piątek, 1 maja 2015

Rozdział 40

~~ Laura ~~
Zamurowało mnie. Nie wiedziałam co mam powiedzieć. Czy kochałam Rossa? Jak powiem prawdę, zrobi sobie nadzieję, a jeśli go okłamię, że nie kochałam go, załamie się. Dziwnie się czuję. Miałam nadzieję, że nigdy nie usłyszę tego cholernego pytania, a teraz... Kiedy patrzę w te jego smutne oczy, szukające odpowiedzi w moich, zaczynam czuć się jak potwór bez uczuć.
- Kochałam- wyszeptałam, a po chwili dodałam.- Kiedyś... Byłeś inny. Potem wszystko się zaczęło walić i... To przeszłość. Nie wracam do niej.- Jestem bezduszną poczwarą, która nie umie rozmawiać o uczuciach.- Sorki, muszę iść.
Ross się nie odzywał, tylko spuścił głowę. Najwyraźniej nie takiej odpowiedzi się spodziewał.  Szybko odeszłam od niego. Nie potrafię tak patrzeć na osobę, która przeze mnie cierpi. Może zrobię coś, żeby mniej go to bolało? Na przykład... Będę się spotykać Maxem po szkole, a nie w niej. No trzymać się za ręce możemy, przytulić czasem też , ale inne czułości poza liceum. Ooo matko, za dużo tego wszystkiego. Muszę odsapnąć. Może faktycznie zastanowię się nad tą pracą, którą zaproponowała mi babcia?
   Nawet nie zauważyłam, kiedy już skręcałam w moją ulicę. Spacerowałam sobie spokojnie, kiedy nagle podbiegła do mnie Rydel z uśmiechem na twarzy. Za nią szedł Roko. Jak ja ich dawno nie widziałam...
- Hej, Lau.- Przytuliła mnie.- Dlaczego wczoraj nie przyszłaś?
- Ross ci nie mówił?
- Nie. No to znaczy mówił tylko, że go olałaś. Tak to określił. Że wolałaś jakiegoś "pedała" w mokasynach.
Co za piep***ny ch*j! Po kiego on... Ugh!
- Że jak? Nie olałam go! Normalnie mu odpowiedziałam, że nie mogłam, bo się spotykałam z kimś. A ten cały "pedał w mokasynach" to Max, mój.. Przyjaciel.
- Chłopak.
- Tak.
- Laura, spokojnie.- Rydel pomachała rękami, jakby chciała wstrzymać ruch uliczny.- Wierzę ci. Ross jest strasznie upierdliwy od kilku dni. Ciągle marudzi. Wiesz kiedy ostatni raz widziałam go z jakąś dziewczyną? On cię kocha i..
- On kocha każdą, Delly- przerwałam jej.- No niby kiedy go widziałaś? Wczoraj? Przyprowadził na noc tę całą Veronicę, nie?
- Co?
- No jego nową pannę.
- Laura, żadnej Veroniki tutaj nie było. Nigdy.
- Ale... On z nią wczoraj odjechał spod szkoły.
- Wrócił sam. Ale na chwilę. Potem polazł do klubu i Rocky musiał po niego jechać po 3 w nocy, bo się nachlał.
  To by tłumaczyło, czemu dzisiaj był taki dziwny. Miał kaca, po prostu. No i dlatego też takie rzeczy odwalał.
- Dopiero co leżał w szpitalu, a teraz się upija? Ten człowiek jest powalony- stwierdziłam i ruszyłam przed siebie. Rydel poszła za mną.
- I tak na niego lecisz.
- Kolejna?
- To widać z daleka.
- Te stwierdzenia są u was rodzinne, czy co?
- Nie rozumiem dlaczego mu nie wybaczysz.
- Nie rozumiem dlaczego dalej dążymy ten temat.
- Pasujecie do siebie.
- On jest debilem.
- Laura, nie możesz przestać o nim myśleć.
Co za chora rozmowa.
- A co z tobą i Ellem?
No i rozgadała się na dobre. Że za kilka dni jadą do Włoch na tydzień, we dwoje. I, że Riker dostaje przez to paranoi. Mówiła też o Rockym, który ma nową dziewczynę. I to już długo. Podobno Nicole jest bardzo miła i uwielbia się bawić z Roko. Jedyne, co mnie zaniepokoiło, to to, że to od Rydel dowiedziałam się o kłótni mojej siostry z Rikerem. Dlaczego Vanessa sama mi tego nie powiedziała? W sumie, ja też jej nie wspominałam o Maxie...
   
•• Następny dzień ••
Pffff muzyka pierwsza, siedzenie z Rossem, długie 45 minut i ględzenie babki po czterdziestce. Jak ja nienawidzę czwartków, ugh. Nie dość, że się nie wyspałam, to jeszcze nie wzięłam kasy na wycieczkę. No gorzej być nie może.
- Dupek!- Usłyszałam nagle za moimi plecami. Odwróciłam się i zobaczyłam Veronicę i Rossa. Rozmawiali. A właściwie, to kłócili się, ale nie wiem o co. Widać było, że Lynch dostał z liścia.
- Ty jesteś jakaś opętana.- Chłopak złapał się za głowę. No niezłe widowisko, nie powiem.- Masz obsesję.
- Myślałam, że ci się podobam.
- Kto ci tak powiedział?- zaśmiał się. Człowieku, weź nie bądź taki chamski, kurde.
- Ale... Zabrałeś mnie na przejażdżkę swoim motocyklem i w ogóle obejmowałeś.
- I wysadziłem cię za zakrętem, prawda? Więc odczep się ode mnie, bo zasługujesz na kogoś o wiele lepszego ode mnie.- Czy on naprawdę powiedział coś takiego? Niee, to nie może być Ross Lynch.
  Oparłam głowę o ręce na ławce i wygodnie się ułożyłam. Masakra, zaraz zasnę. Tej nocy zmrużyłam oczy na około dwie godziny- nie więcej. Nie mogłam spać, dręczyły mnie wyrzuty sumienia, chociaż nie wiem dlaczego. Wtedy chciało mi się płakać. Tak bez powodu. Tsa, dziwne. Wiem.
- Cześć.
- Niezła scenka- skomentowałam, patrząc na mojego rozmówcę. Miał czerwony policzek. No a ja pewnie wory pod oczami.
- Przesadziła, proste. Miała tylko moje zdjęcia zrobione z ukrycia. Jakaś nienormalna.
- A ty mogłeś być milszy. Masz tam w środku choć kawałek serca? Czy jesteś tylko pozbawioną uczuć bryłą, niezdolną do okazywania miłości?- Boże, muszę iść spać. Gadam jakieś bzdury z kosmosu wzięte. Ale mina Rossa była bezcenna.
- Naprawdę sądzisz, że nie jestem zdolny do miłości?
- Jak możesz o tym mówić, skoro nigdy tego nie zaznałeś?
- Jesteś tego pewna?
- Oczywiście.
- W stu procentach?
- Tak.
- Czyli uważasz, że nigdy nikogo nie pokochałem, tak?- Matko, dłużej tego nie zniosę. To tortura psychiczna. Straciłam wątek, nawet nie wiem jakich racji bronię.
- Na pewno nie bardziej, niż siebie samego.
- Wbrew pozorom- nie jestem samolubem, Lauro.
- To kogo tak niby pokochałeś? Swój motor, nie?
- Odpowiedź jest oczywista, nie uważasz?- Świdrował mnie wzrokiem. Czułam to przy kręgosłupie- te ciarki mnie coraz bardziej niepokoiły. Nawet nie zauważyłam, że tylko my gadamy, a lekcja się już dawno zaczęła.
- Może podzielicie się z klasą, o czym tak zawzięcie dyskutujecie, co?- Myślałam, że padnę na zawał. Ross się tylko uśmiechnął i przeniósł wzrok na nauczycielkę. Uff- wreszcie mogłam odsapnąć. Niewidoczne linie wokół kręgosłupa i krtani poluźniły uścisk.
- Chyba już wszystko słyszeli, nie?- Zmroził ją wzrokiem. Wyobrażam sobie, co teraz musi czuć ta babka. Gniew, niepewność, słabość i nienawiść. Wiem, bo to czułam, kiedy się kłóciliśmy z Rossem. Nie cierpiałam tego.
- Zostaniecie po lekcjach, posprzątacie salę. Nie wyjdziecie z niej, dopóki nie będzie błyszczeć.
O nie. Sprzątanie sali? Z nim? Sama? Błagam, wszystko, byle nie to. Mogę wypastować podłogi w całej szkole, umyć okna, ale... Nie to! Znając Lyncha, pewnie coś wymyśli. Coś, przez co zostaną poddane próbie moje uczucia.
- Przyjdźcie tutaj po ostatniej lekcji. A teraz nie gadajcie już.- Nauczycielka dokończyła i zabrała się za prowadzenie lekcji. Znowu przysypiałam.
  Noo, jeszcze tylko siedem minut, szybciej- dawaj, Dzwonek.
- No więc, co do tej wycieczki. Ba pieniądze czekam do jutra. Zbiórka będzie w poniedziałek o 7:00 przed szkołą. Zabierzcie spray na komary i rzeczy z tej listy. Ośrodek jest nad jeziorem. Wrócimy dwa dni przed balem. Reszta informacji będzie na karteczkach.- I przy ostatnim zdaniu zaczęła rozdawać papierki z potrzebnymi rzeczami, planem tych czterech dni dni i takimi tam.
- Jedziesz?- zapytał mnie nagle Ross. Aż podskoczyłam. Wyszeptał mi to do ucha, co spowodowało dreszcze.
- Noo, a co?
- Nic, nic. Tak tylko pytam.
Mi się wydawało, czy on się uśmiechnął jak zbok? On też jedzie? I ma plan. O nieee, nie, nie. Po kiego Ross tam? Tylko tego mi było trzeba. A najgorsze jest to, że Max zostaje na te dni w szkole, żeby nadrobić zaległości z miesiąca. Super- sama z tym tlenionym blondi nad jeziorem. I to bez Maxa. Lepiej być nie mogło!

