niedziela, 17 maja 2015

Rozdział 42

~ Rydel ~
Czasem mam wrażenie, że mieszkam z przedszkolakami. No, może jeden z nich znika na noc z domu, niektórzy są ode mnie starsi, no ale bez jaj! Roko jest dojrzalszy od tych patafianów. Riker chce detektywa wysłać za mną i Ratliffem do Włoch. Pewnie myśli, że mnie tam spłodzi i będzie wujaszkiem, czy coś. Rocky pomaga Rylandowi przy nowej dziewczynie. Szczerze? Bardzo jej współczuję. Wymyślają jakieś dziwactwa, żeby na niego jeszcze bardziej poleciała. Ratliff przychodzi do nas wtedy, kiedy mama nie każe mu sprzątać jego wiecznie zasyfionego bałaganu. A Ross? Znowu nie wrócił na noc. W ogóle nie przyszedł wczoraj do domu. A teraz jest 16:40 i nadal go nie ma. Telefonu też nie odbiera. Pewnie się upił i leży w łóżku jakiejś lafiryndy. Już mnie to denerwuje, ale nic na to nie poradzę. Nie umiem go zmienić.
- Riker, dzwoniłeś?- zapytałam go poraz kolejny. Próbowaliśmy się dodzwonić do Rossa, ale na próżno. Jak do jutra nie wróci, będziemy musieli zrezygnować z koncertu. Z kolejnego komcertu. Wszystkie te odwołania były z jego powodu. Przez to tracimy fanów, a oni tracą pieniądze na bilety. To nie jest fair.
- Tsa. Dupa.
Ta sama odpowiedź numer pierdylion.
- Zabiję go kiedyś.
- Pomogę ci.
- Musimy urządzić dla fanów koncert przeprosinowy. Wiesz, tanie bilety, albo nawet za darmo- co nam szkodzi? Jakieś zdjęcia z każdym przy autografach. Oni o tym marzą.
- Pomyśl o kosztach wynajmu sali, Dells.
- Oj taaam. W dupie z tym.
- No dobra. Ale wychodzisz z Roko przez tydzień.- Uległ. Ale no z Roko? Przecież to skazanie na śmierć.
- Yaay, kochany jesteś.- Przytuliłam go.- Ale z Roko nie wyjdę.
- Aj tam, cicho siedź.
Poszłam do kuchni, gdzie Rocky i Ellington gadali o czymś po cichu. Jak tylko weszłam, od razu ucichli.
- Co tam?- Ell pocałował mnie w policzek i przytulił do siebie.
- O czym gadaliście?
- O...- zawahał się Rocky.- O łódkach.
- Łódki? A, tak. Łódki.- Ratliff się uśmiechnął i pociągnął delikatnie w stronę schodów. Weszliśmy na górę, a potem do mojego pokoju. Jak zwykle, kiedy tylko zobaczył moje łóżko, uwalił się na nie jak na swoje. Ale mnie to nie przeszkadzało. Rozbawiał mnie tym i swoim małym móżdżkiem. Kochałam go, po prostu. Imnej możliwości nie ma.
Poklepał miejsce obok niego, ale ja wybrałam inne i położyłam się na nim. Wygodny jest- co ja na to poradzę.
- Dells, błagam cię...
- Za tydzień.
Prosi mnie o to coś od kilku dni. Boję się jak cholera. Jeszcze tam we Włoszech będziemy mieć wspólny pokój. Ale osobne łóżka. Nie wiem po co. Wystarczyłoby jedno, ale OK...
- A czemu nie teraz?
- Za dużo świadków.
Zeszłam z niego i namiętnie pocałowałam. Gładził ręką moje włosy, jednocześnie drugą jeżdżąc po moich plecach. Od karku po dolną część pleców i z powrotem. Pod lekkim naciskiem jego palców czułam przyjemne mrowienie. Uwielbiam to.
- Będziemy cichutko.
- Za tydzień.
Powiedziałam to stanowczo i wstałam z łóżka. On schował twarz w poduszkę i głośno warknął. Parsknęłam śmiechem.
- Kobieto, wymęczysz mnie.
