spotkać. Dlatego trzeba korzystać z życia, żeby potem nie żałować, że czegoś się nie zrobiło przed ostatecznym wyrokiem. Dlaczego mowa o wyroku? Dowiecie się w swoim czasie.
 Ale wracając do tematu korzystania z każdej wolnej chwili. Na pewno nie robiła tego teraz Laura. Była zmuszona siedzieć w szkole i słuchać prawienia nauczyciela o tym, co się ostatnio wydarzyło. Że Stormie Lynch odzyskuje przytomność w szpitalu, że Ross jest podejrzany o próbę zabójstwa i czegoś tam jeszcze i o tym, że czeka na wyrok. Młoda Marano siedziała na końcu klasy w kącie i się nie udzielała. Miała nadzieję, że nikt nie będzie zwracał na nią uwagi, ale niestety się nie udało. Nauczyciel na zastępstwie zauważył dziwne zachowanie dziewczyny.
- Lauro, dobrze się czujesz?- zapytał, przerywając swój monolog o przestępczości.
- Mówi pan o nim, jakby nie wiadomo co zrobił- mruknęła pod nosem, dalej rysując po swoim zeszycie.
- Bardzo się przez niego zmieniłaś. Ubierasz się jakbyś straciła duszę.
- A co to pana obchodzi?- odparła znudzona.- Przecież to moje życie i ja decyduję jak się ubieram, nie?
- Zmyj ten makijaż, natychmiast- rozkazał mężczyzna i otworzył drzwi od sali. Cała klasa zwróciła swój wzrok ku Laurze, która mordowała właśnie nauczyciela wzrokiem.
- Nie patrz na mnie w ten sposób, bo zaraz cię wyślę do dyrektora. Proszę iść zmyć ten makijaż.
- Jak wyjdę, to już nie wrócę dzisiaj- ostrzegła z góry.
- Zostajesz po lekcjach do końca tygodnia.
- Dzisiaj piątek- powiedział ktoś z pierwszej ławki.
- Zamknij się- warknęła głośno brunetka i dostała bilet do kozy na dwa tygodnie. Nauczyciel kontynuował swoją wypowiedź na temat BYŁEGO ucznia tej szkoły. Pod koniec lekcji Laura nie wytrzymała i gwałtownie wstała, przewracając przy tym swoje krzesło. Wzięła torbę z ziemi i powoli podeszła do mężczyzny.
- Ten "ON" ma imię, wie pan? To jest ROSS. Przeliterować może? Czy napisać na tablicy? Proszę bardzo- napisała wielkimi literami "R O S S", piszcząc przy tym kredą, po czym rzuciła ją gniewnie na podłogę.- ROSS jest niewinny, bo ROSS jest normalnym chłopakiem z problemami, rozumie pan? Niczego nie zrobił i został niesłusznie oskarżony o to debilne morderstwo, a Stormie też wcale nie jest bez winy! Jak pan nie wie o co chodzi, to niech pan się nie wtrąca, jasne? Nie powinien się pan wyrażać o nim z takim brakiem szacunku! Jest dobrym człowiekiem, sama się o tym przekonałam, więc niech pan za przeproszeniem ogarnie dupę i przestanie go obrażać- napyskowała mu prosto w twarz i wyszła, trzaskając drzwiami. Poszła do szkolnej toalety i zamknęła się w jednej z kabin. Otarła pojedynczą łzę z policzka, a po chwili wyciągnęła telefon. Wybrała numer do Rossa. Od kilku tygodni nie odbierał, teraz także zero sygnału. Postanowiła zadzwonić po tatę.
- Laura, miałaś mi nie przeszkadzać.
- Możesz po mnie przyjechać do szkoły?- zapytała beznamiętnie.
- Znowu? Nie, Laura. Mam dosyć odbierania cię wcześniej ze szkoły, bo kłócisz się z nauczycielami. Wracaj na lekcje.
- Nie wrócę! Źle się czuję... przed chwilą wymiotowałam- skłamała.
- Wczoraj też tak mówiłaś. Mam zadzwonić do dyrektora?
- To przyjedziesz po mnie, czy mam wrócić taksówką?
- ...... Przyjadę. Za pół godziny- uległ, a Laura się wyszczerzyła.
- Dzięki, pa.
Rozłączyła się i wyszła na korytarz. Poczekała chwilę na tatę i wrócili do domu. W samochodzie panowała niezręczna cisza, ale w domu Laura dostała ochrzan.
- A ty nie powinnaś być w szkole?- zapytał Riker, gdy Laura i Damiano weszli do salonu.
- A ty u siebie w domu?- odpowiedziała pytaniem na pytanie.
- Mam pozwolenie- uśmiechnął się, a brunetka przewróciła teatralnie oczami i poszła na górę, aby odłożyć torbę. Potem wróciła do salonu.
- Młoda, przeszkadzasz- powiedziała Vanessa, gdy nastolatka przeszła obok.
- Tak, hej Van. Też się cieszę, że cię widzę. Dzięki, w szkole było okej, wiesz?- syknęła smutno i odwróciła się.
- Oj, nie płacz, Laura. Ona dzisiaj tak cały dzień. Cho no tu- blondyn znowu się wyszczerzył i przytulił Laurę.
- Ty chyba do Nessy należysz, nie? Aha i jeszcze jedno. Ja nie płakałam dzisiaj- zaśmiała się Laura i poszła do kuchni. Już chciała wejść tam, żeby coś zjeść, gdy usłyszała rozmowę rodziców. Postanowiła podsłuchać.
- Jutro przywożą tego całego Lyncha. Mam przy tym być- usłyszała głos taty.
- Wiem, mam go przesłuchiwać. Jeszcze ten od Vanessy... Riker, chce z nim porozmawiać i muszę ich pilnować.
- Najważniejsze, żeby Laura się o tym nie dowiedziała. Nie mam zamiaru patrzeć jak rzuca się temu zwyrodnialcowi w ramiona- warknął zdegustowany, a Laura udając, że nic nie słyszała, weszła do kuchni.
- No siema, co tam?- zapytała z udawanym luzem.- O czym gadaliście?
- O świętach- skłamała mama.- Że jedziemy kupić niedługo choinkę i w ogóle.
- Święta są za miesiąc- przypomniała ponuro.
- Chodziło o ozdoby choinkowe- wtrącił się ojciec. Brunetka pokiwała w zamyśleniu głową.- Wiesz, teraz są tańsze.
- Moglibyście chociaż nie kłamać- rzekła ze spokojem, a po chwili przemyślenia, dodała- Wystarczyło powiedzieć, że planujecie prezent dla Vanessy i powiedzieć, żebym o niczym nie mówiła.
- Idź do siebie, co?
- Nie, wychodzę. Z domu. Wiesz, teraz wszystko jest tańsze- przedrzeźniała tatę i wyszła. Spotkała się z gangiem. Ona jedyna nie miała tatuażu, więc trzeba było to nadrobić. Poszła z Calumem do studia tatuażu, gdzie pracowała kolejna była laska Rossa. Rudy kazał jej wybrać sobie jakiś wzór, a on odszedł z dziewczyną na bok.
- Co z Rossem?- szepnął, bardzo cicho.
- A skąd ja mam wiedzieć? Ten skur... nie odzywał się do mnie od miesięcy- warknęła mu prosto w twarz, a Cal potajemnie wsunął jej do ręki 50 $.
- Chyba się dogadamy- mruknął. Dziewczyna pociągnęła go na zaplecze, żeby Laura się nie zorientowała.
- Dobra, słuchaj. Jutro rano on już będzie przesłuchiwany, ale nie chce, żeby ta cała Laura o tym wiedziała, bo planuje jej zrobić niespodziankę, czy coś... Jo mu pomaga- powiedziała wszystko co wiedziała i wróciła do Laury. Dziewczyna powiedziała, że przyjdzie kiedy indziej zrobić tatuaż.