** 5 GODZIN PÓŹNIEJ **
Przebrałam się po w-fie i powoli, bardzo powoli wyszłam z szatni. Trudno, że śmierdziało tam po przepoconych facetach i ich cuchnących skarpetach z poprzedniej godziny. Wolałam siedzieć w tym smrodzie, niż sprzątać salę z jakimś patafianem, do którego prawdopodobnie nadal coś czuję. Uświadomiłam to sobie podczas rozgrzewki. Przecież to w sumie dzięki niemu doznałam trochę adrenaliny w życiu, to z nim miałam swój pierwszy raz i to on był moim pierwszym chłopakiem oraz tym, który pierwszy mnie pocałował. Nie tak łatwo zapomnieć o człowieku, który tak namieszał mi w życiu. Ale czasu nie cofnę. Teraz jestem z Maxem i jestem szczęśliwa. Kocham go, a uczucie do Rossa z czasem przejdzie. Wszystko w końcu się kończy, prawda? Ktoś kiedyś powiedział, że w chwili kiedy zaczynasz się zastanawiać czy kogoś kochasz, przestałeś go już kochać na zawsze. Ale związek z nim był cudowny... Przez pewien czas. Potem mnie za bardzo to wszystko przytłaczało. Teraz czuję się wolna. No, prawie. Muszę jeszcze przeżyć tę karę.
   Po ostatniej lekcji, jaką był francuski, poszłam do sali od muzyki. W środku była tylko nauczycielka, która nawet nie podniosła wzroku znad sterty papierów kiedy weszłam. Czyżby Ross sobie odpuścił? Nie chciało mu się sprzątać po całym dniu nauki? Kurde, mogłam to przewidzieć. Że zostanę sama i pójdzie mi to dwa razy szybciej.
- A gdzie zgubiłaś chłopaka?
Baba spojrzała na mnie spod okularów.
- Chłopaka?
- Lyncha.
- Niee, my nie jesteśmy razem. Ja chodzę z kimś innym. Ale to raczej nie powinno pani interesować.
- Owszem, nie powinno. Ale osobiście uważam, że to jest za szybko. Niedawno przecież byłaś w ramionach Rossa, a teraz...
- Niech się pani, za przeproszeniem, przymknie i przestanie chrzanić te bzdury. To moja sprawa z kim jestem, a pani nie ma prawa mieszać się w moje prywatne życie, nie?
Wkurzyłam się na nią. No sorry, ale to nie jej zasrany interes z kim jestem i byłam. Czy nie może po prostu wyjść i pozwolić mi sprzątać, żeby było szybciej?
 Nagle drzwi się otworzyły i do sali wszedł spocony Ross. Czyli ćwiczył na w-fie? Wow, co za zmiana. Co się stało, że ON zaczął ruszać tym swoim tyłkiem?
- Cześć.- Uśmiechnął się do mnie jak chochlik. Był czerwony na twarzy, a włosy sterczały mu na wszystkie strony świata. Nauczycielka tylko na nas spojrzała i wyszła, zostawiając nam na zapleczu wszystkie potrzebne rzeczy. Teraz zobaczyłam jaki tu był syf.
  Ławki stały porozstawiane pod ścianami, a na nich leżały plakaty, zdjęcia i informacje, które trzeba wymienić. Tablice korkowe opierały się o nogi krzeseł, a te zaś, były ustawione w wielkim kółku na środku. Instrumenty leżały w nieładzie i kurzu na półkach, a rośliny na parapecie usychały. Czysta tablica to była tutaj chyba... Na początku roku szkolnego? Cała była w kolorowej kredzie, a pod nią stało stare wiadro w kałuży z praktycznie białą wodą w środku. O warstwie pyłu na podłodze nie wspomnę, tak samo na ławkach, przy których zwykle nikt nie siedzi. Najgorzej było z gumami poprzyklejanymi do ławek od spodu. 
- Czy ty ćwiczyłeś na w-fie?
- Pogięło? Wyszedłem na chwilę po chipsy do marketu niedaleko i kurna fanki spotkałem, musiałem spieprzać, bo nie dawały mi spokoju. 
Ach ta naciągana sława. Szkoda, że media i te jego fanki nie wiedzą jaki jest naprawdę. Przedstawiają go jako "chodzący ideał", albo wzór do naśladowania. No ja podziękuję za takiego idola, który z gangiem zabił w przeszłości członka mafii.
- Może chciały cię po prostu... Obejrzeć na żywo, pomacać to i owo, no wiesz.- Zarysowałam palcem w powietrzu kółko wokół niego.
- I przy okazji zaciągnąć w krzaczki, nie? Zajmuję miotłę- zmienił temat i wziął do ręki miotełkę. Zaczął odwalać, że to mikrofon, a on sam jest jakąś megagwiazdą rocka.
- Wiesz, uczą się od idola. 
Jego mina była bezcenna. Spojrzał na mnie spod byka i odłożył "mikrofon". Nie spuszczając wzroku ze mnie, podchodził coraz bliżej, nie spieszył się w ogóle. Za to ja, z każdym jego krokiem, coraz bardziej się oddalałam, aż w pewnym momencie uderzyłam dupą o ławkę i byłam zmuszona się zatrzymać. Potajemnie wzięłam brudną szmatkę od tablicy z biurka.
Kiedy Ross był już na tyle blisko, że mogłam poczuć jego perfumy, zaczął się nade mną nachylać, a ja, za to oddalać, przez co leżałam plecami na ławce. Pod nim.
- Sugerujesz coś?- zapytał, zmieniając głos na uwodzicielski. Przeszedł mnie dreszcz. Laura, nie patrz w te oczy, nie paczaj tam...
- To znaczy?
- Nauka od idola pewnych spraw.
- Nie jestem twoją fanką.
- Nie pociągam cię?
- Nie.
- Nic dla ciebie nie znaczę?
- Nic a nic.- Do czego on zmierza? Zaczynam się bać.
- Skoro tak, to mnie pocałuj.
- Ross, ja nic do ciebie nie czuję.- Kogo ja oszukuję, nie umiem kłamać.
- Oszukujesz samą siebie.- Kurwa.
- Nie.
- To dlaczego głos ci drży, masz ciężki oddech, źrenice ci się powiększyły, masz rumieńce, a serce wali ci jak facet kobietę?
Zniżył się jeszcze bardziej, praktycznie na mnie leżał, a jakby opuścił głowę niżej, nasze usta by się dotykały. No i spojrzałam w te jego oczy. Poczułam mrowienie w brzuchu, a policzki mi zapłonęły jeszcze bardziej.
Kiedy zbliżył swoją twarz do mojej, po wewnętrznej stronie uda przeszył mnie prąd. Nie- tak nie może być. 
Wystawiłam szmatkę i to ją pocałował, a ja szybko odeszłam na bok. Myślałam, że nie wyrobię kiedy się tak wycierał. Wyglądał komicznie.
- Przesadziłaś.
 Obraził się na mnie? No... Wziął miotłę i zaczął zamiatać. Nawet się nie odzywał, ani na mnie nie patrzył- tylko zamiatał. Ja zabrałam się za zmazywanie tablicy. 
  Po piętnastu minutach bolały mnie ręce i miałam dość tej ciszy. Wrzuciłam szmatkę do wiadra, przez co wylała się z niego woda, i podeszłam do Rossa. Stanęłam przed nim, ale nawet nie przerwał sortować papierów. 
- Ej.
Zero reakcji. Kolejna próba.
- Ross?
Nic.
- No weź, to za tę szmatkę? Ross.
Dalej nie reagował. Odłożył tylko papiery i spojrzał mi w oczy. Tyle. 
- Jesteś zły?
- Tak.
Wow, nareszcie coś!
- Wybaczysz?
- Pomyśli się.
- Proszę?
- A co będę miał w zamian?- On już się chyba nie gniewa, co? Skoro zaczął coś wymyślać..
- A co chcesz?
- A co mi dasz?
- A na co masz ochotę?
- Na ciebie.
Mogłam się tego spodziewać. W ogóle przez tę rozmowę nawet nie zauważyłam, że opieram się o ścianę, a on mi blokuje drogę rękoma. Odepchnęłam go lekko od siebie i odeszłam od niego. Tak nie może być. Nie mogę się do niego na nowo zbliżać. Przecież jestem z Maxem i nie chcę go skrzywdzić.
- Może kiedy indziej.- Podniosłam kosz z ziemi, a w drugą rękę wzięłam wiadro z brudną wodą. - Idę wymienić wodę i... wynieść śmieci.
 Nic nie odpowiedział, więc nie czekając dłużej, wyszłam na korytarz. Matko, jak tu pusto, aż strasznie. Miałam nadzieję, że nie będę musiała tyle tutaj siedzieć, zwłaszcza sprzątać z Rossem. No ale takie jest życie. Nic na to nie poradzę.
  W łazience spotkałam nauczycielkę, która dała nam karę. Już chciała się bulwersować, że wyszłam z sali, ale zauważyła, że wymieniam wodę w wiadrze, a przy zlewie są worki ze śmieciami.
- Jak wam idzie?
- Dobrze. A teraz przepraszam, ale mam robotę.
- Pogodziliście się z Rossem?
 Aż wylałam na siebie wodę, co wyglądało, jakbym się zeszczała. No nie nooo, świetnie! I w ogóle jakim prawem ona się znowu miesza w moje życie? Ugh, nie wyrobię.
Zostawiłam napełnione wiadro i wyniosłam śmieci. Wracając jeszcze weszłam po nie do łazienki i skierowałam się do sali, gdzie były już ustawione ławki, a Ross na jednej leżał.
Postawiłam wiadro na miejsce, a następnie usiadłam za biurkiem kobiety. Leżał tam otwarty dziennik. Uuu, jutrzejsza grupa będzie mieć sprawdzian. Sprawdziłam swoje oceny. Akurat z muzyki miałam dość dobre. Ross dostał dwie szóstki? Wow.
- O czym gadałaś z Calem?- zapytał Ross. Cal- tak mówimy na babkę od muzyki.
- Co? Ale skąd wiesz?
- Przecież jak wszedłem, to wkurzałaś się na to.
- Aaa, to. O niczym.- Dalej przeglądałam dziennik. Po co on ma wiedzieć, że wciskała mi kit o nim?
- Laura? To coś o mnie?
- Nom.
- Czyli co?
 Podniósł się i spojrzał na mnie. Kiedy zobaczył mokrą plamę na noich spodniach, o mało co nie wybuchnął śmiechem. Ostrzegłam go wzrokiem.
- To była prywatna rozmowa.
- Ale o mnie, czyli mogę wiedzieć, nie?
- Ale nie musisz, nie?
- Powiesz mi kiedyś?
- Kiedyś.
- Czy ty wiesz, Lau, ile mi już rzeczy obiecałaś na później?
- Spokojnie, ja, w przeciwieństwie do niektórych, dotrzymuję obietnic. 
Wstałam od biurka, odkładając dziennik na miejsce. Nie zwracając uwagi na pewną osobę, która przyglądała się moim ruchom z boku, podlałam kwiaty i przetarłam blaty ławek. Na koniec wrzuciłam szmatkę od tablicy do wiadra i usiadłam na ławce obok Rossa. Za oknem już się ściemniało. Było po 19. Matko, sprzątaliśmy tutaj ponad trzy godziny?
- Masz już sukienkę na bal?- zapytał, przerywając ciszę. Położyłam głowę na jego ramieniu. Mogłabym przysiądz, że przeszedł go dreszcz.
- Nie idę na bal.- Zamknęłam oczy. Byłam zmęczona, najchętniej położyłabym się spać. A o balu to po co rozmawiać? Max mnie jeszcze nie zaprosił, a czasu jest coraz mniej.
- Nie masz się w co ubrać? Czy nikt cię nie zaprosił?
- Mam sukienkę. Od twojej starszej siostry, która niedługo jedzie sama z Ellem daleekooo stąd.- Tak, specjalbie mu to przypomniałam. Wzdrygnął się.
- Jestem za młody na wujaszkowanie. A drużbą na ich ślubie stanowczo nie będę. 
- Praktycznie wszyscy w twojej rodzinie mają drugie połówki, wow. No oprócz ciebie i Rylanda.
- Młody ma dziewczynę. Od kilku dni. A skąd pewność, że ja nie mam?
- To kto to?
- Lau, kotku. Przecież wiesz. 
- No, twój kotek jest zajęty.
- Ale na bal wolny...
- Nie, Ross- nie pójdę z tobą na bal- powiedziałam stanowczo i wstałam. Zrobił to samo.
- No weeeź. Oboje nie mamy partnerów. Poza tym musisz zrobić coś, żebym ci wybaczył. 
- Ty możesz coś zrobić.
- Co?
- Odprowadzić mnie do domu.

~~~~~~~~~~~~~~
Hei koty :*
No rozdział jest...
Nie będę się wypowiadać na jego temat, cóóż. 
Dodałam zakładkę "Pytania do bohaterów", odwiedzajcie ją. No i co by tu jeszcze...
Aha- doszłam ostatnio do wniosku, że wolę mieć kilka dłuższych, szczerych komów, niż pierdyliard fałszywych.
No i nie wiem co jeszcze, więc do nexta.
Klaudia
PS Sorki za błędy, ostatnio piszę tylko na fonie, bo laptopa to najchętniej wywaliłabym przez okno. Gówno się zepsuło i skazało mnie na telefon ;_; 

czwartek, 23 kwietnia 2015

Rozdział 39

~~ Ross ~~
Byłem wkurzony. Dokładnie nie wiedziałem dlaczego. Dręczyło mnie to nawet rano. Nie wiedziałem co do cholery się ze mną dzieje, czemu nie mogłem sobie darować myśli o Laurze, Maxie i zerwaniu. To chore. Wczoraj tak mi podskoczyło ciśnienie, że wysadziłem Veronicę przy jakimś kiosku niedaleko szkoły, a sam pojechałem do klubu. Nie miałem ochoty na picie, ani na prywatny pokaz z bonusem. Jak nigdy. Chociaż nie pamiętam co robiłem później, głowa mnie trochę boli, więc możliwe, że się czegoś napiłem.
- Ross, wstajesz?- Do pokoju weszła Rydel.- Może zostaniesz dzisiaj w domu?
- Po co?
Ziewnąłem, przeciągając się na łóżku. Siostra podeszła bliżej.
- Jak się czujesz?- zapytała.- Blado wyglądasz.
- Do dupy, czyli jak zwykle. Po prostu się nie wyspałem, okey? Nie traktuj mnie jak dziecko.
Wstałem i poszedłem do łazienki. Umyłem się, a następnie powoli ubrałem dziurawe, jasne jeansy i czarną koszulę.
  Miałem dość ludzi. Nawet tych najbliższych. Wcale nie chciałem zranić Delly, ale samo tak wyszło. Nie umiem się kontrolować. Szczególnie na kacu i po wczorajszych wydarzeniach.
  Wyszedłem z domu bez śniadania i potrzebnych książek- normalka. Starając się za wiele nie myśleć, wsiadłem na motocykl i pojechałem do szkoły. Jadąc tak z rana, pustymi ulicami, odstresowuję się. Usiłuję wtedy wybić sobie z głowy różne rzeczy, na przykład kluby, panny czy... To co wczoraj... Czyli Laurę z Maxem trzymających się za ręce. To, jak błyszczały jej się oczy, kiedy ją obejmował, albo jaka była szczęśliwa, kiedy ją pocałował...
  I znowu. Omal nie wjechałem motorem w przechodniów. Już nawet nie mogę normalnie jeździć. Zerwanie z Laurą to był mój najgorszy pomysł na jaki kiedykolwiek wpadłem. Żałuję tego. Ale pewnie i tak byśmy się w końcu rozstali. Muszę żyć dalej i traktować ją jak zwykłą byłą, nic dla mnie nie znaczącą, których mam na pęczki. Tylko, czy potrafię? Co się ze mną, do cholery dzieje?! Zanim ją poznałem, byłem sobą, a teraz? Teraz nie mam bladego pojęcia kim jestem.


~ W szkole ~
Ominąłem przy wejściu pewną zakochaną parkę i skierowałem się do sali na biologię. Usiadłem na samym końcu, jak zwykle, i schowałem twarz w dłoniach. Czuję się koszmarnie. Mogłem posłuchać Delly i zostać w domu. Po tej lekcji chyba się urwę ze szkoły- nie wyrobię dłużej. Jeszcze ten ból w żebrach. Jest większy niż zwykle. Nawet ciężej mi się oddycha.
- Cześć, Ross.
Kto tym razem?
- Idziesz z kimś na bal?
Podniosłem głowę. Veronica. Matko, nie mogła przyleźć kiedy indziej? Ja tu ledwo żyję.
- Tak.
- Z kim?
Jak sobie nie odpuści to wstanę i jej przywalę. Serio. Wybrała zły dzień na pytania o bal. Laura pewnie idzie z Maxem... Chuj, miałem o tym nie myśleć.
- Z moją dziewczyną, wiesz?- skłamałem.- Odwal się w końcu.
- Ale co ja zrobiłam? Aaaaa jak ona się nazywa?
- Cocię Toobchodzi. Francuzka, brunetka... Zielone oczy... Jest naprawdę piękna.
Jej mina była bezcenna. Ale i tak miałem humor z dupy wyjęty. Gdy tylko odeszła, położyłem głowę na chłodnej ławce i zamknąłem oczy. Tylko w sali od muzyki są podwójne ławki, więc praktycznie nie muszę z nikim gadać.
Nagle do sali wpadła babka od angola z tym swoim donośnym, nieznośnym głosem, który brzmi jak rechot żaby.
- Nie macie dzisiaj biologii. Chodźcie ze mną.
Niechętnie, powoli wstałem z krzesła i wziąłem swoją kurtkę z podłogi. Wyprostowałem się i... W uszach mi zaczęło szumieć, a potem buczeć. Myślałem, że zaraz mi bębenki pękną. Na dodatek przed oczami pojawiły mi się mroczki, a głowa mnie cholernie bolała. Musiałem jeszcze usiąść, żeby nie zemdleć.
- Ross, w porządku?
Ta nauczycielka jest stanowczo za głośna.
Nie patrząc na nią, powoli wstałem i wyszedłem z klasy. Poszedłem za resztą grupy do sali od anglika. To, co tam zobaczyłem, przyprawiło mnie o zawroty głowy. Laura i Max. Matko, tylko nie to. Zniosę wszystko, ale nie ich "słitaśne" zachowanie. Chyba, że mam paranoję, to już bardziej prawdopodobne.
- W związku z tym, że jest nas dużo, będziecie pracować w czteroosobowych grupach. Wylosujecie angielskiego lub amerykańskiego poetę i zinterpretujecie dwa jego wiersze.- Nienawidzę tej babki. Nienawidzę. Jakaś chora na głowę. Praca w grupach? Zajebiście... Usiądę gdzieś z boku i kit.
- Lynch, obudź się w końcu!
Matko, moja głowa...
- Z Bradem do trzeciego stolika- już!- rozkazała i wskazała na połączone ławki. Kurwa, tylko nie to. Ale mogłem to przewidzieć...
Przez ułamek sekundy Laura się do mnie uśmiechała. Po chwili jednak, kiedy zobaczyła moją minę cierpiętnika, na jej twarzy zagościł smutek. Chyba. Wtedy Max się nad nią nachylił , wyszeptał coś do ucha, ona mu przytaknęła i odwróciła wzrok. 
 Poszedłem z Bradem do ich stolika i zajęliśmy miejsca naprzeciwko nich. 
- Cześć- powiedziała Laura, patrząc na mojego towarzysza. Na mnie nawet nie spojrzała. Aham, fajnie..
- Hej.
Czułem się coraz gorzej. Z każdą sekundą trudniej mi było oddychać i miałem wrażenie, że jest mi coraz goręcej. Do końca nie ogarniałem co się dzieje wokół mnie, czy ktoś się do mnie odzywa. Ból w żebrach był nie do wytrzymania. 
- I grupa- Szekspir.- Ledwo, co usłyszałem przez szum w uszach.- II- Jane Austen; III- Cummings Edward Estlin.- Jezu, co to jest?
Dalej nie słuchałem. Laura wyciągnęła jakąś książkę zza siebie, chyba z szafki- nie wiem- i rzuciła nią w moją stronę. Reszcie dała inne.
- Poszukaj czegoś- rozkazała oschle. Zupełnie jak nie ona. Co ten Max jej nagadał? Nie lubię gościa. 
- Czego- wymamrotałem po cichu.
- Wiersza, Ross.
- Tu są same wiersze tego Edzia. 
- To wybierz ten, który ci się spodoba. Nie rób z siebie sieroty.
Uu, ale ona się wredna zrobiła. Brr. 
- Ey, stary- odezwał się Max- wyglądasz jak trup.
- I co z tego?
- Dobrze się czujesz?
- Jest ok, odwal się, co?
- Spokojnie, tylko pytam...
Kolejny, silniejszy ucisk. Mój oddech robi się coraz płytszy. Zaraz nie wytrzymam i spadnę z tego krzesła.
- Idź do pielęgniarki.- Albo mi się wydawało, albo Laura się przejęła. Ale olałem jej prośbę i zacząłem szukać jakiegoś wiersza. Same nudy o miłości i bla bla bla. Ale w końcu...
- Mam- powiedziałem, mało co nie wybuchając śmiechem. Ten gościu był.. Zboczony. Przeczytałem im go, pohamowując się od śmiechu:
 - Posłuchajcie:
" ***Czasami żyję dlatego

Czasami żyję dlatego, że ze mną
jej drzewo- kształtne czujne ciało śpi,
którego się ostrzenie wyczuje powoli,
powoli się stające wyraźnie miłością,
co słodko w ramieniu mym tonie zębami,
aż osiągniemy tę Wiosenno- wonną,
głęboką, wielką wspólnie malowaną chwilę.

Moment rozkosznie straszliwy,
gdy usta jej nagle wyrosłe, zupełnie
płomiennie z mymi zaczynają szaleć
(a z ud mych, które kurczą się i dyszą,
deszcz morderczy podskocznie sięga po
kugorny, jedyny najgłębszy kwiat, który
przynosi mi gestem swych bioder."

Wszyscy przy stoliku wybuchnęli śmiechem. Ten Edek na serio był jakiś nie ten teges.
- Czyli mamy napisać, że autor... Opisał swój... Stosunek?- wachał się Max. Ja mam inną propozycję.
- Zapisz, że po prostu Edzio opisał tam swój seks z deską. I, że czasem po prostu po to żył, z czego wynika, że miał myśli samobójcze i był seksomaniakiem. 
Spojrzenia moje i Laury się spotkały. Brunetka szybko odwróciła głowę, bo Max uszczypnął ją w tyłek. O nie, on za dużo sobie pozwala. Ona w ogóle się na to zgadza?!
 Kopnąłem go pod ławką w nogę. Zawył z bólu, a Lau zachichotała. Tak słodko się śmiała... 
  Nagle zaczęła wirować, a na jej twarzy pojawiły się kolorowe kropki. Nic nie słyszałem. Tylko szum, który rozsadzał mi głowę i bębenki. Nie mogłem oddychać. Musiałem stąd wyjść. 
  Wstałem w mgnieniu oka i podparłem się o ścianę. Jedyne, co usłyszałem wśród głosów, to Laura, mówiąca: "Ross, proszę cię, usiądź! Zaraz zemdlejesz!".
Podszedłem na chwiejnych nogach do drzwi. Przystanąłem na chwilę. Ktoś do mnie podbiegł. Nie wiem co się dalej działo. 
 Kiedy się obudziłem, widziałem tylko sufit, angielską flagę i kilka osób, między innymi pielęgniarkę, nauczycielkę i... Laurę- mojego anioła... Boże, chyba się walnąłem w łeb.
- Ross, ty idioto.- Usłyszałem głos Lau gdzieś obok siebie, a po chwili poczułem uścisk. Ale ten przyjemny, ciepły. Od niej.- Powinieneś leżeć w szpitalu, ty głupi jesteś, że... Ugh!
 Albo się wściekła, albo bała się o mnie. W końcu, tylko ona panikowała. Była teraz na wyciągnięcie ręki, więc... No przyciągnąłem ją do siebie, a co miałem zrobić... Od razu poczułem się lepiej. Tak cieplej i w ogóle. Nawet nie protestowała. No tak- Maxa nie było w sali. 
- Laura?- powiedziałem. Wymyśliłem coś, żeby ją trochę wkurzyć. Pielęgniarka szepnęła coś do nauczycielki i wyszła, a Laura spojrzała na mnie spod długich rzęs. Nadal ją tuliłem do siebie. 
- Nooo?
- Twój stanik wbija mi się w ramię. 
- Idiota.
Prychnęła i dała mi z pięści w rękę. Ona tak fajnie się wkurza. Chciała się ode mnie odsunąć (i pewnie dać potem z liścia), ale włosy jej się zaczepiły o zamek mojej kurtki. Właśnie, ktoś mi ją założył...
  Kiedy Laura była zmuszona mieć głowę przy moim torsie, aby nie stracić włosów, ja wybuchnąłem śmiechem. Babka od anglika też. Tylko brunetce nie było do śmiechu.
- Ty padalcu, specjalnie to zrobiłeś!
- Hahaha, kotku, nikt cię nie zmuszał do zbliżania się do mnie.
- Przestań rechotać i nie nazywaj mnie tym cholernym kotem! Pomóż mi, co?
- Czekaj, jeszcze trochę możesz tak pobyć, mi to nie przeszkadza...
- Kur... Ross!
- Spokojnie, złość piękności szkodzi. Kotku. 
Niee, no nie mogę z niej. Uwielbiam ją. Nie chcę jeszcze kończyć tej zabawy... Wymyślę coś- jak to ja mam w zwyczaju. 
Jedną rękę położyłem na jej głowie (właściwie, to nie wiem po co), a drugą powoli zjechałem zamkiem w dół, więc Laura była zmuszona zniżyć głowę, co z innej perspektywy wyglądałoby dość interesująco. 
- Idioto, nie pomagasz...
W końcu się wkurzyła i podniosła głowę. Była wściekła, ale ja nie mogłem powstrzymać się od śmiechu. Miała focha, na pewno. I to sporego. Pewnie z chęcią by mnie teraz zadźgała ołówkiem, albo pofiletowała. To bije z oczu. 
- Ross, musisz iść do pielęgniarki.- Nauczycielka zwróciła się do mnie, a potem odwróciła się do Laury, która już otwierała drzwi.- Zaprowadzisz go? Ja muszę posprzątać salę i sprawdzić wasze prace w grupie. 
Mina brunetki była zabójcza, co spowodowało kolejny wybuch śmiechu u mnie. 
- Jasne.- W tym słowie było tyle jadu, że ciary mi przeszły po plecach. Potem spojrzała na mnie. Nic nie można było wyczytać z jej oczu. Spróbowałem wstać, ale to był zły pomysł. Znowu się zachwiałem i dostałem zawrotów głowy. Laura automatycznie do mnie podbiegła, jakby ktoś ją poraził prądem i pomogła mi odzyskać równowagę. Wyszedłem z sali podtrzymywany przez moją byłą dziewczynę i tak szliśmy kawałek w milczeniu, aż mi się to znudziło.
- Jesteś zła?
- Tak.
- Bardzo?
- Tak.
- No weź przestań. Nie obrażaj się na mnie.
Nagle się zaśmiała. Co ja powiedziałem?
- Brzmisz jak dziecko, które chce iść na plac zabaw, haha.- Tak uroczo się śmiała.- Co nie zmienia faktu, że grubo przegiąłeś. 
- Wybaczysz mi?- zapytałem głosikiem małego dziecka, jak to powiedziała wcześniej Lau.
- Może.
- Laura?- Spoważniałem i powtórzyłem pytanie. Tym razem innym tonem.- Wybaczysz mi?
- No już powiedziałam, że może. 
- Mówię o czymś innym. 
- O czym?
- O nas. 
Zamilkła. Wiedziałem, że tak będzie. Mogłem nie pytać i już. 
- Dobra- przerwałem ciszę- Idź do domu, ja sobię poradzę.
- A jak znowu zasłabniesz?
- Martwisz się o mnie?- zapytałem z cichą nadzieją w głosie. Raczej tego nie wyczuła.
- Nie. 
I puściła mnie. Szedłem normalnie, czyli dojadę do domu sam... I nie muszę iść do pielęgniarki, żeby siedzieć u niej godzinę i czekać na Rydel, albo Rikera, kiedy mam około 10 minut do domu.
- Aaa, jak się czujesz?
O nie, mam dość tego pytania. Zmieniłem temat.
- Od jak dawna znacie się z Maxem?
- Po co pytasz? Przyjaźniliśmy się od dzieciństwa, a poznaliśmy się w piaskownicy przed pracą mojego taty. Kiedy zerwałeś ze mną, powiedziałam mu o tym i spotkaliśmy się. Wiesz, poprawił mi humor, dobrze się bawiłam... Dalej już wiesz.
- To dobrze, że jesteś szczęśliwa. Zasługujesz na to. 
- Dzięki.
- Kochasz go?- Czemu dałem do tego pytania tyle nienawiści? Ach, tak...
- Tak.
- A mnie kochałaś?