- Też cię kocham. Nie wiem jak ty, ale ja zamierzam iść na łyżwy. Chodź ze mną- poprosiłam i wyciągnęłam przed siebie rękę. Chwycił ją i niechętnie wstał. Nie lubił jazdy na łyżwach. Uważał to za czarną magię i mówił, że tylko szarlatany potrafią na nich jeździć. Niby mu pomagam, ale gdy tylko go puszczę, od razu jego dupa ląduje na lodzie.
- Masz to cholerne szczęście, że cię kocham.- Pocałował mnie w czoło, a ja złapałam go za rękę i wyszliśmy z domu.
- Wiem to.

~~ Narrator ~~
Kiedy oni szli na łyżwy, Riker siedział w domu i marudził Rocky'emu, że nie ma co robić. Kiedy chłopak miał już tego dość, wstał, pociagnął blondyna za koszulkę i wywalił za drzwi domu. Jeszcze stanął w przejściu, żeby starszy brat nie mógł wrócić do środka.
- Skoro nie masz co robić, to przeproś Vanessę.- To był jeden z tych dni, kiedy Rocky uruchamiał swój mózg, który według Rossa i Rikera "znajdował się w dupie" i wychodził na specjalne okazje. Ross wymyślił jeszcze inną wersję z wychodzeniem, ale to niecenzuralne...
- Łoło, to ona powinna mnie błagać o przebaczenie. Przyjdzie do mnie na kolanach w końcu, zobaczysz. Zrozumie swój błąd i wtedy...
- Kurna, ty doskonale wiesz, co laska może ci zrobić, kiedy jest na kolanach.
- Zboczeniec.
- Riker, to ty o tym pomyślałeś. To ty masz skojarzenia.
- Seriooo? Rocky, "chodnik".
I Rocky zaczął się śmiać. Miał skojarzenia nawet z tym słowem. Dlaczego? Za długo by opowiadać. Może kiedyś...
- Co nie zmienia faktu...- kontynuował Riker, a brat zrobił minę mówiącą "serio stary? Serio?"- Że to ona przyjdzie do mnie na kolanach pierwsza.
I uśmiechnął się pewnie.

~~~~~~~ Kilka minut później ~~~~~~~~
- Van, proszę cię, wybacz mi.- Riker klęczał przed nią i przepraszał. Jednak zdecydował, że to on pierwszy do niej przyjdzie. Ale Vanessa nie chciała go nawet wpuścić do domu.
- Odejdź. Chcę być sama.
- Wpuść mnie, porozmawiamy i dam ci spokój, obiecuję.
Nastała długa cisza. Riker już się denerwował, ale w pewnym momencie drzwi się uchyliły, a w nich stanęła Vanessa.
- Masz dwie minuty.
Blondyn szybko wstał i wszedł do środka. Niewiele myśląc, mocno przytulił brunetkę. Na początku się wyrywała i szarpała, ale kiedy lekko ją pocałował w czoło, uspokoiła się i wtuliła w jego tors.
- Przepraszam- szepnęła, cicho szlochając. Riker pogłaskał ją po włosach. Brakowało mu jej i źle się czuł z tym, że ją oszukał. Musiał jej to wynagrodzić.

~ Laura ~
Można powiedzieć, że na lekcjach przysypiałam. Nie mogłam, po prostu nie mogłam się skupić. Cały czas myślałam nad słowami Maxa. Może to, co mówił, jest prawdą? Ale nie- szczerze w to wątpię. Gdyby tak było, to nie poszłabym dzisiaj do szkoły. No, ale muszę wpłacić na tę wycieczkę. Tylko po to (chyba) przyszłam.
Po długiej godzinie francuskiego udałam się na poszukiwanie babki od muzyki. Była w pokoju nauczycielskim.
- Dzień dobry- powiedziałam beznamiętnie, gdy mnie wpuściła. Nie lubiłam jej. Oj, strasznie jej nie lubiłam.
- Coś się stało?
- Przyszłam zapłacić.
- A co masz z nogą, Lauro?
- Przewróciłam się.- Odruchowo schowałam tę nogę za drugą. Już mniej mnie bolała, to chyba tylko stłuczenie.