~~ 2 dni później, Laura ~~
Nie ma to jak wstać o 12:30.  A łeb mnie tak bolał, jakby przejechał po nim pociąg. Podniosłam ociężałą głowę z poduszki i zostałam oślepiona promieniami słońca.
- Auuuła..- zasłoniłam oczy i zwlokłam się z łóżka. Podeszłam do szafy i co? I zderzyłam się z krzesłem. Wybrałam najzwyklejsze w świecie szare dresy i czarny podkoszulek. Poszłam z tymi rzeczami do łazienki. Tam się umyłam, zrobiłam lekki makijaż i niechlujnego koka. Nie miałam zamiaru dzisiaj nigdzie wychodzić. Poza tym, mam całą niedzielę wolną, a w domu nikogo nie ma. Po wyjściu z łazienki zeszłam do salonu. Myślałam, że serce mi stanie. Na środku pokoju stała jakaś dziewczyna jak z filmu o punkówach i emo i wpatrywała się we mnie ciemnymi oczami.
- Kim ty jesteś?- zapytałam przestraszona. Dziewczyna podeszła bliżej. Szybkim ruchem wyciągnęła rękę z kieszeni i uścisnęła moją.
- Joan Stewart. Mów mi Jo. Ty jesteś, 
Laura, nie? Mam nadzieję, że tym razem dobrze trafiłam.
- Tak, to ja. Ale po co mnie szukasz?
- Ross ci nie mówił o mnie?- zdziwiła się.
- Przecież jest w areszcie i czeka na wyrok. A nie? 
Jo pokręciła przecząco głową.
- Dzisiaj wyszedł. Jakieś dziecko powiedziało, że przyszło tam do domu tej babki z ciastem i poprosiło, żeby ta babka je pokroiła i przez "przypadek" się nadziała na nóż. Poza tym ona się obudziła ze śpiączki i zeznała dokładnie to samo, a dodatkowo przyznała się do kradzieży kasy. No a Rossa wypuścili, bo nie mieli ani dowodów na inne niby zbrodnie, ani świadków. No. To się nagadałam...- wytłumaczyła mi wszystko. Prawie wszystko.
- A skąd mnie znasz, wiesz gdzie mieszkam, kim jestem, skąd znasz 
Rossa i skąd masz takie informacje?-zapytałam po raz kolejny.
- Z Rossem poznałam się jak miałam 14 lat.On miał 12. Byliśmy blisko wtedy. 
Ja jako jedyna go wspierałam, gdy trafił do poprawczaka. Tam się poznaliśmy. Byłam jego pierwszą dziewczyną. A teraz przyjaciółką. Dużo opowiadał o tobie, więc można powiedzieć, że to co 
ON wie o tobie, jest też u mnie w główce.
- Kurde, boję się ciebie- zaśmiałam się.
- Nie musisz haha. Z tych opowieści wynika, że jesteś równą babką-przybiłyśmy high five. Pogadałyśmy chwilę. Sporo się o niej dowiedziałam. Joan zostawiła mi swój numer i wyszła, bo brat potrzebował jej pomocy. 
Ja tylko uwaliłam się na kanapę i tak spędziłam cały dzień. Myślałam nad tą całą Jo i o Rossie.



¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤

Udało się ^^ Dodałam rozdział w wigilię, yaaayyyy!

Sorki za wszelkie błędy i za to, że w rozdziale było mało Rossa, ale w nexcie będzie go wszędzie pełno, że tak powiem. 
No to tam wesołych świąt  Wam życzę, aniołki Wy moje :*

...

Chciałam Wam powiedzieć, że next będzie jeszcze w tym roku xd. Ale teraz na serio. Zanim przeczytacie pierwszy rozdział II sezonu, zajrzyjcie do bohaterów ( jedna postać się zmieniła, a inna doszła). No dobra, dosyć tego ględzenia.  

Wesołych świąt, dużo prezentów pod choinką, rodzinnej atmosfery i dużo sukcesów w nowym roku!
  Bo nie wiem, czy będzie jeszcze okazja, żeby złożyć Wam życzenia świąteczne :*

Mikołaj PIXIE Was odwiedzi XD

poniedziałek, 15 grudnia 2014

THE END :'c

Cześć wszystkim :) Mam dla was niestety a może i stety złą wiadomość która dotycz mnie...wiem że Dekiel mnie zabije (R.I.P) ale odchodzę z bloggera przez mój brak czasu na cokolwiek. Mam nadzieję, że Klaudia dalej będzie prowadzić nasze "dzieło". Kocham was!!! <3






Alex 15 lat R.I.P


Rozdział 28 "Ja jej nie zabiłem!"