~~~~~~~~~~
Zabijecie mnie? Zabijecie, wiem, wiem. Chciałam Wam powiedzieć, że jeszcze ok. 10 rozdziałów i będzie THE END. Ale może to się zmieni. Chociaż wątpię. Jest coraz mniej komentarzy. Obserwatorów jest ponad 60, komentarzy pod ostatnim rozdziałem 15. Kiedyś było 45. Ach, gdyby znowu tak było... <3 
Ale to raczej niemożliwe. 
Chciałam po tej historii założyć nowego bloga, z całkiem inną fabułą, ale nadal się zastanawiam.
Wszystko zależy od Was i mojej weny. I to, czy będzie dalej ten blog, i to, czy po tym będzie kolejny. 
KOMENTUJCIE :')

środa, 15 kwietnia 2015

KRADZIEŻ PRAW AUTORSKICH

Sorry, jestem wkurzona. Kojarzycie taką osóbkę jak "Clau Dia"? No właśnie. Kilka godzin temu utworzyła bloga. http://badboyandsweetboyandr5.blogspot.com/ Co jest w nim nie tak? Aaa, właśnie. PROLOG SKOPIOWANY SŁOWO W SŁOWO, PRZECINEK W PRZECINEK, KROPKA W KROPKĘ. Nawet się nie trudziła nad tym, żeby zrobić ENTER przy dialogach. No jprdl. Nazw innych też nie było, nie? To jest zwyczajna kradzież. Ja się tu męczę, siedzę kilka godzin, poprawiam, żeby było OK, a taka osoba sobie wejdzie, zobaczy "O, przyda się", weźmie *kopiuj- wklej*,a potem mówi, że pisze to z koleżanką, że się męczy nad rozdziałem. Aha, fajnie. Ale no sorry, przywłaszczyła sobie MOJEGO BLOGA. Cholera, nawet nie wiecie jaka jestem teraz wkurzona. Mam ochotę coś roz***ać, że... UGHHHH!
  Tak do właścicielki tego bloga:
Naprawdę nie masz za grosz honoru. Przywłaszczyłaś sobie cudzą robotę. "Piszę tego bloga z koleżanką". Aha, jasne. A mogę wiedzieć jak ona się nazywa? Czy wgl istnieje? Jeśli myślisz, że dzięki kopiowaniu cudzych treści nie jest karalne , i że zyskasz dzięki temu czytelników, to się grubo mylisz. Ciekawe, czy będziesz miała tupet i powiesz coś na swoją obronę. To czyste CHAMSTWO I KRADZIEŻ.
  Dla tych, co chcą sobie porównać:
http://badboyandsweetboyandr5.blogspot.com/ - "jej" blog
http://rosslynchbadboyandsweetboy.blogspot.com/2014/05/prolog_17.html - prolog na tym tutaj MOIM blogu.
Co do rozdziału... Miałam go pisać dzisiaj. Miałam wenę. MIAŁAM. Możecie podziękować CLAU DII. Straciłam ochotę pisać cokolwiek już. Nie wiem kiedy dodam nexta.
Pozdrawiam Was- tu mowa do MOICH lojalnych czytelników. Nie do tych, którzy przywłaszczają sobie cudzą ciężką pracę. Dziękuję i dobranoc.