Nie zadając więcej pytań, wzięła ode mnie pieniądze i wpisała na listę. Widziałam na niej nazwisko Rossa. Czyli też jedzie. Spoko, nie będę sama. Ale jeśli będzie jakieś cuda z uśmieszkami i paczadłami odwalać, to wsiadam w pierwszy pociąg i wracam do domu.
- Trzeba coś szczególnego wziąć?
- Coś sportowego, obuwie wygodne, krem z filtrem, wiatrówkę, bilety na pociąg, ale to wam rozdam na dworcu, coś ciepłego, ewentualnie strój kąpielowy. Tam jest jezioro przecież. Ale nie wyzywający, ani zbyt erotyczny, bo wygonie do namiotu! Jasne?
To. Jest. Chore. Ale spoko, nie wnikam w jej logikę. Tego czegoś się nie ogarnie. Jak strój może być erotyczny? Ze wzorami w kształcie przyrodzeń męskich? No błagam. Jakaś niewyżyta seksualbie nauczycielka z nami jedzie.
Pokiwałam tylko głową i wyszłam. Matko, uwielbiam to uczucie ulgi, gdy jej już nie widzę.
Zamiast iść na kolejną lekcję, po prostu minęłam sprzątaczki i opuściłam budynek szkoły. Teraz tylko do domu.

Gdy otworzyłam drzwi, moim oczom ukazał się widok takiej jednej, dobrze mi znanej pary. Vanessa z Rikerem siedzieli na kanapie i o czymś szeptali. Chciałam przejść tak, żeby mnie nie zauważyli, ale nie udało się. Riker mnie przywitał.
- Hej Laura!!
- Cześć.
Stanęłam u podnóża schodów i czekałam jak mnie o coś zapyta. Poznałam to po jego minie. Nad czymś się zastanawiał.
- Młody był w szkole?
- Hmm nie. A co?
- Nie wrócił na noc. Znowu.
Jak to "znowu"? Przecież wczoraj widziałam jak wieczorem, po odprowadzeniu mnie, szedł w stronę domu. No, ale dzisiaj miał jeździć z chłopakami na motorze. To może już w nocy poszedł? Albo znowu ktoś go ściga i spieprzył na drugi koniec Stanów.
- Pewnie jest z jakąś lafiryndą. Nie znasz swojego brata?- zapytałam znudzonym głosem. Ta opcja była najbardziej prawdopodobna. I najbardziej bolała.
- No właśnie się nad tym zastanawiam. Nie możemy mieć wspólnych genów, nieee. To niemożliwe.
- Ey, a ty nie miałaś kończyć za dwie godziny?- Vanessa dopiero teraz zorientowała się, która jest godzina. Ta to ma zapłon.
- Źle się czuję. Mogę iść do siebie?
- No idź.
Poszłam schodami na górę i nacisnęłam klamkę do mojego pokoju. Okno było otwarte na oścież, a papiery z parapetu leżały porozwalane na ziemi. Pościel zwinięta na podłodze, a na biurku, zamiast książek (które leżały po jego bokach) leżała jedna, mała karteczka. A na niej widniał napis:
" Przepraszam. R."
Przeszedł mnie dreszcz. Za co on, do cholery, przepraszał? I dlaczego nie wszedł normalnie, tylko oknem, robiąc mi w pokoju pobojowisko? No, chyba, że tak było. Że była tu bójka. Ale nie, to przecież niemożliwe. Vanessa była w domu cały dzień. Nie mógł wejść niezauważony. Sąsiedzi już by na policję dzwonili. Szczególnie po tym, co Ross ostatnio nawywijał. Znienawidzili go, więc na pewno od razu by o tym powiadomili władze. Albo Van go wpuściła, a okno otworzyła, żeby przewietrzyć. To najbardziej prawdopodobne.
  Podniosłam kartkę i wtedy zobaczyłam na krześle obok biurka bukiet moich ulubionych kwiatów i kluczyki do motocykla Rossa. Na karteczce przyczepionej do kwiatów widniał napis "Widzimy się w poniedziałek."