~~ Rydel ~~
- Rydel, ona leży i się nie rusza, chyba nie żyje...- usłyszałam głos w słuchawce.
- Słucham? Kto mówi, kto nie żyje?
- Ross, kurwa brata nie poznajesz?! Ten babsztyl nie rusza się!
- Kto?
- Stormie...
- Zabiłeś matkę?!
- Nie zabiłem! Jak tu przyszedłem, to już tak leżała! A obok jakiś nóż.
- Dotykałeś go?
- Posrało cię? Mam doświadczenie w tych sprawach, no ale bez przesady, kobiet nie biję!
- Dobra, spokojnie. Sprawdź, czy ona oddycha. Widział cię ktoś?- zapytałam.
- Jakiś dzieciak, ale złapałem go i sobie pogadaliśmy, teraz siedzi obok.
- Jprdl... Człowieku, czy ty myślisz? Groźby, włamanie, zabójstwo i przetrzymywanie dziecka? Ty wiesz ile ci za to grozi? Zobacz, czy ona żyje!
- Spoko, żyje. A nie, czekaj. Kurwa...
- Ty jesteś mordercą! Ty... nie wracaj już do domu. Mam tego dość... Ciebie mam dość. Nie masz już siostry.
- Rydel, ja tego nie zrobiłem, idiotko! Ona przecież...- krzyknął jeszcze, ale ja się rozłączyłam i rozpłakałam. Nikomu o telefonie nie mówiłam, nawet Ratliffowi jak przyszedł do mnie i zadręczał pytaniem "Co tam?":
- Co tam?
- Nie męcz mnie tym! Ja nic nie zrobiłam! Dlaczego wszyscy się na mnie gapią? To nie ja! To Ross! To nie ja odebrałam telefon! Daj mi spokój! Tylko dręczysz człowieka!- uniosłam się i poszłam powoli do drzwi. Ell podszedł do mnie, ale go odepchnęłam. Po chwili spojrzał mi się w oczy, zmiękłam. Gdy spuściłam wzrok, przytulił mnie mocno do siebie.
~~ Ross ~~
Za cholerę nie wiem, czy ona żyje, czy nie! Wszedłem tu, a przy niej majstrowało coś to dziecko, ale kto kryminaliście uwierzy? Nikt. W tym problem. Dodatkowo... ten dzieciak mnie przeraża. Nie mrugnął ani razu od czasu jak z nim gadałem i ciągle się na mnie gapił.
- Młody, weź się umyj, usuń... idź stąd... Wkurzasz mnie powoli- powiedziałem szorstko, opierając się o komodę.
- Nie.
- Co "nie"?
- Nie pójdę. Policja zaraz będzie. Mnie puszczą, a ciebie zabiorą- zacwaniaczył.
- Ty wiesz kim ja jestem? Ross Lynch, mam bandę, która może cię w jednej chwili zniszczyć i cię nie będzie. Chcesz tego?- pokiwał przestraszony głową.- No, to nie podskakuj, malutki.
- Mój tata jest sędzią. Skaże cię- zagroził. Ja tylko chodziłem wokół ciała i myślałem co mam robić. Chyba żyła, ale 100% pewności nie mam... Czy spierniczać, czy zrzucić to na kogoś innego.
- W dupie to mam. Nara- rzuciłem chłodno i zdecydowałem się wyjść. Zbiegłem szybko po schodach na klatce i poszedłem za budynek. Usłyszałem radiowóz. Kurwa zajebiście...
       Zacząłem się rozglądać za moim motocyklem, ale stał za autem gliny, normalnie lepiej być nie może.
- Przeszukajcie okolice i przyprowadźcie do mnie nastoletnich blondynów-  usłyszałem niedaleko i część ludzi się rozbiegła. Na sznurku niedaleko mnie wisiały  babskie ciuszki. Dobra, raz kozie śmierć. Ubrałem jakąś białą szmatkę, na głowę założyłem ten taki stylowy kapelutek z piórkiem, a szyję owinąłem sobie chustką. Źle się w tym czuję, zdecydowanie.
    Przeszedłem niezauważony przez ulicę i wsiadłem na motor. Ale jak zrzuciłem szmaty (jakkolwiek to brzmi). Gliny mnie zauważyły i zaczęły biec w moją stronę. Szybko stamtąd uciekłem. Pościg chwilę trwał, ale zgubiłem ich na mieście. Zatrzymałem się pod knajpką na obrzeżach Vegas i wszedłem do środka.
- Drinka z whisky- powiedziałem, siadając przy barze.
- Nie sprzedajemy alkoholu nieletnim- odpowiedziała barmanka. Była tak brzydka, że bardziej wolałem oglądać wiadomości, niż jej twarz.
- To Colę.
- Nie mamy.
- Sok, albo woda?
- Też nie...
- To co wy do cholery macie?!
- Pepsi. I spokojnie, bez nerwów. Na prawdę nie potrzebujemy awantur- uspokoiła znudzona, a ja tylko przewróciłem oczami i znowu zacząłem wpatrywać się w telewizor. Nudy, nudy, nudy... tygrys uciekł z zoo, pożar w klubie, pijany kierowca, morderstwo w kamienicy i pościg za motocyklistą... Cholera. Dali moje najgorsze zdjęcie, to nie fair. Teraz jestem dużo bardziej sexy.
- Jak można być takim brutalem i zabić matkę?- zapytała kobieta, podając mi napój.
- No ja nie wiem... Nie rozumiem ludzi, którzy osądzają na podstawie wspomnień innych... - mruknąłem pod nosem.
- Kurcze no, dam głowę, że gdzieś już widziałam tę twarz- oznajmiła zdecydowana, a ja założyłem kaptur i odwróciłem się w inną stronę.Wtedy znowu usłyszałem ten dźwięk. Gliny.
- No, miło było, nawet sobie pogadaliśmy... ale czas na mnie, żegnam!- krzyknąłem szybko, a kiedy wybiegałem we wrzaskach innych ludzi w knajpce, przewaliłem kilka stolików. Wsiadłem na motor i kolejny raz dzisiaj, odjechałem w pośpiechu, żeby mnie nie zobaczyli. I udało mi się to. Po kilku godzinach byłem już w LA dojeżdżałem na moją dzielnicę, gdy nagle przypomniało mi się, że Rydel zakazała mi wracać. Chuj z tym! To też moja chata, więc  będzie musiała mnie znosić jeszcze trochę. Gdy się zatrzymałem pod domem, w środku zapaliły się światła. Wbiegłem szybko tam i nie zwracając uwagi na innych, zamknąłem się w swoim pokoju. Chwilę tam posiedziałem, ale gdy zaczęło mi się nudzić, zebrałem gang i zrobiliśmy nocny wypad. Co z tego, że gliny mam na karku? Musieliśmy obgadać parę rzeczy i co będzie, jak mnie zamkną. Kto wtedy będzie szefem... albo szefową bandy...