Klaudia

sobota, 11 kwietnia 2015

Rozdział 38

~~ Laura ~~
Rano spóźniłam się na lekcje. Ale przynajmniej nie byłam jedyna. Moja ławka- na szczęście- była pusta. Szybko w niej usiadłam i schyliłam się do torby, żeby rozpakować książki do muzyki i potrzebne materiały. Zanim się zorientowałam, ktoś odsunął krzesło obok i zajął swoje miejsce. Usadowiłam się wygodnie, starając się nie zwracać uwagi na TĘ osobę. Może to idiotyczne, ale nie miałam ochoty go widzieć.
- Jak tam piżamka?- zapytał z tym swoim zawadiackim uśmieszkiem. Ugh... Musiał?
- Spoko.
- Tylko "spoko"? Wiesz ile ja musiałem naprosić Rylanda, żeby poszedł do tego sklepu?
- No i po co?
Nie patrzyłam na niego. Udawałam, że słucham nauczycielki. A Ross milczał. Może dał sobie spokój?
- A torcik jak?
Ughh ten różowy tort z króliczkiem Playboya*...
- Mogłam się tego po tobie spodziewać. Ale i tak przegiąłeś z tym Playboyem. Rodzina teraz na mnie dziwnie patrzy.
- O to chodziło- zaśmiał się i tym samym zwrócił uwagę nauczycielki. Podeszła do naszej ławki jak do skazańców i stanęła przed Rossem z założonymi rękami.
- Co cię tak bawi, panie Lynch?
- To chyba nie pani sprawa, nie?
- Czyli już się dobrze czujesz po tej bójce?
- No jasne.
- Więc bądź tak uprzejmy i zagraj nam na pianinie Clair de Lune Debussy'ego. Jeśli nie chcesz oblać.
- No jasne- wycedził głosem pełnym jadu, a jego wzrok zabijał. Minął nauczycielkę bez słowa i zasiadł przed instrumentem. Ta, to dla niego pestka.
  Nawet dobrze mu poszło, ale to mina nauczycielki najbardziej mnie rozwaliła.
- Wracaj i już się nie odzywaj- rozkazała surowo z ponurym grymasem na twarzy. Ross uśmiechnął się do niej jak chochlik i powoli wrócił na miejsce. Odruchowo odsunęłam się na drugi koniec ławki.
- A jak tam autko?- Znowu zaczął temat. Spojrzałam na niego kątem oka i mruknęłam po cichu:
- Dobrze.
  Westchnął ciężko i usadowił się wygodniej na krześle. Pewnie zauważył, że nie mam ochoty z nim gadać. Jakiś czas siedział cicho, pisał z kimś przez telefon. Zdążyłam zobaczyć tylko pierwszą literę "R", zanim Ross zerknął na mnie i wyszczerzył się.
- Przyjdź dzisiaj do mnie.
- Yyy nie?
- Czemu?
- Po co?
- Rydel coś chciała.
- Mogła zadzwonić- wycedziłam, a po chwili dodałam:- I ty też tam będziesz?
- No oczywiście.- Próbował się nie zaśmiać.- Przecież tam mieszkam.
Ooo matkoo, co za typ.
- Nie mogę dzisiaj.
Wyraźnie posmutniał. Wolałam mu nie mówić co robię po szkole.
- Dlaczego?
- Spotykam się z... kimś.
- Z kim?
Smutek powoli schodził z jego twarzy, a zastępował go gniew.
 Wiercił mi dziurę w brzuchu tymi pytaniami. Nie może mi dać po prostu spokoju?
- Z kolegą- warknęłam zirytowana, a on dalej to samo.
- Którym? Znam go?
- Pierdole, Ross!- krzyknęłam za głośno, czym zwróciłam na siebie uwagę kilku osób wokół.- Kolega mnie zaprosił i idziemy do knajpki. Coś jeszcze?
- Tak.- Jego głos był oschły i zimny. Ten szept sprawiał, że miałam ciarki.- Nie daj mu się omamić.
- Jak tobie?
Już do końca lekcji się nie odzywał, a po dzwonku, kiedy przechodził obok, syknął mi do ucha, łapiąc mocno za ramię: "Nie wskocz mu do łóżka". No myślałam, że go zdzielę.
     Poszłam do swojej szafki po książki do anglika, kiedy nagle podbiegły do mnie dwie dziewczyny z mojej grupy z muzyki. Były podjarane i już chyba wiem czym...
- Heeeej Laura- zapiszczała jedna z nich. Jezuuu....
- No cześć?- przywitałam się niepewnie. 
- Co tam?
- Dobra, daruj sobie tę gadkę- powiedziałam oschle, zatrzaskując drzwiczki od swojej szafki- O co ci chodzi?
- Jesteś jeszcze z Rossem?- Wiedziałam! Mogłam się o milion założyć, że zapytają o nasz związek.
- A nawet jeśli, to co?
- Nic, nic. Ale tak, czy nie?
Bez chwili zastanowienia odparłam:
- Nie, to po prostu prostak. Jeśli chcesz z nim być, to radzę wziąć jakiś kilogram tabletek uspokajających i kilka kubków herbaty z melisą.- Uśmiechnęłam się złośliwie i odeszłam. Po chwili jednak wróciłam i szepnęłam jeszcze:
- Pilnuj, żeby założył gumeczkę. I sprawdź, czy zmienił pościel.
Po tym zostawiłam je wkurzone gdzieś z tyłu i skierowałam się w kierunku sali od angielskiego. Po drodze oczywiście jeszcze kilka osób, a właściwie jakichś wypindrzonych panien w mini, których wcześniej nie widziałam, zapytało mnie o to samo, co tamte dziewczyny. Ugh, nie idzie wytrzymać. A to wszystko przez tego palanta, który właśnie się na mnie gapi, bo rozmawiam z Maxem. Tak, to on mnie zabiera do knajpki po szkole.
- Poczekasz na mnie przed szkołą?- zapytałam, stojąc bardzo blisko niego. Udawałam, że wcale nie patrzę na Rossa.- Muszę pogadać z organizatorami balu.
- Jasne.- Jego uśmiech był zabójczy. Matkoo... Cudowny.- Może pójdę z tobą?
- A chce ci się? Będę gadać o występach.
- A jeśli ci nie będę przeszkadzał?
- Dobraaa, ale i tak poczekasz- wystawiłam język i przytuliłam go na pożegnanie, bo zadzwonił dzwonek. Poszłam na koniec korytarza, gdzie była moja grupa od anglika, specjalnie zahaczając ramieniem o wściekłego Rossa opartego o ścianę. Chyba miał teraz wf... Nie wiem. 

*PO SZKOLE*
[narrator]
  Ross po rozmowie z dyrektorem o ostatniej bójce poszedł wściekły przed szkołę, do swojego motocykla. Dziedziniec był już niemal pusty, nie licząc kilku dziewczyn na ławkach, które wpatrywały się w Rossa, kiedy on rzucił kask na trawnik. Musiał się oprzeć o kierownicę, żeby się uspokoić. Inaczej nie mógłby prowadzić. Wytrącił go z równowagi widok całującej się pary przy szafkach.
 Laura i Max- i co jeszcze?, pomyślał sobie.
 Prychnął gniewnie i już chciał wsiąść na motor, kiedy ktoś go popukał w plecy. Odwrócił niechętnie głowę i zobaczył przed sobą jakąś dziewczynę, której nie kojarzył.
- Hej- powiedziała nieśmiało. Kręciła palcem włosy, denerwowała się.
- Cześć- odezwał się, krzyżując ręce na piersi.- Chcesz coś, czyy...
- Masz czas dzisiaj?
- Nie.
- A, no to trudno...
Kiedy on się odwrócił, postanowiła inaczej zagadać.
- Jesteś jeszcze z Laurą?
- Nie.
- To dlaczego nie masz czasu?
- A co chcesz?- zapytał, z trudem opanowując gniew. Całym ciałem pokazywał jej, że nie jest nią zainteresowany, ale ta dalej to ciągnęła.
- Może... pojechać na przejażdżkę? Z tobą...- pokazała na motor- i tym?
Westchnął ciężko.
- A jak masz na imię, co?
- Veronica.
- Aha- mruknął pod nosem i znowu się odwrócił. W tym momencie ze szkoły wyszli przytuleni do siebie Max i Laura. W Lynchu się zagotowało. Szczególnie wtedy, gdy Laura się do niego uśmiechnęła i pogłaskała swojego towarzysza po policzku.
- Wiesz co, Veronica?- odezwał się i chwycił dziewczynę za rękę, po czym palcami odgarnął jej włosy za ucho. Zarumieniła się, a Laurze zniknął uśmiech z twarzy. Za to zagościł on u Rossa.- Wsiadaj, pojeździmy trochę. Mam spooro czasu dzisiaj.
Veronica podeszła do pojazdu, a Ross poszedł po kask, który wcześniej rzucił na trawnik. Wracając do motoru, specjalnie zahaczył o Laurę ramieniem.
- Ups- zaśmiał się,po czym na jej oczach otoczył Veronicę ramieniem, pomagając jej wsiąść na motocykl. Na koniec założył jej kask i pogłaskał po policzku. Laura, widząc to, przysunęła się bliżej Maxa i pocałowała go w usta. Ross znowu się wkurzył. Szepnął do koleżanki "zaraz wracam" i odciągnął Laurę na bok.
- Co ty do cholery odwalasz?!- krzyknął zdenerwowany, a brunetka dalej się uśmiechała.
- Ale człowieku, o co ci chodzi?
- Już masz chłopaka?
- Tak. Jest miły, opiekuje się mną, nie wywołuje awantur z byle powodu i przede wszystkim- nie jest tobą.
- Ach tak?
- Owszem, tak. Coś chyba ci zazdrość do głowy uderzyła. Pamiętasz? Z E R W A L I Ś M Y już!
Przyciągnął ją do siebie, łapiąc mocno za ramię, po czym nachylił się nad nią.
- Po cholerę to robisz?
- Z tego samego powodu, co ty- warknęła i wyrwała mu się. Pobiegła do Maxa, który na nią czekał i szybko opuścili teren szkoły.
- O czym gadaliście?- Ross właśnie usiadł za kierownicą i odpalił motor. Veronica objęła go mocno, aż poczuł ból w żebrach.
- Nie twoja sprawa. Trzymaj się
 I ruszył. Po chwili zobaczył Laurę i z premedytacją przejechał jej drogę, a na koniec pokazał środkowy palec. Dziewczyna zrobiła to samo.


~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
PRZEPRASZAAAAM!!! Zawaliłam na całej linii, znowu. Czekam na hejty i wgl kazania, odwiedziny w nocy z patelniami. Może gdybym porządnie dostała w łeb, to byłoby lepiej. No krótki rozdział, przyznaję. Ale chociaż jest, prawda? Ostatnio (DZIĘKI KOMENTARZOM) dostałam weny, to go dokończyłam.
  Matkoo, dwie nominacje do RB, no dzięki wielkie XDD Postaram się coś nabazgrać. Do napisania :* Klaudia

* tort Laury

czwartek, 19 marca 2015

Rozdział 37

~~ Narrator ~~
Chłopak się odwrócił i wtedy ich zobaczył. Szli obok siebie, przytuleni. Jak tylko na nich spojrzał, Jo natychmiast do niego podbiegła.
- Posrało cię, nie?
- Też się cieszę, że cię widzę.
Calum także się zbliżył. Zmierzył Rossa zniesmaczonym wzrokiem i mruknął:
- Wyglądasz jak siedem nieszczęść.
- No dzięki...
- Co ty do cholery zrobiłeś Laurze?!- uniosła się Joan i wymachiwała gniewnie rękami przed jego twarzą. Blondyn musiał się odsunąć, aby nie oberwać.- Płakała mi w nocy do słuchawki. I to przez ciebie, idioto.
Chłopak tylko przewrócił oczami, ciężko przy tym wzdychając. Znowu poczuł ucisk w klatce piersiowej.
- Dajcie mi spokój z tą panną, okay?- Odsunął się od nich, ale Calum go złapał za ramię.
- Stary- zaczął- zerwaliście?
Ross się wyrwał i ponownie ruszył przed siebie. Kątem oka zobaczył w oknie twarz Laury. Pokręcił tylko głową z dezaprobatą i pokazał jej środkowego palca.
- Kurwa, Ross!- Teraz Jo się naprawdę wkurzyła.- Weź ogarnij dupę. Co ty wyrabiasz? Może jeszcze zaraz wsiądziesz na motor i pojedziesz sobie na imprę, co? Upijesz się i przelecisz jakąś dziwkę?
- Kusząca propozycja, Joan...- mruknął swoim uwodzicielskim głosem, podchodząc do niej. Nie zwrócił uwagi na zdenerwowanego Caluma. Robił to, ponieważ wiedział, że Laura to widzi.- Pójdę, jeśli ty też pójdziesz.
- Jesteś nieźle pojebany, stary- stwierdziła "troszkę" zdziwiona jego zachowaniem.- Ja mam chłopaka, czaisz?
- I co z tego?
- Ross, musisz się pogodzić z Laurą- zdecydował Calum i stanął przed Lynchem ze skrzyżowanymi rękami.- Jesteś nie do zniesienia.
Ross tylko prychnął i pokazał kciuka do góry. Calum musiał się na chwilę odwrócić, żeby nie wybuchnąć, a w tym czasie podeszła Jo.
- To my was zeswatamy.
Tym razem wybuchnął śmiechem. Poklepał ją po ramieniu i odszedł z niedowierzającym uśmiechem na twarzy.
  Tymczasem Jo stała plecami do Caluma i wpatrywała się w znikającą w oddali sylwetkę Rossa.
- Chodź- powiedziała stanowczo Jo, odwróciła się i ruszyła z Calumem pod okno Laury. Chciała z nią pogadać, ale rodzina Marano trochę w tym przeszkadzała.
 Brunetka stanęła w odpowiednim miejscu i spojrzała w górę. Na ścianie zobaczyła kilka ostających cegieł, a grube gałęzie drzewa obok, ułatwiały zadanie. Calum ją podsadził i z łatwością wspięła się po ścianie. Usiadła na parapecie i zapukała w szybę. Zobaczyła, że Laura bawiła się z jakimiś dziećmi, a potem podeszła do okna. Jo omal nie spadła, zaczęła się śmiać z miny Laury.
- Pogięło cię?- zapytała zszokowana nastolatka, wpuszczając ją do środka. W pokoju był jeszcze Ben, Carter i 10-letnia kuzynka.- Mogłaś spaść.
- Haha, i prawie spadłam!- zaśmiała się.- Siema mody, młodszy iiiiii młoda.
 Przybiła piątki z dziećmi, po czym odwróciła się do Laury.
- Calum jest na dole.
- Coooo??
- Gadaliśmy z Rossem.
- Po co?!
- Kobieto, wyłaś mi do telefonu!- Joan wzniosła ręce ku górze.- Nie powiedziałaś o co chodzi.
- To nie jest powód...
- Calum chce z tobą pogadać- wymyśliła na szybko. Jo miała plan, żeby pogodzić Rossa i Laurę. Ale to skomplikowane. A Calum (wmieszany w to) nic o tym nie wiedział.- Czekamy na dole.
Wyskoczyła przez okno i już jej nie było. Szybko wtajemniczyła swojego chłopaka, a po chwili przyszła Laura. Jo wypaliła, że Worthy chce ją gdzieś zaprosić.
- Lauro- zaczął- pójdziesz ze mną na bal?
- Ale...- zdziwiła się.- To dla uczniów szkoły.
- Niekoniecznie- wtrąciła się Joan.- Dla byłych uczniów i nauczycieli też.
- Czyli wbijacie na mój bal, tak?
- No- potwierdzili.
- No okayy... Pójdę z tobą, co mi szkodzi- zgodziła się Laura.- A co z tobą, Jo?
- Też idę. Ale z moim kuzynem z najstarszej klasy- skłamała.- Biedaczek nie ma dziewczyny na tańce.
Pogadaliby dłużej, gdyby nie to, że po Laurę przybiegło całe jej kuzynostwo i poprosiło o dalszą zabawę. Pożegnała się z przyjaciółmi i umówiła na jutro, a potem wróciła do domu. Zajęła się zabawą i na chwilę nie myślała o Rossie...
  O Rossie, który nie odezwał się do niej przez resztę dnia.
  Późnym wieczorem, kiedy Ben i Carter już smacznie spali, Laura włączyła swojego laptopa i od razu weszła na Facebooka. Miała sporo wiadomości, z czego większość była od fanów. Odpisała na kilka z nich, a potem sprawdziła kto jest dostępny na czacie. Nikogo z Lynchów nie zauważyła, oprócz... No właśnie, oprócz Rossa. Nagle dostała wiadomość, a jej serce przez moment zabiło szybciej.
"Myślałem ze nie lubisz Caluma..."
"O co ci chodzi"- odpisała Rossowi. Zaraz po tym, otrzymała krótko "bal".
"Nom, ide z nim, a co?"
"Nic kurwa. Szybko sie pocieszylaś"
"Jprdl człowieku! Oszaleję z tb"
"Czm z nim idziesz"
"Hmm... BO MOGE? Ty mozesz isć z Jo na impreze. Nie mam nic przeciwko"
"Kk. To sie okaze"
"Spierdalaj"
"Nq"
Szybko się wylogowała i wściekła odłożyła laptopa na biurko. Tej nocy Laura zasnęła w słuchawkach na uszach, po godzinie drugiej...