Nie, to za dużo jak na jeden dzień. Chociaż ten niedawno się zaczął. Ta sytuacja jest chora. Z chęcią bym odpoczeła od tego wszystkiego, ale najwyraźniej nie jest mi to dane. Najlepiej jutro nie pójdę do szkoły. Chociaż troszkę relaksu mi się należy. Może pojadę z Delly do spa? Albo na basen z Vanessą. A potem, przed snem, na spokojnie dokończę czytać moją ukochaną książkę, której nie mogę skończyć od tygodni... Ach, te marzenia.
  Nie mając zbytnio co robić, postanowiłam zacząć się pakować na wycieczkę. Mamy mieć ośrodek nad jeziorem. Kilka drewnianych domków, a dla nieposłusznych namioty. Właśnie, mam nie brać zbyt "wyzywającego i erotycznego" stroju, jak to powiedziała nauczycielka. Ale chłopakom na pewno by się spodobało. Znam nawet jednego, którego to bardziej pociąga...
  Kiedy już się spakowałam, wyjęłam telefon i napisałam do Rydel: "Hej, jedziem jutro do spa, przyłączysz się?". Położyłam się na kanapie i włączyłam muzykę. Właśnie leciała moja ulubiona- Crazy in love, kiedy telefon się odezwał. Sms od 'Mlecyka'- czyli Rydel. "A jak *-* Mogemmm nawet teraz :*". Odpisałam jej tylko "do jutra, Mlecyk.". Potem postanowiłam się zdrzemnąć.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Hei, wiem, że długo nie dodawałam rozdziału, ale nie umiałam go dokończyć. Serio. Opowiadanie robi się coraz bardziej nudne, zero akcji. Wszystko się strasznie przedłuża. I tak niedługo kończę, tak ok.8 rozdziałów zostało :') Jeśli macie jakieś pytania, walcie śmiało. Szczere opinie także mile widziane.


sobota, 2 maja 2015

Rozdział 41

~~ Laura ~~
- Chodź szybciej!- Krzyczał półgłosem Ross, a ja nie mogłam powstrzymać śmiechu. Najpierw zderzył się z szafkami, kiedy próbował się popisać, że może iść z zamkniętymi oczami, a teraz ciągał mnie za sobą, bo zobaczył Veronicę. Miałam łzy w kącikach oczu, a policzki i brzuch mnie już bolały od śmiechu. Co za idiota, hahaha.- Rusz się, to wariatka!
- Czekaaaj, nie mogę chodzić.- Serio mnie zabolała kostka. Musiałam aż usiąść. Nie wiem dlaczego tak mnie nagle zaczęła boleć, ale chyba źle stanęłam i coś mi przeskoczyło. Boli jak diabli.
- Co ci jest?- zapytał Ross z troską w głosie i kucnął przy mnie. Położył mi swoją ciepłą dłoń na policzku. Poczułam jak czerwienieję, więc ją delikatnie strzepnęłam i nie patrząc mu w oczy, próbowałam sobie rozmasować bolące miejsce, lecz było jeszcze gorzej.
- Kostka mnie napierdala, ale to nic takiego.
- Nic takiego? Pokaż.
Usiadł na podłodze naprzeciwko mnie, spojrzał mi w oczy i sięgnął do mojej nogawki. Zabrałam nogę, ale ból sprawił, że nie udało mi się uniknąć jego zatroskanego wzroku. Po kilkusekundowym patrzeniu na siebie, poddałam się i podciągnęłam kawałek nogawki do góry. Z mojej perspektywy nic nie było widać, ale z jego najwyraźniej tak.
Delikatnie przyłożył mi palce do kostki i powoli nacisnął. Z sykiem cofnęłam nogę. Ale sierota ze mnie- żeby na prostej drodze rozwalić sobie kończynę, no tylko ja to potrafię.
- Boli jak naciskam?- Jego dotyk był taki ciepły, przyjemny. Chciałam zaprzeczyć, ale nie udało mi się.- A możesz nią ruszać?
- Też dupa.
- Laura, skręciłaś kostkę- zaśmiał się. No jakim prawem on się ze mnie śmieje? To nie fair.
- Nie!
- Tak!
- Fuck...
- Chodź, zaniosę cię do domu.