~~ Laura ~~
Obudziła mnie Vanessa. Rzucała na moje łóżko swoje brudy do prania.
- Ej ej ej, co ty se...
- Pranie robię, nie widzisz?- spytała sarkastycznie.
- Na moim wyrku?!
- Haha, no widzisz? Nie, tylko cię budziłam. Wstawaj, bo masz gościa- poinformowała mnie, ale już nie odpowiedziała kto to. No bo po co?
- Van! Dopiero 6:30, kto o tej porze przychodzi do kogoś, co? Chyba zboczeniec jakiś.
- Co po niektórzy go tak nazywają...
- To mów od razu, że Ross przyszedł, a nie jakąś gadkę- szmatkę mi tu walisz.
- Jeszcze nie walę, za młoda jestem.
- A z Rikerem to co?- zaśmiałam się. Ooo, od dziś Nessa to burak!
- Wstawaj młoda! Nie wkurzaj mnie już- warknęła pod nosem i wyszła, zabierając swoje rzeczy. Położyłam się z powrotem, ale miałam wrażenie, że o czymś zapomniałam... Rooooossss!! Kurwa, on tam jest, a ja w piżamie?! Nie... to raczej nie on... nie po tym wczorajszym... Widział mnie z kuzynem. Akurat jak dawałam mu kasę na bilet. Może to wyglądało jakbym chodziła z Mattem, ale to nieprawda! To mój KUZYN.
- Pospiesz się, Laura!- usłyszałam siostrę zza drzwi. Zrobiłam tylko grymas i podeszłam do szafy. Wzięłam pierwsze- lepsze ubranie i weszłam do łazienki. Ubrałam się w to:
I zrobiłam lekki makijaż, jak zwykle. Zeszłam powoli na dół, bo nie wiedziałam czego się spodziewać. Dobrze, że rodziców nie było w domu. Gdy byłam już na ostatnim schodku, na drodze stanął mi Ross.
- Co ty tu robisz?- zapytałam, zbliżając się do niego.
- A co, twój chłoptaś jest?
- Chodzi ci o Matta? Haha, to mój kuzyn, a ty zrobiłeś z siebie idiotę. Po cholerę ci ten kaptur i okulary? I jak ty się ubrałeś? Co ty przeskrobałeś znowu?....
- Za dużo pytań zadajesz, kotku- mruknął, odgarniając mi kosmyk włosów za ucho.
- Pierdolę! Ja nie...- wkurzyłam się, ale mi przerwał:
- Dobra, dobra, KOTKU. Słuchaj. Twoja mama jest w domu?- spoważniał nagle.
- Nie.. ale o co ci chodzi?- nie rozumiałam.
- Policja w Vegas mnie szuka, pewnie już namierzyła, więc w LA zaraz zaczną rozsyłać listy gończe. Mam takie tycie kłopoty, więc byłbym ci wdzięczny, jeśli przejęłabyś moją rolę w gangu. Już to z nimi obgadałem, zgodzili się. Dlatego, jakby ktoś pytał, nie znasz Rossa Lyncha, nie masz z nim nic wspólnego, okej? Obiecasz?- tłumaczył, wyraźnie był podenerwowany.
- Tak, ale.... Co? O co ci kurwa chodzi?!
- Twoja mama pewnie cię będzie pytać, gdzie jestem. Powiedz, że gdzieś wyjechałem, albo, że nie żyję... Nie mam zamiaru gnić w kiciu, jasne? Szukają mnie, bo myślą, że zabiłem Stormie, ale ja jej zabiłem! No + te groźby, kradzieże itd... Rozumiesz?- zapytał się, chwytając mnie za ręce.
- Kumam, tylko... Czemu tak myślą?
- Nie twój za..
- Ross! W każdej chwili, mogę zadzwonić do mamy i powiedzieć, że jesteś u mnie! Więc lepiej ogarnij się, bo mam już dość tych tajemnic!- zdenerwowałam się i sięgnęłam po telefon do kieszeni. On mi go wyrwał i schował do siebie. Westchnął ciężko i ze wzrokiem mordercy, spojrzał się na mnie. Potem spuścił głowę i opowiedział mi wszystko. Może to dziwne, ale uwierzyłam mu, nie wiem czemu.
- W ogóle nie wiem, po co ja ci to wszystko mówię, i tak mi nie uwierzysz. Nikt mi nie wierzy- warknął pod nosem i chciał wyjść, ale go dogoniłam.
- Ja ci wierzę.
- Przynajmniej tyle...
- Nie wierzę, że to mówię, ale zostań jeszcze na chwilę- poprosiłam nieśmiało.
- Ty... poprosiłaś mnie żebym został? Masz gorączkę, czy coś? Haha- wyśmiał mnie, ale został. W pewnym momencie dostałam sms, ale go nie przeczytałam. Po kolejnej wiadomości, zadzwonił telefon. Odebrałam lekko poirytowana.
ROZMOWA TELEFONICZNA:
Ja- No słucham?
Mama- Lau, widziałaś zdjęcie, które ci wysłałam?
J- Nie... mam się bać?
M- Najpierw ja ci zadam pytanie. Kiedy ostatni raz widziałaś tego twojego Lyncha, co?
J- Czy to jest przesłuchanie? Nie pamiętam kiedy- odpowiedziałam, a Ross się na mnie dziwnie spojrzał.
M- Mów prawdę.
J- No dobra, wczoraj.
M- O której?
J- Nie wiem. O co ci chodzi, co?
M- Wrócę, to ci wytłumaczę. Nie spotykaj się z nim, okej? Za 15 minut będę.
J- No dobra. Oh... wait. Za ile?!
Rozłączyła się.
- Masz 15 minut- szepnęłam zamyślona do blondyna i otworzyłam wiadomość: 
"To gazeta z NY.
On jest niebezpieczny, niedługo całe USA będzie go szukać" 