~~ Laura ~~
Obudziłam się przez Bena, który zabrał mi słuchawki. Otworzyłam ociężałe powieki i spojrzałam na ludzi w moim pokoju, wokół łóżka. Cała moja rodzina, Lynchowie (oprócz Rossa), Ratliff, Jo i Calum. A najbliżej mnie- mama ze śniadaniem. Zaśmiałam się cicho, widząc tyle osób w jednym małym pomieszczeniu. Nagle wszyscy zaczęli śpiewać mi "sto lat", a ja spaliłam buraka. Po skończonej piosence wszyscy mnie wyściskali, a potem rodzina zostawiła mnie samą z przyjaciółmi. Mama podała mi jeszcze śniadanie:
- Podziel się- powiedział Rocky, zabierając mi z talerza jednego naleśnika.- Gruba będziesz.
- I powiedział to szczupły...- Rydel przeczesała dłonią włosy, wpychając się obok mnie na łóżko. Riker i Ryland usiedli na krawędzi, a Rocky, Ratliff, Calum i Jo znaleźli sobie miejsca na łóżkach moich kuzynów. Pogadaliśmy do 12. Wtedy oni mnie zostawili samą, żebym mogła się przebrać i ogólnie odświeżyć. Powiedzieli mi tylko, że poczekają na dole z moją rodziną i prezentami.
  Szybko się umyłam i doprowadziłam włosy do ładu, a następnie zeszłam do nich.
  Dostałam nowy telefon od Rydel z naszym wspólnym zdjęciem na tapecie. Wygłupiałyśmy się wtedy w parku, a w tle załapał się Ross... w pozycji mówiącej "Jestem królem świata, bitch". Rocky dał mi misia- giganta z kapeluszem w kwiatki, który mi kiedyś zabrał na plaży. Misiek był ubrany w jego koszulkę (zawsze mu ją zabierałam i pisałam po niej) i trzymał album z głupkowatymi zdjęciami. Świetne. Riker, wspominając o tym, że zawsze mu marudziłam, że nie umiem grać na gitarze oraz sytuację w londyńskim metrze, kiedy pierwszy raz się spotkaliśmy. Ta gitara była taka sama jak tamta, którą wtedy nastroiłam Rossowi.
  Od Rylanda dostałam... piżamę. Taką seksowną, z koronką. Jak otworzyłam paczuszkę, zrobił "brewki" i omal nie wybuchł śmiechem. Ja za to spaliła buraka i zdusiłam śmiech.
   Ratliff nagrał dla mnie filmik z nim w roli głównej. Później obejrzę.
- Otwórz to, jak nie będziesz mieć humoru. A potem zaklej i otwórz za rok- poinstruował mnie, a ja się zaśmiałam. Od rodziny dostałam laurki (kuzyni), pieniądze i ubrania. Jo i Cal kupili mi laptopa. Kiedy robiliśmy grupowy uścisk, przed domem rozległo się głośne trąbienie. Ktoś był na podjeździe. Wszyscy wybiegliśmy na zewnątrz, a naszym oczom ukazał się błyszczący nowością, piękny czerwony samochód z przyciemnianymi szybami. Podeszłam bliżej, zostawiając resztę z tyłu i próbowałam wypatrzeć, kto jest w środku. Nic nie było widać. Po chwili jednak drzwiczki się otworzyły, a ze środka wysiadł Ross. Nie skomentuję tego wydarzenia, poleciałyby niecenzuralne słowa.
- Wszystkiego najlepszego.
- Jesteś nienormalny. 
Zanim się zorientowałam, zostaliśmy sami. Wiedziałam jednak, że w domu czeka mnie wywiad, a z okien patrzy kilkanaście par oczu.
- A jakieś "dziękuję ci, mój ty ukochany"?
- Nie potrafię się połapać w twoich ciągłych zmianach nastroju- stwierdziłam oschle. Po chwili milczenia dodałam- Jedno pytanie- po co?
- Masz urodziny. Nie byłbym sobą, gdybym nie zapłacił Rylandowi za to, żeby załatwił ci piżamkę, a potem sam nie przyjechałbym twoim prezentem prosto z komisu. Chociaż zabrobiłaś mi przychodzić.
- No właśnie- przytaknęłam.- Miałeś nie przychodzić.
- Dlatego PRZYJECHAŁEM. Proste, nie? Widziałaś już swój tort?
Moje co?! Co on ma wspólnego z tortem... Przyniesionym od Lynchów. No jasne. Nie pokazali mi go, więc pewnie wszyscy byli wtajemniczeni. Roko pewnie też, bo to bydle- tak jak Rocky- zawsze podsłuchuje.
- Króliczku ty- wyszczerzył się jak na samym początku naszej znajomości, kiedy pierwszy raz mnie podrywał. Wtedy, kiedy popchnął staruszkę. Nie, nie zapomnę tego. To było chamskie. Teraz stał oparty o mój prezent, ściągając okulary przeciwsłoneczne. Zauważyłam, że drugie oko też ma podbite. Co on
.. - Zaczniemy od nowa, nie?
- Pogięło cię, prawda? Jesteś nienormalny. Ogarnij się, człowieku, i zdecyduj w końcu, czy mnie lubisz, czy nienawidzisz. To jest naprawdę frustrujące, wiesz?
- Wiem, kotku.
- Ugh!
Niee, ja nie mam siły do tego typa. Nienawidzę go. 
  Ruszyłam w stronę domu. W oknach natychmiast poruszyły się firanki, co oznaczało, że na pewno podglądali. 
   Kiedy miałam już dłoń na klamce, usłyszałam za sobą głos Rossa. Dochodził z tego samego miejsca, w którym przed chwilą stałam. 
- Lauro...
Odwróciłam się niechętnie i zobaczyłam ten jego zabójczy uśmiech, zwalający z nóg. 
- Nie chciałabyś może kluczyków od autka?
Nie znoszę go, nie znoszę, nie znoszę. Teraz musiałam do niego podchodzić. A znając Rossa, na pewno coś wykombinował. No coż- raz kozie śmierć.
  Zbliżyłam się do niego. Kluczyk zwisał mu z palca wskazującego prawej dłoni, którą trzymał wyciągniętą przed sobą. Chciałam zabrać kluczyk i szybko wejść do domu, ale on oczywiście zrobił unik. I gdyby nie to, że przytrzymałam się auta, poleciałabym na niego, a potem na ziemię. Ten się tylko cicho zaśmiał, a następnie podniósł rękę z kluczykiem wysoko nad moją głową. Nie było szans, żebym go dosięgnęła, więc użyłam podstępu. Pogilgotałam go. Niestety- Ross nie miał łaskotek. Złapał mnie wolną ręką w talii i przyciągnął do siebie tak, że dzieliły nas centymetry. Gdyby nie to, że miałam uwięzione ręce, dawno bym go zdzieliła i pozbyła się tego durnowatego uśmieszku z jego twarzy. 
  Na moje szczęście, przez ten mały incydent, zdołałam odebrać mu klucze i szybkim ruchem wyswobociłam się z objęć Rossa. Ten tylko westchnął i ruszył w stronę ulicy.
- Do jutra w szkole.
- Narka.
Weszłam do domu i tak jak myślałam- wszyscy zaczęli mnie wypytywać kim on był, ile ma lat, gdzie mieszka, czym się zajmuje, czy jest prawiczkiem (tak, babcia wkroczyła do akcji...) i takie tam. 
 Mniej więcej tak zleciał mi dzień. Jeszcze graliśmy, wyszłam z przyjaciółmi do kina, a z dworu wróciłam po 22. Następny dzień był dużo gorszy...
  
 

czwartek, 26 lutego 2015

Rozdział 36

~~ Laura ~~
  Obudziłam się w kurtce. Dziwne, najwyraźniej to nie był tylko zły sen. I pewnie byłam tak zmęczona, że zapomniałam zdjąć buty. No i kurtkę. W ogóle, to która godzina?
- Laura!- nagle usłyszałam za sobą cieniutki głosik jednego z moich kuzynów. Najmłodszy, prawie  czteroletni, ma na imię Ben. Ogólnie to wczoraj przyjechała babcia, dziadek, ciocia, wujek, druga ciocia; kuzynka, Amelia, z dziesięcioletnią córką Kiarą i jeszcze chrzestni, Maggie oraz Matt z dziećmi, Benem właśnie i Carterem. Jednym słowem SAJGON! Dzielę pokój z dwoma małymi, ale kochanymi gnomami.
- Nooo?- odpowiedziałam mu w końcu. Dopiero po chwili zorientowałam się, że Ben miał w łapkach mój telefon.- Ej, oddaj mi to.
- Hehehe, nie.
- Czemu?
- Bo nie ma dżemu. Zawsze tak mówisz.
- Ben- wstałam i przybrałam stanowczy ton. Wyciągnęłam rękę po swoją własność, jednak on zamiast telefonu, dał mi nadgryzioną parówkę.- Daj mi mój telefon.
- Ale ja rozmawiam.
- Co? Z kim?!
- Był na samej górze... Ja nie wiem kto to.
Na samej górze listy był Ross, bo to z nim ostatni raz się kontaktowałam. Świetnie, ciekawe co sobie pomyślał, otrzymując smsy typu "Ahshakahsnskaka". Tak, Ben nie umiał jeszcze pisać. Na szczęście.
- Pseplasam. Pobawimy się?? Ploooose!
- Masz Cartera, gnomie.
Pierdyliard wiadomości i jeszcze więcej nieodebranych połączeń, a do nogi przylepiony czterolatek. Lepiej być nie może. Gdzie są wszyscy?!
- Laura.
- Słucham.
- Nie lubię cię.
- Wiem, Benny. Ja ciebie też nie lubię. A teraz leć do Cartera, pewnie mu się nudzi.
I skutecznie go spławiłam. Teraz zobaczyłam godzinę. 11:48. No nieźle.
  Hmmm... Wiadomość od Rydel, to może później; Ross- usuń, znowu Ross- usuń i tak w kółko. Znudziło mi się to i kiedy chciałam zadzwonić do niego i dowiedzieć się, o co mu chodzi, rozmyśliłam się i postanowiłam zejść do reszty rodziny. Nie lubię takich spotkań. Ale przynajmniej babcię mam z głowy. Przepytuje Vanessę.
- Laura, chodź do mnie na chwilkę!- usłyszałam prośbę Maggie z salonu, kiedy szłam do kuchni. Przewróciłam oczami i podeszłam do niej ze sztucznym uśmiechem na ustach.
- Heeej- wymamrotałam uprzejmie.- Jak się spało?
- Dobrze. Naprawdę tu u was fajnie. Ale wiesz, że musimy porozmawiać, prawda?
- Yyymmm... A o czym?
- Widziałam pełno plotek w internecie. Jesteś dziewczyną muzyka?
Maggie zawsze duchem była nastolatką, mimo, że jest koło czterdziestki. Za to ją lubię. Rozumie mnie lepiej, niż mama.
- Nie, już nie. Ale chodziliśmy chwilę.
- Czy ja dobrze słyszę? Czy słuch mnie już zawodzi?- No i babcia wkroczyła do akcji. A już miałam nadzieję, że uniknę tej rozmowy.
Byłyśmy we trzy w salonie. Babcia rozsiadła się wygodnie w ulubionym fotelu i pociągnęła łyk herbaty.
- Opowiadaj- uśmiechnęła się staruszka.- Co to za chłopak?
- Żaden, jestem znowu singielką.
- Co to singielka?
Tym razem wtrącił się Ben, który przylazł tu z Carterem. Ugh! Jezu, czy teraz będę miała choć trochę prywatności?!
   Wyszłam szybko z salonu i w mgnieniu oka znalazłam się na dworze. W końcu spokój.
   Przysiadłam na werandzie i podciągnęłam kolana pod brodę, otaczając je rękoma. Nie było za ciepło, słońce schowało się za chmurami. Zaraz chyba lujnie, jak w nocy. Wpatrywałam się w podjazd i siatkę do kosza nieprzytomnym spojrzeniem. Myślałam o Rossie. Chociaż nie chciałam. Żałuję, że od razu nie powiedziałam mu prawdy, jestem idiotką. Ale on tak po prostu ze mną zerwał. Bo uwierzył w kłamstwa. Pewnie szybko znajdzie sobie nową laskę, spędzi z nią noc i porzuci. A ja dalej będę się obwiniać o głupoty.
- Cześć.
Z zamyśleń wyrwał mnie jakiś chłopięcy głos. Odwróciłam się tak gwałtownie, że aż zrzuciłam koc i zerknęłam na swojego kuzyna.
- Siema, Carter.
- Vanesska cię szuka.
Carter miał dziewięć lat, to brat Bena. Mieszkają z rodzicami w Detroit, z resztą jak reszta rodziny. W końcu to moje rodzinne miasto, tam się urodziłam.
- Co ja jej znowu zrobiłam?
- Jakiś Ross chce z tobą gadać. Więcej nie wiem.
- Dała ci cukierki, co?
- Tak.
Po tych słowach, w podskokach wbiegł do domu. Ross chce pogadać? No to będą kłopoty... A dobra, co mi szkodzi? Najwyżej ciśnienie mi skoczy.
  Już za nim zdążyłam dobrze wejść do środka, dopadła mnie Vanessa z telefonem w dłoni.
- Laura...
Przerwałam jej.
- Powiedz, że dzwonię do niego.
Słyszałam krótką odpowiedź w słuchawce "Okay", więc niechętnie wybrałam numer do blondyna. Nie musiałam długo czekać.
  Nie zwracając uwagi na całą rodzinkę w salonie, poszłam do pustej kuchni.

~~ Narrator~~
ROZMOWA TELEFONICZNA:
Laura: Co chciałeś?
Ross: Musisz tu przyjść.
L: Niby dlaczego?
R: Bo cię proszę? Dziennikarze tu są. I fanki. Chodź.
L: What the... Na cholerę ja tam?
R: Chcą przeprowadzić z nami wywiad.
L: Sam go udziel.
R: Lau, kotku...
L: Nie nazywaj mnie kotkiem, jasne?! Niech zgadnę, nagrywają tę rozmowę, nie?
R: No oczywiście, że tak. A czego się spodziewałaś? Możesz przyjść? Czy to dla ciebie za trudne?
L: Wiesz co? Przyjdę. I powiem im prawdę o tobie, debilu.
R: Nie zainteresujesz się tym, jak się czuję?
L: Cóż, wiem na pewno, że mocno jebnąłeś się w ten tleniony łeb. Tyle mi starczy. Narka.
R: Do zobaczenia, kotku.
L: Ugh!
Rozłączyła się, wściekle wkładając telefon do kieszeni. Szybko poszła do swojego pokoju i nie zważając na pytania od rodziny, zamknęła się w nim, żeby się przebrać i odświeżyć.
Wzięła krem.
- Co za palant!
Wybrała czarną koszulę w kratę.
- Cholerny egoista!
Biały podkoszulek i podarte, szare rurki.
- Jak ja mogłam się w nim zabujać?!
Czarne Conversy i zestaw bransoletek. Z tym kompletem weszła do łazienki. Pod prysznicem zaklęła pod nosem, przypominając sobie co kiedyś robiła z Lynchem. Nawyzywała go jeszcze od zboczeńców i idiotów przy robieniu makijażu, a następnie biorąc swoją skórzaną kurtkę, pognała schodami w dół. Przy drzwiach spotkała siostrę.
- Idę do Rossa/Rikera!- oznajmiły wspólnie i wyszły w tym samym czasie. Rozdzieliły się, kiedy Van podeszła pod dom Lynchów.