Ta, i jeszcze czego. Jestem tak zmęczona, że jak mnie będzie niósł, to zasnę, a jak będę sama iść... No tylko idzie skakać na jednej nodze. No i znowu ten jego wzrok... Jemu chyba naprawdę na mnie zależy. Przecież o poprzednich dziewczynach zapominał w kilka dni i nie męczył ich o wybaczenie, nie? To chore, tylko go krzywdzę.
  Wyciągnął ręce przed siebie i nie czekając na pozwolenie podniósł mnie. Przytulił mnie do siebie, a ja oparłam głowę na jego ramieniu. Czułam się... Bezpiecznie. Mimo tego cholernego bólu kostki przymknęłam powieki. Wtedy wyszliśmy w końcu ze szkoły i usłyszałam jego głos:
- Lau?
- Mhmm..
- To co z tym balem?
Nie odpuści, nie? Najpierw Calum, teraz on... Tylko nie Max. Fajnie. Super. Pamięta o tym w ogóle?
- Mówiłam ci już. Nie idę nigdzie.
Calumowi też odmówiłam, więc nie będziesz jedyny.
- Ale mówiłaś też, że nie idziesz, bo nie masz z kim. Teraz masz- zaprosiłem cię.- W jego oczach coś błysnęło, jakby nadzieja, oczekiwanie. Szukał odpowiedzi w moich. W pewnym momencie ją prawdopodobnie wyczuł, bo jego kąciki delikatnie się uniosły ku górze.
- Daj mi czas do soboty, okey?- Poddałam się. Nie mogę na niego patrzeć przu rozmowie, bo na wszystko się zgodzę. I gdzie tu sprawiedliwość?- Jeśli Max mnie nie zaprosi, to pójdę z tobą.
- Nie chcę siedzieć na ławce rezerwowych.- Chyba się zdenerwował.- Jeśli nie chcesz, to po prostu powiedz.
- Ale ja chcę.- Wypsnęło mi się, ale szybko się poprawiłam.- Przecież wiesz z kim teraz chodzę, a pójść możemy jako przyjaciele.
- Przyjaźń nie jest dla mnie. Nie wytrzymałbym przy tobie wiedząc, że łączy nas tylko i wyłącznie przyjaźń. Nie wiesz co czuję, kiedy obściskujesz się z Maxem. Laura, dziewczyno. Ja cię kocham, do cholery zrozum to.- Wyraźnie posmutniał. Wiedziałam, że jestem bezduszną poczwarą. Jak ja mogę go tak ranić? Jestem potworem. I jeszcze ten smutny wyraz twarzy. Ja tak nie mogę. Szkoda mi go. Współczuję mu. Kiedyś też to przeżywałam i było mi ciężko. No, ale on mi właśnie wyznał, że mnie kocha. I to bez żadnego zająknięcia się, czy zawahania. Kur** on mnie kocha, a ja jestem w stosunku do niego taka chamska!
- Ross... Przepraszam.
- Za co?
Nid podnosił głowy, a głos miał jakoś dziwnie załamany. Sięgnęłam dłonią do jego policzka. Ciekła po nim jedna mała, samotna łza. Zupełnie jak Ross. W głębi duszy jest dobrym, uroczym, kochającym chłopakiem, ale jego skorupa wszystko przyćmiła. Całe to fałszywe zło, to jaki jest dla innych, to taka przykrywka, żeby ludzie nie dowiedzieli się jaki jest naprawdę. Robi to dla popisu.
  Wytarłam tę łzę i oparłam czoło o jego policzek. Byliśmy już niedaleko naszych domów.
- Jeśli jesteś z nim szczęśliwa, to dobrze. To jedna z najważniejszych rzeczy.
- Jestem. Można tak powiedzieć.
- A ze mną byłaś?
- Zaczynasz?
- Tak.
- Byłam.
- To dlaczego do tego nie wrócimy? Nie zaczniemy od nowa?
- Wiesz co?- zapytałam, odrywając głowę od jego policzka.- Trochę mi brakuje tego bad boya. Przynajmniej byłeś wesoły. A teraz smutas z planety smutasów.
- Wcześniej miałem ciebie.
- Wciąż masz.