- Zajebiście... kurwa zajebiście- westchnął ciężko Ross i zakrył sobie twarz rękoma.
- Chodź- powiedziałam stanowczo i wstałam, ciągnąc go za sobą.
- Co ty robisz? Dziewczyno, ogarnij się. Właśnie ukrywasz bandziora, będziesz w to zamieszana- ostrzegł mnie, gwałtownie zatrzymując się przed drzwiami.
- Sam kiedyś mówiłeś "raz się żyje, życie bez ryzyka to nie życie" itd.
- Ale nie marnowanie sobie życia w pudle!- podniósł głos i przywarł mnie do ściany.
- Aha, czyli mam tu siedzieć i nic nie robić, kiedy ty będziesz w więzieniu, tak?- zapytałam.
- Nie, zajmiesz moje miejsce w gangu- wyjaśnił.
- Ross, ja...- chciałam mu coś powiedzieć, ale do domu weszła mama z kolegami policjantami. Chłopak szybko, ale zdecydowanie pocałował mnie w usta, tak jakby to miałby być nasz ostatni pocałunek i szybko zerwał się z miejsca. Mężczyźni go zaczęli gonić i wybiegli drzwiami kuchennymi. Pobiegłam migiem do okna i zobaczyłam, jak blondyn odjeżdża na motorze po trawnikach sąsiadów, żeby ominąć radiowozy i kolczatki. Za przeproszeniem kurwa, moje serce skradł kryminalista! I on mnie teraz tak zostawił, tak? I mam przejąć gang? Nie poradzę sobie. Ale muszę, bo mu obiecałam...
- Wiesz, że teraz możesz mieć zarzut współudziału w przestępstwie?- zapytała mama stanowczym głosem. Odwróciłam się do niej.
- Czy ty teraz postawisz mi zarzuty?
- Powinnam. Ale jesteś moją córką i tego nie zrobię- powiedziała spokojniej.
- To uniewinnij też Rossa. Przecież on nic nie zrobił. Nie zabił jej- wyszeptałam zdecydowanie, ale tutaj już zaprzeczyła:
- Tego już nie mogę zrobić.
- Dzięki, serio- burknęłam sarkastycznie i wyszłam z domu, gwałtownie trzaskając drzwiami.