~~ SZPITAL, Laura ~~ 
TU JEST PUSTO do cholery! Niby fani, dziennikarze, tak? Gdzie? Ja się pytam, gdzie!?
  Korytarz prowadzący do sali, w której leżał Ross, był całkowicie pusty. Brakuje tylko tego sianka, które jest w westernach. Dodatkowo ta cisza. Ona chyba nie towarzyszy fankom, które opłakują idola w szpitalu. Ani wywiadom. Dobra, walić to. Skoro już tu jestem, to do niego pójdę. Przecież to... Nic wielkiego... Kurw... On mnie okłamał przecież, co za debil... Ugh!
  Ledwo weszłam do pomieszczenia, a już się uniosłam:
- Co ty odpierdalasz?
- Też się cieszę, że cię widzę.
Jego uśmiech był zabójczy, mimo rozciętej wargi. Poczułam, że się rumienię. No nie no, błagam. Nie teraz. 
- Wymyśliłeś to?
- Nie chciałaś ze mną rozmawiać.
- Bo nie ma o czym.
- Jest- nalegał, a z jego twarzy zniknął uśmiech.- Usiądź.
Zrobił miejsce obok siebie. Udam, że wcale nie chciałam tam usiąść. Stałam tylko z założonymi rękoma i czekałam, aż to on się odezwie. Tak, jestem uparta.
- Możemy do siebie wrócić?
Zamurowało mnie. Że... Wrócić? What? Nie, no bez jaj. To nie może być prawda. Nie wiedziałam co mu odpowiedzieć. Już chciałam powiedzieć "Sorka, ale przecież nie masz do mnie zaufania, kumplujesz się z gościem, który mnie prześladuje, no pewnie- wróćmy do siebie. A potem mnie zostawisz, bo coś o mnie usłyszysz. Nie ma mowy." Zamiast tego powiedziałam:
- Hmm... Wybacz, ale nie wracam do starych miłostek.
- Czemu?
- Ross, to jak czytanie tej samej książki w kółko i w kółko, kiedy wiesz jak to się kończy. 
- Nie porównuj mnie do czytania książki, co?- uniósł jedną brew, ale natychmiast skrzywił się z bólu. Zapomniał o szwach, a ja z przyzwyczajenia zerwałam się do niego.- No, skoro już tu jesteś, to usiądź, ko... Lau.
Usiąść, czy nie usiąść? O to jest pytanie... Nie, no nie będę taka zaborcza, już bez przesady. Ale i tak przegiął.
 Zajęłam miejsce poza zasięgiem jego rąk i wpatrywałam się w niego uważnie. Robił to samo. Patrzyliśmy sobie w oczy zdecydowanie za długo. Ale ja nie spuszczę wzroku, nie chcę wyjść na mięczaka. Zachowuję się jak dziecko, prawda?
- Powiesz mi w końcu- przerwałam milczenie- o co ci chodzi? Zerwałeś ze mną, to nie dzwoń do mnie, daj mi żyć, okey?
I znowu ta smutna mina. No ja zaraz nie wytrzymam, muszę jak najszybciej stąd wyjść.
  Nagle drzwi do sali się otworzyły, a w środku pojawił się lekarz Rossa z pielęgniarką. Ross jak tylko zobaczył kolejną dawkę leku, odchylił głowę do tyłu, mamrocząc coś gniewnie pod nosem.
- Dzień dobry, pani Lauro- przywitał się uprzejmie mężczyzna w fartuchu.- Wszystko dobrze? Pani jest dziwnie blada.
   Jak tylko to powiedział, Ross natychmiast podniósł głowę, aby na mnie spojrzeć, ale pielęgniarka kazała mu się położyć z powrotem. Warknął coś o "lekarkach z horrorów", a ja prychnęłam. Jego mina rozwalała, kiedy patrzył morderczo na strzykawkę z lekiem przeciwbólowym.
- Wszystko w porządku- odpowiedziałam, uśmiechając się.- To pewnie przez tę pogodę. 
Facet pokiwał w zamyśleniu głową i podszedł do Rossa. Blondyn ledwo powstrzymywał się przed zaśnięciem. To chyba przez te leki.
- Jak się czujesz?- Teraz lekarz zapytał jego. Ten ziewnął i odpowiedział sennym głosem:
- Spoko. A kiedy będę wolny?
- Może jutro, albo pojutrze.
Błagam, pojutrze, niech to będzie później... Jeszcze przylezie do mnie i rodzinka go pozna. Albo babcia. Uu...
- Jutro muszę wyjść.
Nagle się rozbudził. Spojrzał na mnie kątem oka i podniósł się gwałtownie na łóżku. Widziałam, że go coś zabolało, bo starał się zaretuszować grymas bólu na twarzy, jednym ze swoich uśmiechów. Zaraz po tym, jakby mu się coś zakręciło w głowie, miał takie nieobecne spojrzenie. 
  Jezu, jak on okropnie wyglądał. Podkrążone oczy, jedno podbite. Lewa brew i skroń w szwach. Trochę niżej zadrapania na policzkach. Górna warga rozcięta, a na szyi- sine ślady po przyduszaniu. (Swoją drogą dziwne, że jeszcze to nie zeszło). 
  Zerknęłam ostrożnie na jego klatkę piersiową w bandarzach. Prawy nagarstek zwichnięty. A dalej już nie mam ochoty patrzeć. 
Wiem, że nie powinnam się o to obwiniać, ale po prostu... Nie potrafię. 
 Nawet się nie zorientowałam, kiedy zostaliśmy sami. On siedział na swoim szpitalnym łóżku i wpatrywał się we mnie zaciekawionymi oczami, a ja... Ja miałam rumieńce. Tsaa, niestety.
- Narka- tylko na tyle było mnie stać? Naprawdę? Przynajmniej mi głos nie zadrżał, jak to on ma w zwyczaju. 
 Ross chciał się podnieść, ale zrobił to za szybko i z syknięciem z bólu, skulił się. A ja, jak ostatnia idiotka, przestraszyłam się, aż zaczerpnęłam gwałtownie powietrza i zerwałam się do niego. Położyłam dłoń na jego zabandażowanym ramieniu. Od razu podniósł głowę. Kiedyś już dawno rozbierałby mnie w pościeli, a teraz tylko wpatrywał mi się głęboko w oczy. Czułam dreszcze i łaskotanie w brzuchu, ale nie mogłam dać tego po sobie poznać. Nie byliśmy już razem. A mimo to... Ciągnęło mnie do niego coraz bardziej. To chore.  
  Kiedy przejechał delikatnie kciukiem po moich ustach, w jego oczach dostrzegłam tęsknotę i smutek. Ughh chciałabym go teraz przytulić i nie puszczać, ale... Gdybym to zrobiła, to bym się rozkleiła i nigdy stąd nie wyszła. 
  Nagle usłyszałam przyspieszone pikanie aparatury. Czyżby serce Rossa szybciej zabiło? A może to tylko moja chora wyobraźnia? 
  Zacisnęłam powieki, żeby nie okazać skruchy i tego, jak bardzo bym chciała być teraz z nim, w jego ramionach, poczuć znowu smak jego ust. Ponownie otworzyłam oczy, patrząc na niego lodowatym, oschłym wzrokiem.
- Pa, Ross.
Unikając jego spojrzenia, kątem oka zauważyłam, że uniesioną dłoń zacisnął w pięść, a usta ułożył w cieniutką linię. Nie, ja muszę stąd jak najszybciej wyjść, bo zaraz zawrócę i tam zostanę, do cholery.
  Z wielkim trudem wróciłam do domu i unikając pytające miny rodziny, zamknęłam się w swoim pokoju. W środku był Ben.
- Laura, pobawisz się ze mną?
W sumie... Nie zaszkodzi mi to. 
- Przynieś swoje dinozaury i roboty, to się pobawimy.

~~NARRATOR~~ 
Po wyjściu Bena, Laura została na chwilę sama. Usiadła na łóżku i wzdychając ciężko, uświadomiła sobie jedną rzecz. A mianowicie: Ross Lynch ma rozdwojenie jaźni. Innego wytłumaczenia na jego zachowanie nie było. Najpierw z nią zrywa, a potem dzwoni, wymyśla jakiś wywiad i mówi "Ey, wróćmy do siebie". 
  Przeczesała sobie ręką włosy i opadła zmęczona na pościel. Wtedy sobie uświadomiła, że łóżko było niepościelone. Ale nie przejmowała się tym. Ważne, że było wygodnie. 
   Przymknęła powieki, mając cichą nadzieję, że Ben będzie szukał swoich zabawek co najmniej godzinę, albo po prostu o niej zapomni, ale po chwili usłyszała pukanie do drzwi. Z ogromną niechęcią otworzyła lewe oko i wymamrotała:
- No wejdź, Ben.
- To nie Ben.- Usłyszała znajomy jej głos. Gwałtownie podniosła głowę i wtedy  zobaczyła tę osobę. Gość przysiadł na krześle, podpierając się o laskę.
- O co chodzi?
- Co byś zrobiła- zaczęła babcia łagodnym głosem- gdybym ci powiedziała, że moja dobra przyjaciółka znalazła dla ciebie pracę?
Laura zaniemówiła. Praca? Gdzie? Kiedy może zacząć? 
W jednej chwili podniosła się z łóżka i jednym susem znalazła się przy babci. Wpatrywała się w nią zaciekawionym wzrokiem.
- Gdzie? Jakie stanowisko?
- Właściwie to... Przesłuchanie i jakieś zdjęcia. No wiesz, przebierają cię, mówią ci jak masz się wyginać, robią takie nastroszone włosy i robią ci dużo zdjęć.
- To jest sesja zdjęciowa, babciu. Jaki casting? I gdzie?
- Do reklamy. Albo jakiegoś filmu. Nieee wiem. Ale raczej film. 
- Gdzie?- trzeci raz zadawała już to pytanie. Zdawało jej się, że babcia nie chce jej na to odpowiedzieć.
- Hiszpania. 
- Wybacz, ale nie przyjmę oferty.
Hiszpania? Laura się zastanawiała, dlaczego właściwie odpowiedziała tak szybko, bez namysłu, ani nic. Zaskoczył ją też jej stanowczy i oschły ton. 
 Babcia wydawała się zbita z tropu.
- No cóż- westchnęła z dezaprobatą.- Jak wolisz. Pomyśl o tym. 
I wyszła, pomagając sobie laską. Ledwo wyszła z pokoju, a na dole dało się słyszeć dzwonek do drzwi i energiczne pukanie. 
  Walić to, pomyślała sobie.
- Nie raz jeszcze w LA będzie casting- powiadomiła ściany w swoim pokoju. W końcu była sama. Ben nadal szukał swoich zabawek, które Vanessa przed nim ukryła. Też ją, bowiem męczył o wspólną zabawę. 
  Laura ułożyła się jak rozgwiazda na swoim łóżku i z twarzą w poduszce, założyła słuchawki. Nie wiedziała ile czasu upłynęło, ale sądząc po tym, że odpłynęła na chwilę, a za oknem zmierzchało, zdała sobie sprawę, że już po 20. Przeciągnęła się leniwie. Aż dziwne, że Ben jej nie obudził. A w dodatku na dole słyszała jak babcia prowadzi z kimś konwersację. Rozpoznała także głos Cartera, Bena, Maggie i... No właśnie. 
  Zerwała się na równe nogi tak szybko, że musiała się przytrzymać szafki, aby nie upaść. Wtedy przypomniała sobie, że na uszach ma jeszcze słuchawki, chociaż nic w nich nie grało. Rzuciła je na biurko, razem z telefonem i powoli, jak myszka, wyszła z pokoju, ostrożnie kierując się na dół.
- ... A kiedy miała cztery latka...- Babcia. Opowiadała mu kompromitujące Laurę historie z jej dzieciństwa.- Zdeptała swojego pierwszego żółwia. Pamiętam to. Albo jak Stella... Pamiętaj, młody człowieku, że jak będziesz mieć dzieci...
- Wystarczy!- Laura wbiegła do salonu, zanim babcia zdążyła dokończyć zdanie. Spostrzegła w rogu kanapy trzęsącego się ze śmiechu Rossa, Maggie w fotelu oraz Cartera z Benem, którzy bawili się w chowanego.- Babciu, mówiłam, żebyś nie wpuszczała obcych.
- Ale to nie jest obcy. Widziałam go na zdjęciach w twoim pokoju.
Laura- rumieniec. Ross- brew w górze. Taka była ich reakcja na słowa Isabelli. 
Nagle Ben się poddał i zaczął biegać wokół brunetki. Zacisnęła powieki i starając się unikać rozbawionego wzroku Lyncha, schyliła się do kuzyna, krzyczącego jej imię. 
- Ben!- zawołała, próbując go uspokoić. Zatrzymał się.- Słuchaj, Vanessa chciała się z tobą pobawić. 
Wiedziała, że to był cios poniżej pasa, ale zignorowała kuzyna i spojrzała poważnym wzrokiem na Rossa. 
- Chodź na górę.
Zabrzmiało to groźniej, niż się spodziewała, ale blondyn kulejąc, wszedł do jej pokoju i usiadł z ulgą na łóżku.
- Powinieneś leżeć w szpitalu. Debil. A jak ci się serce zatrzyma? Jesteś cały w bandażach, pogieło cię, prawda?! 
- Chciałem...
- Nie obchodzi mnie co chciałeś- przerwała mu, podchodząc do okna. Stała teraz plecami do chłopaka.- Słuchaj, zaraz stąd wyjdziesz, albo zadzwonię po pogotowie.
Martwiła się o niego. Chociaż ją zostawił. Sama się sobie dziwiła, że cokolwiek ją to obchodziło.
- Chciałem ci tylko powiedzieć...- zawiesił głos. Laura powoli się do niego odwróciła. Siedział ze splecionymi palcami, uparcie wpatrując się w swoje dłonie. Nie podnosił głowy, jakby się nad czymś zastanawiając. W pewnym momencie po prostu prychnął i powoli się podniósł. Przez chwilę stał bez ruchu, próbując pozbyć się zawrotów głowy, a potem kulejąc, podszedł do Laury. Nie patrzył jej w oczy. Wzrok skupił na ich stykających się dłoniach. Laura też to zrobiła. Na początku delikatnie bawił się jej palcami, uśmiechając się krzywo, po czym zabrał jedną dłoń i przyłożył ją do ciepłego policzka brunetki. Zarumieniła się, ale nie chciała, żeby to zobaczył. A czuła, że on na nią patrzy. Schylił się tak, aby ich spojrzenia się spotkały i nachylił się nad nią. Jej oddech był nierówny, stykali się czołami. Nie chcąc dalej tego przeciągać, odsunęła się od niego na tyle, żeby móc patrzeć mu prosto w oczy. Były nieprzeniknione. 
- Daj mi szansę- poprosił takim drżącym głosem, że Laurze przez ułamek sekundy zmiękło serce. Zrobiło jej się go troszkę szkoda. Pokiwała jednak przecząco głową, a on zacisnął powieki. Zbliżył się do niej i spróbował pocałować, lecz ona go lekko odepchnęła.
- Nie.
Zatrzymała dłoń na jego torsie. Czuła pod palcami jak mocno mu bije serce. "Nie wytrzymam, on musi stąd zaraz wyjść", pomyślała sobie.
- Lau...
Opuściła rękę i przygryzła wargę. Wkrótce po tym go przytuliła. Ross ją objął na tyle, na ile pozwalały mu na to bandaże, a twarz schował we włosach brunetki. Szybko jednak się od niego oddaliła i nie zerkając na niego, powiedziała słabym, zachrypniętym głosem:
- Idź już.
Ross nic nie mówiąc, podszedł do drzwi,  już miał je otwierać i wychodzić, kiedy Laura go zawołała.
- Ross?
- No?
- Zrobisz coś dla mnie?...
- Nooom...
- Nie przychodź jutro.
- Jasne- mruknął ponuro bardziej do siebie, niż do niej i gwałtownie szarpnął za klamkę. Nie zwrócił uwagi na Cartera i Bena, którzy stali pod drzwiami, dopóki młodszy nie pociągnął go za nogawkę.
- Czego?
- Co ci się stało?
- Coś cię boli?
Chłopcy się przekrzykiwali, próbując być coraz bliżej Rossa. W końcu ten, wyczuwszy ból w klatce piersiowej, skrzywił się i nachylił do nich. Miał wrażenie, że głowa mu zaraz wybuchnie.
- Miałem wypadek, okey? Nic mnie nie boli, coś jeszcze, czy mogę iść?
Carter uderzył go z pięści w zabandażowane ramię, niby po przyjacielsku, ale Lynch zdusił syknięcie.
- Co robiłeś u Lau?
- A to jakiś wywiad? Gadaliśmy. A teraz sorry, spadam.
Powiedziawszy to, podniósł się. Trochę za szybko to zrobił, więc musiał się podeprzeć o ścianę, aby nie upaść, a potem odszedł od nich, utykając na jedną nogę. Szybko minął salon, żeby nie wpaść na kogoś z rodziny Marano i w mgnieniu oka znalazł się na dworze. Nie miał zamiaru wracać do domu, tym bardziej do szpitala. 
- Ey, Ross?!