Postawił mnie przed drzwiami do nojego domu. Kiedy się odwróciłam do niego, chciał odejść, ale go zawołałam i cofnął się.
- Dziękuję. Pamiętaj, że możesz na mnie liczyć.- Pocałowałam go w policzek, ale mogłam się zorientować, jak on to wykorzysta. Zanim zdążyłam się cofnąć, on mnie przyciągnął do siebie i wpił się w moje usta. O luju, ale mi tego brakowało. Odwzajemniłam pocałunek i jedną ręką poczochrałam mu włosy, więc zabrał głowę. Właśnie zdradziłam Maxa, super. Znowu jestem potworem.
- Ogar, Ross.- Uśmiechnęłam się i oddaliłam od niego. Ten oparł się o kolumnę na ganku.
- Ale ja tylko wykorzystuję sytuację.- Wygiął usta w zawadiackim uśmieszku, a ja nacisnęłam klamkę. Vanesaa była w domu, bo nie zamknęła drzwi.- Nie wpuścisz mnie do środka?
Zrobił szczenięce oczka. I jak tu takiemu odmówić? Laura, ogar! Jesteś z Maxem, a Lynch pewnie będzie chciał iść z tobą do łóżka. A znając go, rano go nie będzie, bo nie interesują go stałe związki. Super... Już gadam do siebie...
- Do jutra w szkole.
- Wątpię.
- Co?- zapytałam.
- Nie chce mi się iść do budy.
- To co będziesz robił?
- Pójdę z chłopakami na tor.
- Będziesz się ścigał? A zrobisz coś dla mnie?
- Co?
- Nie porysuj motocyklu. Do poniedziałku.
I nie patrząc na niego, weszłam do domu. Byłam cała w skowronkach, matko. Chyba mam gorączkę. Ross mnie kocha. Ale na cholerę on jeszcze się ze mną zadaje, ze wszystkimi swoimi byłymi tracił kontakt w kilka dni. Ale mi nie daje spokoju, gej jeden niedorobiony. Przez niego bardzo wątpię w to, co czuję do Maxa.
Weszłam, a właściwie pokuśtykałam do kuchni, gdzie była Van.
- Hej, masz gościa na górze- Odezwała się, nie odrywając wzroku od kręcącego się talerza w mikrofali. Wydawała się jakaś smutna, jak nie ona. Dziwne.
- Kto to?
- Jakiś chłopak.
Max... No super, ciekawe, czy uda mi się na jednej nodze wejść po schodach.
- Ty, młoda. Co ty se zrobiłaś z nogą, sieroto ty?
- Weź tam cicho siedź, albo wyjdź. Sierodztwo ze mnie i tyle. - No ja wiem... Wytrzymałam z tobą te osiemnaście lat, nie?
- No, szacun- powiedziałam z uznaniem i zabrałam jej jednego kabanosa. Wyskoczyłam z kuchni, uważając na kostkę i powoli wskoczyłam na pierwszy stopień. Nie było tak strasznie, jak myślałam. Udało mi się w niecałą minutę. Doszłam do swojego pokoju i weszłam do środka. Od rana nic się nie zmieniło. Nawet pościel była rozwalona po całym łóżku, a lampka nocna i budzik leżały na podłodze. Przy oknie stał Max. Podeszłam do niego powoli i przytuliłam od tyłu, kładąc głowę na jego ramię.
- Skąd wiedziałeś, czy Van cię nie pobije?- Zaczęłam.- Nie zna cię i nagle taki gościu przychodzi i mówi, że chce się widzieć z jej młodszą siostrą...
- Pogadamy?- przerwał mi i uwolnił się z moich objęć. Czyżby zmieżał do czegoś konkretnego?
Usiadł na łóżku i pokazał gestem, żebym usiadła obok. Tak też zrobiłam.
- Chyba za bardzo się pospieszyliśmy, co?
- Do czego zmieżasz?
- Widzę jak patrzysz na Lyncha... No wiesz, kiedy jest blisko... W twoich oczach widać wtedy jakieś nie wypowiedziane słowa kłębiące się na język. Jakąś nieuzasadnioną nadzieję, radość. Ten błysk w nich, kiedy się mijacie. Powiedz mi, szczerze, czy nadal go kochasz?