~~ 2 tygodnie później; Laura ~~

   To przerażające, jak szybko człowiek może się zmienić. Kiedyś, gdyby ktoś mi powiedział "Ej, Marano. Zajebisty masz gang", wyśmiałabym go. Ale od kiedy Ross nie dawał znaku życia, wszyscy zaczęli mnie unikać, dlatego że mój chłopak jest poszukiwany w całym USA, moje życie się zmieniło. Można powiedzieć, że zamieniałam się w kobiecą wersję Lyncha. Fakt, że jeszcze sporo muszę się nauczyć, ale dzięki temu wiem, jak poznać kiedy ktoś kłamie, rozpoznać oszustów itd. Od kilku minut siedziałam na kanapie przed telewizorem, mając wszystko w dupie i rozmyślałam o tym wszystkim. Zajmowałam całą kanapę, Lynchowie (bez Rossa, rzecz jasna) siedzieli na fotelach, albo krzesłach, Vanessa na kolanach u Rikera, a rodzice urzędowali w kuchni. A co jest najlepsze? A to, że Roko, ten co tak nie lubił Rossa, pobiegł za nim. Chuj wie, czy jeszcze żyje. Ale wracając do chwili obecnej. Wszyscy byliśmy w salonie i oglądaliśmy telewizję, aż w pewnym momencie Rydel przestawiła na wiadomości. Na co trafiła? Na to:


    Wczoraj o 2:47 nad ranem po dwutygodniowych próbach, schwytano niebezpiecznego gangstera, Rossa Lyncha. Chłopak ma dopiero 17 lat, a już jest podejrzany o uprowadzenie, liczne kradzieże, pobicia, przechowywanie środków odurzających, podżeganie do przestępstwa, groźby i podwójne morderstwo, a także nielegalne posiadanie broni palnej. Uciekał aż z Los Angeles do Nowego Yorku, ale już go aresztowano i ludziom nic nie grozi. Jeszcze nie znamy decyzji sądu o wyroku, ale dużo osób ma nadzieję, że będzie skazany na dożywocie.
No, ale i tak brawa dla niego, że ukrywał się, aż dwa tygodnie. 

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
No w końcu jest rozdział XDD Ciężko było, ale koleżanka mi pomogła, yaay. Namieszałam trochę, co? No niestety, tak bywa. SZYKUJCIE SIĘ NA DRUGI SEZON!!
Ma być 40+ komentarzy, to będzie szybciej :* 
Klaudia