~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Nie chce mi się tutaj nic pisać, rozdział też do dupy. Znowu zawiodłam. Ostatnio wszystkich zawodzę, soooł... Miejmy nadzieję, że nexta dodam szybciej xD 
 Domyślacie się kto zawołał Rossa?


niedziela, 22 lutego 2015

Rozdział 35 + niespodzianka

~~ Narrator ~~
Rocky podjął bardzo nieodpowiedzialną decyzję. Kazał Rylandowi prowadzić, kiedy on w świetle mijanych latarni, czytał pamiętnik Rossa, który jego młodszy brat znalazł pod łóżkiem blondyna. Omijał pokreślone, podarte kartki, szukając czegoś o sobie. Znalazł jednak tylko jakieś denne (według niego) teksty, wpisy i rysunki.
- Skleił strony, kretyn jeden- mruknął wkurzony brunet i rzucił zeszyt na tylne siedzenie. Ryland wzniósł oczy ku niebu, ciężko wzdychając.
- Czasem mam wrażenie, że mimo wieku, jestem dojrzalszy od ciebie, wiesz, Rocky?
Chłopak nie odrywał wzroku od drogi. Rocky dopiero teraz zorientował się, że siedział na miejscu pasażera.
- Ty, a co ty odwalasz?- poruszył się nagle.- Gdzie ty siedzisz? Co ty robisz w ogóle?
- Nieee, przecież ja nic nie mówiłem parę sekund temu, niee... Sam mi kazałeś prowadzić, geniuszu.
- Siedź cicho. Nie udzielaj się, kit mi wciskasz- uparł się przy swoim, a młodszy prychnął załamany.- Pewnie mi zajomałeś kluczyki, jak czytałem.
- Ta, bo nie mam nic lepszego do roboty, nie?
Później już jechali w milczeniu. Rocky bał się, że Ryland zaraz spowoduje wypadek, albo źle skręci i wpadną do studni. Oczywiście tylko sobie to wyobrażał, jego młodszy brat jeździł całkiem dobrze.
    Około pół godziny później byli już na miejscu. Rocky wziął z tylnego siedzenia zeszyt brata, schował go w kurtce, a Rylandowi podał torbę z innymi rzeczami. Weszli w milczeniu do szpitala i od razu skierowali się do sali, w której leżał nieprzytomny Ross. Rozsiedli się wygodnie na taboretach pod ścianą. Rydel spojrzała na nich z dezaprobatą widoczną w oczach.
- Dłużej się nie dało?
Bracia wymienili się porozumiewawczo wzrokiem. Rocky pomijając wcześniejsze pytanie siostry, zadał swoje.
- A gdzie Laura?
- Pojechała do domu- odpowiedział mu Riker.- Jej rodzinka wróciła.
Rydel westchnęła ciężko.
- Że też nie mógł sobie znaleźć innego dnia na bójkę. Pojutrze są urodziny Laury, zaprosiła nas. Mam nadzieję, że Ross się obudzi.
- Ja mam nadzieję, że jeszcze trochę pośpi.- Wszyscy popatrzyli zszokowanym wzrokiem na Rylanda i Rocky'ego, którzy mówili to w tym samym czasie.
- Zabije mnie za to, że byłem u niego w pokoju!- dokończył najmłodszy z Lynchów. Zaraz po nim, odpowiedział także Rocky.
- A ja muszę... Dokończyć swoją lekturę. Nie wnikajcie.
Wyjął spod kurtki dziennik i go otworzył na pierwszej stronie. Nie zwracał uwagi na rozmowy w pomieszczeniu, był zbyt zajęty czytaniem.
" Kiedyś taki dener wkurwiający koleś mnie zapytał co sądzę o miłości, czy w ogóle wiem co to znaczy, bo nie szanuję dziewczyn. Odpowiedziałem mu, że dla mnie MIŁOŚĆ to po prostu ślepa dziwka, bez własnego życia i poczucia humoru. A jak mnie jeszcze zaczął męczyć pytaniami typu 'A dlaczego tak traktujesz laski?', zdzieliłem mu w mordę i się zamknął."
- Rocky, co ty czytasz?- Rydel teraz stała przed nim i wpatrywała się w niego zaciekawionym wzrokiem. Przed chwilę patrzył jej prosto w oczy, nie wiedząc co odpowiedzieć.
- Och, no wiesz. Takie hobby.
- Hobby? Pamiętnik Rossa?
- Skąd to wiesz?- Ściszył głos do szeptu. Rydel usiadła obok niego na podłodze.
- Ponieważ mój młodszy braciszek był na tyle mądry, że go podpisał- wyjaśniła, patrząc na niego z dezaprobatą.- Wiesz, że nie powinieneś tego robić?
- Nie matkuj mi.
    Rocky ponownie otworzył zeszyt i przeczytał ostatnią stronę, ignorując siostrę.
"Ciekawe, co byście zrobili, gdybym nagle zniknął? Tak bez pożegnania, słowa wyjaśnienia. Bolałoby? Mam nadzieję, może kiedyś tego spróbuję."
- Rocky!
- Czego?!- uniósł się. Zapomniał się, że jest w szpitalu, a obok leży jego brat. Nieprzytomny.
Popatrzył na Laurę, która właśnie przyszła do nich razem z Vanessą.- Sorki. Cześć.
- Nie masz nic lepszego do roboty?
Najwyraźniej Laura i Rydel zdążyły już sobie porozmawiać. Brunet tylko wzniósł oczy ku niebu, a następnie rozsiadł się wygodnie na skraju łóżka Rossa.
- Oj dajcie już spokój- westchnął.- Tu i tak nic ciekawego nie ma. Nazywa tylko miłość ślepą dziwką i pisze, że może kiedyś kogoś opuści. A ja szukam tylko czegoś o sobie.
- Niezła wymówka- mruknął nagle Riker, otaczając ramieniem Vanessę.- To se szukaj i przy okazji daj znać, jak coś o mnie tam wspomni.
- Mam! Ale to o Laurze.
- O mnie?- zdziwiła się brunetka.- Nie, nie. Nie chcę tego słuchać.
Rocky zrobił 'brewki', czytając kolejne słowa. Marano przez chwilę się wahała, w końcu przygryzła wargę, wykonała niepewne machnięcie ręką i odwróciła się.
- "Niedawno poznałem taką Larę Laurę. Jest nawet spoko i (...)".
- To tyle?
- Dalej jest tak troszkę gorzej...
- Dawaj.
- No dobra- kontynuował.- "(...) i mam takie cholernie debilne wrażenie, że podoba mi się bardziej, niż inne panny. Kurwa, nienawidzę, kiedy mam uczucia. Kilka razy były takie sytuacje, kiedy na przykład się całowaliśmy, że... no że serce zaczynało mi walić jak szalone i chciałem przejść do konkretów, ale wtedy wychodziłem na zboka, gnoja, dupka, palanta, jak to ona określała... Ale jak w końcu..."... Kontynuować?
Laura skinęła głową. Rocky westchnął i czytał dalej, reszta słuchała z zaciekawieniem. Przez moment było słychać tylko pikanie aparatury.
- "(...) Jak w końcu TO zrobiliśmy, to czułem się MEEEGA dziwnie. Kurwa, no serio nie wiem co się ze mną dzieje."
Kiedy skończył, spojrzał na zaróżowione policzki Laury. Ratliff się uśmiechnął zawadiacko i dawał jej sójki w bok. Zmroziła go wzrokiem, ale nie przestał, więc po chwili oboje wybuchnęli śmiechem.
- Lau- odezwała się Vanessa, gdy się uspokoili.- Słuchaj, ja już będę się zbierać.
- Dopiero przyszłaś- przypomniał jej Riker, jeszcze mocniej tuląc do siebie.- Zostań.
- Riker, jest już późno. U mnie w domu jest babcia, której obiecałam opowiedzieć swoje osiągnięcia w życiu. Laura- zwróciła się do siostry.- Idziesz ze mną?
- Zostanę z Rossem.
- Odwiozę cię- zaproponował Riker, ponownie zbliżając się do Van. O ile to "bardziej" było możliwe.
- Chłopacy, my też lecimy- zdecydowała Rydel. Bracia wbili w nią wzrok, jakby zrobiła coś niewiarygodnie głupiego.- No co? Ross chce od was odpocząć. Na 100%. I jest już późno.
- I może jeszcze mi powiesz, że mam zostawić tutaj dziennik?
Rocky wydawał się być obrażony, co sprawiało, że wyglądał komicznie. Rydel skinęła głową. Chłopak z niechęcią odłożył pamiętnik na szafkę i wyszedł z sali w milczeniu. Po chwili reszta też się pożegnała z Laurą oraz Ratliffem i poszli w ślady bruneta.
  Laura podeszła do Rossa i siadając na skraju łóżka, chwyciła go delikatnie za dłoń. Pierwszy raz poczuła od niego taki chłód, zawsze był ciepły.
- Obudzi się- odezwał się Ellington, który stał za nią.- Zostaliśmy sami.
Spojrzała się na niego spod zmrużonych powiek. Nigdy jakoś tak nie gadali ze sobą.
- Uważaj sobie, masz Rydel.
- A ty Rossa, spokojnie.
- Zerwał ze mną.
Na jej twarzy od razu zawitał smutek. Przed oczami stanęły jej wydarzenia z rana. Odruchowo zagryzła wargę, żeby się nie rozpłakać.
- Co?- Ratliff wydawał się zdziwiony.- Ale... Czemu?
Opowiedziała mu w skrócie wszystko o Drake'u i Ashtonie, o zdjęciach i reszcie.
- Przecież on cię kocha, inaczej by przecież nie walczył.
- Ostatnio mam wątpliwości.
Wyszeptała i zanim się zorientowała, po jej policzku spłynęła łza. W pewnym momencie brunet usiadł obok niej i otoczył przyjacielsko ramieniem.
- Nawet jeśli cię zostawił, to prędzej czy później przyjdzie w klęczkach. Albo nie, bo jeszcze uzna to za zboczone- oboje się zaśmiali, a po chwili Ell jeszcze dodał- Tak, czy siak, kiedyś pożałuje, że teraz cię rzucił. I to jeszcze w takiej chwili... Powinien ci pomagać. Albo skopać tych ćwoków. A jak nie on to ja to zrobię.
- Ellington...- Laura nie wytrzymała i się uśmiechnęła. Kolejna łza. 
Ratliff ją wytarł wierzchem dłoni, a Laura się zarumieniła. 
- Tak mi na imię, słucham?
- Ty jesteś mega pokręcony.
- Myślisz, że jakbym tego nie wiedział, to pokazywałbym się z Rockym publicznie? Spokojnie, jestem z Delly, nie musisz się tak rumienić na mój widok.
Pacnęła go lekko w ramię, a on odwzajemnił jej się sójką. 
- To z zimna, debilu.
- Taaak, yhmm... Jeszcze mi wmawiaj, że tu jest mróz.
- No, Antarktyda normalnie. 
Po tych słowach mimowolnie ziewnęła. To był ciężki dzień, a na dodatek ostre światło jarzeniówek drażniło oczy. 
- Zawieść cię do domu? Już późno. A ty zaraz zaśniesz. I tak się już zbieram.
Zastanawiała się nad tym przez chwilę, aż w końcu podjęła decyzję. Sennym wzrokiem spojrzała na zegarek. "22:48, cały dzień straciłam.", pomyślała sobie. 
Wstała powoli z łóżka i nachyliła się nad Rossem. "Jaki on poobijany, biedny." 
  Pocałowała go delikatnie w czoło. Przez chwilę miała wrażenie, że sprzęt szybciej zapikał, ale doszła do wniosku, że z przemęczenia jej się przesłyszało. 
 Wkrótce z Ellingtonem czekała już na taksówkę pod szpitalem. Lało jak z cebra, więc brunet dał jej swoją kurtkę.