- Nie.- Dlaczego to słowo ukłuło mnie w serce?- Kocham cię, przecież wiesz.
- Kochasz, to prawda. Jako przyjaciela. Lau, widzę jak cierpisz, a nie chcę tak patrzeć i nic z tym nie robić. Skoro go kochasz, to idź do niego, zrozumiem cię.
Teraz to mam kompletny mętlik w głowie. Max się mną opiekuje, a przy Rossie czuję się bezpieczna... Chyba najlepiej będzie, jak zostan3 singielką. Odpocznę od tego wszystkiego, a jak przyjdzie co do czego, podejmę właściwą decyzję.
- Uwielbiam cię.- Wyszeptałam i uściskaliśmy się przyjaźnie. Dobrze jest mieć takiego przyjaciela.
- OK, więc ta cięższa sprawa za nami. Daj mu szansę. Widać, że cię kocha.
- Wiem... Ale wolę być chwilowe forever alone.
- Ale musisz przyznać. Ja całuję lepiej- uśmiechnął się, a ja zrobiłam grymas zakłopotania i oddaliłam się od niego. Pokiwałam przecząco głową.- Przecież nie przerywałaś nam, czochrając mi włosy, nie?
Puścił mi perskie oczko. Cholera, widział tamten pocałunek. Świetnie. Poczułam jak oblewam się rumieńcem.
Po godzinie żartów i rozmów, poszedł do siebie, a ja owinęłam sobie kostkę w bandaże i umyłam się. Gdzieś około 22 do domu wrócili rodzice. Byli na jakiejś kolacji, czy czymś takim. Ledwo się trzymałam na nogach, ale odrobiłam lekcje, spakowałam pieniądze na wycieczkę i położyłam się spać. Tej nocy miałam koszmar...

~~~~~~~~~~~~~~
Hejhooo!! Kolejny rozdział z telefonu xd Przypominam o zakładce "pytania do bohaterów". Jak będę miała dostęp do kompa to Wam odpowiem na pytania. Zwiastun też możecie obejrzeć w jednej z zakładek.
Co do rozdziału... Sorki za błędy, literówki, itd. Mam wrażenie, że rozdziały robią się coraz nudniejsze. Napiszcie mi SZCZERZE co sądzicie o ostatnich nextach. Do napisania.
Klaudia

piątek, 1 maja 2015

Rozdział 40

~~ Laura ~~
Zamurowało mnie. Nie wiedziałam co mam powiedzieć. Czy kochałam Rossa? Jak powiem prawdę, zrobi sobie nadzieję, a jeśli go okłamię, że nie kochałam go, załamie się. Dziwnie się czuję. Miałam nadzieję, że nigdy nie usłyszę tego cholernego pytania, a teraz... Kiedy patrzę w te jego smutne oczy, szukające odpowiedzi w moich, zaczynam czuć się jak potwór bez uczuć.
- Kochałam- wyszeptałam, a po chwili dodałam.- Kiedyś... Byłeś inny. Potem wszystko się zaczęło walić i... To przeszłość. Nie wracam do niej.- Jestem bezduszną poczwarą, która nie umie rozmawiać o uczuciach.- Sorki, muszę iść.
Ross się nie odzywał, tylko spuścił głowę. Najwyraźniej nie takiej odpowiedzi się spodziewał.  Szybko odeszłam od niego. Nie potrafię tak patrzeć na osobę, która przeze mnie cierpi. Może zrobię coś, żeby mniej go to bolało? Na przykład... Będę się spotykać Maxem po szkole, a nie w niej. No trzymać się za ręce możemy, przytulić czasem też , ale inne czułości poza liceum. Ooo matko, za dużo tego wszystkiego. Muszę odsapnąć. Może faktycznie zastanowię się nad tą pracą, którą zaproponowała mi babcia?
   Nawet nie zauważyłam, kiedy już skręcałam w moją ulicę. Spacerowałam sobie spokojnie, kiedy nagle podbiegła do mnie Rydel z uśmiechem na twarzy. Za nią szedł Roko. Jak ja ich dawno nie widziałam...