- Laura, Laura, Laura!- Rydel była zdecydowanie nieznośna o piątej nad ranem.- Wstawaj, kurde!
- Cooo?- zamruczała zdezorientowana i zaspana Laura.- Co ty... Jak tu weszłaś? Która godzina?...
Blondynka jej odpowiedziała, nie patrząc na zegarek.
- Twoja babcia mnie wpuściła. Wpół do piątej. Dzwonili ze szpitala, rozumiesz?
- Co? Babcia? Szpital, tak wcześnie? Jezu, czy was wszystkich pos..
- Albo Vanessa. Nie odróżniam ich. Wszystko ci wytłumaczę w samochodzie, no rusz się!
Rydel wstała i pociągnęła za sobą niewyspaną przyjaciółkę. Ta zakryła usta dłonią i głośno ziewnęła, niechętnie zmuszając się do otwarcia oczu. Głos Delly był drżący i zaniepokojony, dlatego Marano założyła na koszulkę kurtkę i przebrała spodnie tak szybko, jak tylko mogła. Ledwo ubrała buty, a Rydel już pisała liścik w jej imieniu, że pojechała z nią do szpitala, bo coś tam, coś.
  Gdy były już w samochodzie z zaspanym Rikerem, Rydel postanowiła jej wszystko wyjaśnić.
- Czekaj, czekaj. Chcesz mi wmówić, że Ross...
- Nie, daj mi dokończyć. No więc, tak jak mówiłam. Kazałam dzwonić lekarzowi jak tylko się coś stanie. A że nie chciał mi powiedzieć, o co chodzi, to teraz tam jedziemy. Rozumiesz?
Brunetka przetarła posklejane oczy i skinęła głową. Tak naprawdę jej nie słuchała. Było za wcześnie, jeszcze nie ogarniała faktów. Wiedziała tylko, że Rydel ją właśnie porwała i wywozi ją do szpitala.
- Czyli- zaczął Riker opierając się ręką o drzwi- jakiś psychopata w fartuchu każe nam przyjechać, bo pewnie coś zapikało nie tak, a ta robi aferę.
- Czuję to w kościach, Riker.
- Lekarz jest psycho?- Laura zmrużyła oczy.- To Dells u mnie o wpół do piątej kurde po łóżku skacze. Człowieku, ja mam piżamę pod kurtką.
- Wszyscy Lynchowie są psycho.
Riker tylko potwierdził jej przypuszczenia. Pokiwała potakująco głową, myślami i duchem była jednak gdzie indziej. Myślała, o tym, czy jeśli teraz zaśnie, to coś ją ominie. W końcu jednak przysnęła, ale nie na długo. Rozbudziło ją gwałtowne hamowanie.
  Nadal wydawało jej się strasznie dziwne, być w szpitalu o tej porze.
   Nim się obejrzała, byli juz pod salą, w której leżał Ross. Podszedł do nich lekarz.
- Państwo z rodziny?
- Siostra.
- Brat.
- Dziewczyna.
- Dobrze, więc proszę za mną. Przepraszam, że obudziłem o tej godzinie, ale to ważne. Czy pan Ross miał kiedyś jakiś wypadek, skutkiem którego był uraz czaszki?
- Tak- potwierdziła Rydel.- Raz, ale to jak miał pięć lat, to możliwe, żeby to jeszcze jakoś zagrażało?
- Na szczęście nie, ale musiałem zapytać. Dostrzegliśmy drobne ślady na czaszce podczas prześwietlenia.
- To po to nas obudziłeś?- zapytała zirytowana Laura. Zapomniała o dobrych manierach, była zbyt zaspana. Tej nocy zasnęła tylko na dwie godziny, a potem wpadła Rydel.
  Lekarz puścił jej ton mimo uszu i spojrzał na nią spod okularów.
- Dzwoniłem dlatego, że pan Ross się chciał z wami zobaczyć.
 Cała trójka momentalnie się rozbudziła. Przekrzykiwali się nawzajem.
- Ross?!
- Gdzie on jest?
- Czego on ode mnie chce?
- Kiedy się obudził?
- Jak się czuje?
- Kiedy wyjdzie?
- Czego on ode mnie chce?
- Spokojnie- poprosił lekarz.- Która z pań to Laura?
- Ja!
- Ona!
- Ross chciał rozmawiać, podobno to coś ważnego i mimo bólu kazał natychmiast zadzwonić.
Mężczyzna w fartuchu wskazał dłonią na salę, a Laura ciężko westchnęła. Przez chwilę nie wiedziała, czy tam iść, czy udawać, że jej nie ma. Ciekawość jednak wzięła górę.
  Przygryzając wargę, udała się w kierunku wskazanym przez doktora. Miała problemy z otwarciem drzwi (była tak zmęczona, że zajęło jej chwilę zorientowanie się, że trzeba je pociągnąć), ale w końcu znalazła się w słabo oświetlonej salce.
   Przy drzwiach były poustawiane pojemniki na wodę razem z plastikowymi kubeczkami. Światło z ulicznych latarni wpadało do środka przez okna na końcu i oświetlało podłogę pokrytą linoleum. 
   Laura powoli, niepewnym krokiem zbliżyła się do łóżka Rossa. Było najbardziej oddalone, a chłopak na nim, bawił się telefonem. Gdy tylko zobaczył Laurę, od razu go schował. 
- Hej...
Podeszła bliżej. Blondyn się nie odzywał, tylko patrzył na nią swoimi ciemnymi oczami. W końcu jednak na jego twarzy pojawiły się jakieś emocje. Ale tylko przez ułamek sekundy. Ból i złość.
- Jak się czujesz?
- Jest OK.
Nie wiedziała co powiedzieć. Najchętniej by go teraz przytuliła, ale wolała nie ryzykować. Złapała go nieśmiało za rękę, jednak on natychmiast ją cofnął.
- Aaa...- dziewczyna była zmieszana- o czym chciałeś porozmawiać?
- Nie domyślasz się?
- Ale mogę cię o coś spytać? Wiem, że teraz pewnie cię wszystko boli i wolałbyś mieć tę rozmowę za sobą, ale...
- Pytaj- przerwał jej. Spojrzała na niego spod długich rzęs i przerzedziła ręką włosy.
- No... Bo wtedy przed tą bójką... No wiesz. To zerwałeś ze mną na serio?
Chłopak nie patrzył jej w oczy. Dłuższą chwilę milczał, nie odwracając wzroku od kabelków. W końcu jednak usłyszała jego cichy, oschły głos.
- Tak. 
Słowo zdawało się odbijać echem od ścian. Laura skinęła głową i wstała, nie odwzajemniając jego wzroku, jednak kiedy chciała odejść, blondyn złapał ją za rękę i przyciągnął. Zapomniał, że wszystko go boli i nieoczekiwanie poczuł niemiłe uczucie w klatce piersiowej, a głowa zaczęła nieprzyjemnie pulsować. Musiał zamknąć na chwilę oczy, bo zobaczył mroczki.
- Zostań ze mną.
Jego zachrypnięty głos sprawił, że Laura się zarumieniła. 
- Przecież ze mną zerwałeś.
- To nie musi się tak kończyć, Laura.
- To ty to skończyłeś.
- Lau, zrozum. Już ci nie ufam, rozumiesz?
- Ja nic nie zrobiłam!
Powiedziała to głośniej, niż zamierzała. Aż Ross chwycił się za głowę i jęknął.
- Nie krzycz. 
- Pa, Ross.
- Czekaj, mieliśmy pogadać.
- Po co? Już mi nie ufasz. 
- Zostań.
Mimo, że nie wiedziała po co, usiadła na skraju jego szpitalnego łóżka i wbiła wzrok w podłogę. Poczuła, że oczy jej się zamykają, ale nie dała tego po sobie poznać.
- Opowiesz mi swoją wersję wydarzeń?
- Już ją znasz. Te zdjęcia to po prostu przeróbki. Zrobione w ramach chorej zemsty za to, że odmówiłam seksu z kolesiem. Sam się przekonałeś jaki jest silny, boję się go. Kto jak kto, ale ty powinieneś się pierwszy zorientować, że to fejki. Nie raz widziałeś mnie w bieliźnie...
  Znowu się nie odzywał. Patrzył tylko na sufit i zastanawiał się, co teraz zrobić. W końcu jednak odnalazł dłonią jej dłoń i złączył ich palce razem. Laurę przeszedł dreszcz.
- Dlatego chciałaś wyjechać? Bo jakiś gościu cię prześladuje? Wystarczy, że naślę na nich bandę i...
- To dlaczego nadal tego nie zrobiłeś?- zabrała rękę i wstała.- Wszyscy cierpią.
- Bo Ashton jest moim kumplem, a Drake... Stary znajomy z podwórka, trochę się poprztykaliśmy i teraz jest jak jest. To przeze mnie teraz się znęca nad tobą. Chce mi ciebie zabrać, jak ja mu kiedyś zabrałem laskę. Czyli Jo. Widzi ile dla mnie znaczysz i się mści.
- Nie mogę tego słuchać... Jak mogłeś mi nie powiedzieć?!
- Nie krzycz.
- Ty jesteś nienormalny! Jestem tylko przedmiotem w waszej patologicznej grze, tak? Ugh!
- Laura, więcej nie przychodź. To koniec, rozumiesz? Trzymaj się ode mnie z daleka.
- Nie miałam zamiaru. Jesteś zwykłym dupkiem.
Warknęła i wyszła z sali, gwałtownie zamykając za sobą drzwi. Na korytarzu napotkały ją dwie pary zdziwionych oczu. 
  Z trudem powstrzymywała się od płaczu i drżącego głosu.
- Odwieźcie mnie do domu.
Nie czekała na jakąkolwiek odpowiedzieć, dlatego żeby ukryć łzy cieknące po policzkach, odwróciła się na pięcie i skierowała do wyjścia. Rydel skinęła głową w jej stronę, po czym popatrzyła stanowczym wzrokiem na Rikera. Od razu zrozumiał o co jej chodzi i poszedł za Laurą.
  Rydel westchnęła zaciekawiona tym, co się stało między Rossem a Laurą. Zdążyła zauważyć łzy brunetki.
  Otworzyła wielkie białe drzwi i od razu pomaszerowała na sam koniec sali. Jej gumowe podeszwy tenisówek były praktycznie niesłyszalne na linoleum, co sprawiło, że kiedy zbliżyła się do brata, jego serce ze strachu szybciej zabiło. Teraz nie mógł tego ukryć.
- Cześć, Ross. Jak się czujesz? Coś cię boli? Ty płaczesz?
- Nie, weź się ogarnij. Trochę mnie głowa boli, żebra, brzuch... ręka, noga, twarz... Wystarczy? Czy coś jeszcze? A, właśnie. Czuję się jak gówniany tchórz. Znowu.
- Znowu?
Blondynka usiadła na skraju łóżka, a on z cichym jękiem się trochę przesunął. Nie patrzył jej w oczy, chociaż czuł na sobie jej wzrok. Po kilku sekundach odpowiedział jednak głosem pozbawionym emocji:
- Nieważne.
- Ross, wyglądasz jak zombie.
To stwierdzenie było takie nagłe, że blondyn mimo panującego między nimi napięcia, zaśmiał się. Mruknął coś niezrozumiale pod nosem i przymknął oczy.
- Szczera jesteś.
- A co, mam kłamać? Powiedz mi, co zrobiłeś Laurze?
Znowu milczenie. To denerwujące milczenie. Ileż można? Rydel już się denerwowała. W sali było słychać ich oddechy i przyspieszone bicie serca Rossa. W końcu nabrał powietrza do płuc i się skrzywił.
- Dells, idź już.
- Porozmawiajmy. I tak muszę czekać, aż Riker po mnie wróci.
- A gdzie on jest?
- Odwiózł Laurę. Wiesz, że nas zaprosiła na jutro? Mówiła ci? Chciała, żebyśmy poznali jej rodzinę. No babcię, kuzynów i tak dalej.
- Nie, nie mówiła mi.
- Co się stało?
- Zerwaliśmy. Po prostu.
Mówiąc to, załamał mu się głos. Nie uszło to uwadze Delly. Uniosła jedną brew do góry i popatrzyła wyczekująco na brata. Nadal miał zaciśnięte powieki, a usta układały się w cieniutką linię. Z jego twarzy wyczytała ból, niepewność i... smutek?
- Rydel...- wyszeptał wreszcie- Jaaa... już jej nie ufam, ale... Jezu, to chore.
- Ale ją kochasz.
- Nie wiem. A tak w ogóle, to kto pozwolił Rocky'emu  czytać mój dziennik?
Rydel zamurowało. Nie wiedziała co odpowiedzieć. Chciała się dowiedzieć więcej o jego rozmowie z Laurą, ale tak szybko zmienił temat, że zapomniała o tym.
- Skąd wiesz?
- Słyszałem. I widzę go na szafce. A tylko Rocky jest na tyle głupi, żeby ruszać moje rzeczy. A z resztą. Nieważne. Zostaw mnie już.
- Jak chcesz. Wiesz co? Przykro mi.
- Czemu?
- Bo się oddaliliśmy od siebie. To pa- pożegnała się i wstała. Za oknem powoli się rozjaśniało. Była już za dwadzieścia szósta. Chłopak jak zwykle chwilę pomilczał, a potem po cichu poprosił drżącym głosem, żeby go przytuliła. Trochę się zdziwiła, ale nie dała tego po sobie poznać. Delikatnie go objęła, a po jakimś czasie poczuła coś ciepłego i mokrego na swoim ramieniu. Podniosła głowę i zobaczyła, że Ross ma mokre oczy. Unikał jej spojrzenia, więc oddaliła się bez słowa i zostawiła go samego. Wydawało jej się, że usłyszała jeszcze za sobą ciche "Przepraszam", ale pewnie jej się przesłyszało.
  Wyszła na korytarz oświetlony jarzeniówkami i odruchowo zmrużyła powieki. W porównaniu z tamtą salą, było tutaj za jasno. Minęła kilku lekarzy i wyszła głównymi drzwiami. Na dworze panował półmrok, więc stanęła pod latarnią i zaczęła się rozglądać po parkingu. Samochód Rikera stał tam, gdzie go poprzednio zostawili. Podeszła tam i okazało się, że za kierownicą czekał na nią brat, a z tyłu spała Laura. Zmierzyła go chłodnym spojrzeniem i usiadła obok brunetki. Natychmiast otworzyła oczy. Były zaszklone.
- I jak?- zapytała sennym głosem. Rydel pokiwała tylko głową i odpowiedziała:
- OK. Ale dlaczego wy płaczecie? Oboje.
Rikerodpalił silnik i wyjechali na drogę.
- On i płacz? No nieźle. Zerwaliśmy. Po prostu.
- To z kim ty teraz pójdziesz na bal?
- Jaki bal?
- Zimowy. W waszej szkole- wyjaśniła.- Ciągle o tym mówił, że chce cię zaprosić, czy jakoś tak.
- Ale tego nie zrobił. I nie zrobi. Pewnie weźmie jakąś nową laskę, albo w ogóle nie pójdzie- wzruszyła ramionami i przeczesała dłonią włosy.- Nie obchodzi mnie to.
Rydel już nic nie mówiła. Oparła się o drzwi i patrzyła na mijane ulice. Nagle w samochodzie rozległa się głośna muzyka. Wszyscy podskoczyli, a Laura sięgnęła po swój telefon.
ROZMOWA TELEFONICZNA:
- Halo?- odebrała znudzonym głosem.
- Lau, nie obrażaj się na mnie.
L: Nie dzwoń do mnie.
R: Bardzo jesteś na mnie zła?
L: Nie, w ogóle. Ross, zerwałeś ze mną bez powodu.
R: Dotarło to do mnie teraz. Proszę, wróć.
L: Jestem zmęczona.
R: Zobacz jak się zmieniłem przez ciebie. Teraz już nawet nie umiem dobrze przywalić, a kiedyś kur...
L: Widzisz? Znowu mnie o coś obwiniasz, tak? Dobra, odwal się ode mnie, nie dzwoń więcej.
R: Laura...
Rozłączyła się i schowała komórkę do kieszeni. Westchnęła ciężko, odruchowo odwracając głowę do Rydel. Patrzyła na nią pytającym spojrzeniem, ale się nie odezwała. Laura była jej za to wdzięczna. Uśmiechnęła się tylko i resztę drogi przejechali w milczeniu.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
No hej... Nawaliłam na całej linii. Przepraszam. Ostatnio mam za dużo roboty, jeszcze teraz doszła choroba i szlaban na neta (pisałam o tym w odpowiedzi na jeden z komentarzy), ale udało mi się coś napisać. I pewnie wyszło beznadziejnie, prawda? Przepraszam za wszelkie błędy, szybko pisałam xd Ale kiedy nie miałam weny, wykorzystałam czas na zrobienie zwiastuna, czy czegoś w tym stylu. Późno na zwiastun, wiem, ale kit. To ta niespodzianka. Nie wiem, czy Wam się spodoba, ale mam nadzieję, że się na mnie nie gniewacie za bardzo, co? Proszę, komentujcie. 58 osób obserwuje bloga, a z ok. 20+ i Anonimki komentują.
   Jeszcze raz przepraszam i mam nadzieję, że mnie nie zabijecie...
https://www.youtube.com/watch?v=evB-jAUbXi0&spfreload=10