- Hej, Lau.- Przytuliła mnie.- Dlaczego wczoraj nie przyszłaś?
- Ross ci nie mówił?
- Nie. No to znaczy mówił tylko, że go olałaś. Tak to określił. Że wolałaś jakiegoś "pedała" w mokasynach.
Co za piep***ny ch*j! Po kiego on... Ugh!
- Że jak? Nie olałam go! Normalnie mu odpowiedziałam, że nie mogłam, bo się spotykałam z kimś. A ten cały "pedał w mokasynach" to Max, mój.. Przyjaciel.
- Chłopak.
- Tak.
- Laura, spokojnie.- Rydel pomachała rękami, jakby chciała wstrzymać ruch uliczny.- Wierzę ci. Ross jest strasznie upierdliwy od kilku dni. Ciągle marudzi. Wiesz kiedy ostatni raz widziałam go z jakąś dziewczyną? On cię kocha i..
- On kocha każdą, Delly- przerwałam jej.- No niby kiedy go widziałaś? Wczoraj? Przyprowadził na noc tę całą Veronicę, nie?
- Co?
- No jego nową pannę.
- Laura, żadnej Veroniki tutaj nie było. Nigdy.
- Ale... On z nią wczoraj odjechał spod szkoły.
- Wrócił sam. Ale na chwilę. Potem polazł do klubu i Rocky musiał po niego jechać po 3 w nocy, bo się nachlał.
  To by tłumaczyło, czemu dzisiaj był taki dziwny. Miał kaca, po prostu. No i dlatego też takie rzeczy odwalał.
- Dopiero co leżał w szpitalu, a teraz się upija? Ten człowiek jest powalony- stwierdziłam i ruszyłam przed siebie. Rydel poszła za mną.
- I tak na niego lecisz.
- Kolejna?
- To widać z daleka.
- Te stwierdzenia są u was rodzinne, czy co?
- Nie rozumiem dlaczego mu nie wybaczysz.
- Nie rozumiem dlaczego dalej dążymy ten temat.
- Pasujecie do siebie.
- On jest debilem.
- Laura, nie możesz przestać o nim myśleć.
Co za chora rozmowa.
- A co z tobą i Ellem?
No i rozgadała się na dobre. Że za kilka dni jadą do Włoch na tydzień, we dwoje. I, że Riker dostaje przez to paranoi. Mówiła też o Rockym, który ma nową dziewczynę. I to już długo. Podobno Nicole jest bardzo miła i uwielbia się bawić z Roko. Jedyne, co mnie zaniepokoiło, to to, że to od Rydel dowiedziałam się o kłótni mojej siostry z Rikerem. Dlaczego Vanessa sama mi tego nie powiedziała? W sumie, ja też jej nie wspominałam o Maxie...
   
•• Następny dzień ••
Pffff muzyka pierwsza, siedzenie z Rossem, długie 45 minut i ględzenie babki po czterdziestce. Jak ja nienawidzę czwartków, ugh. Nie dość, że się nie wyspałam, to jeszcze nie wzięłam kasy na wycieczkę. No gorzej być nie może.
- Dupek!- Usłyszałam nagle za moimi plecami. Odwróciłam się i zobaczyłam Veronicę i Rossa. Rozmawiali. A właściwie, to kłócili się, ale nie wiem o co. Widać było, że Lynch dostał z liścia.
- Ty jesteś jakaś opętana.- Chłopak złapał się za głowę. No niezłe widowisko, nie powiem.- Masz obsesję.
- Myślałam, że ci się podobam.
- Kto ci tak powiedział?- zaśmiał się. Człowieku, weź nie bądź taki chamski, kurde.
- Ale... Zabrałeś mnie na przejażdżkę swoim motocyklem i w ogóle obejmowałeś.
- I wysadziłem cię za zakrętem, prawda? Więc odczep się ode mnie, bo zasługujesz na kogoś o wiele lepszego ode mnie.- Czy on naprawdę powiedział coś takiego? Niee, to nie może być Ross Lynch.
  Oparłam głowę o ręce na ławce i wygodnie się ułożyłam. Masakra, zaraz zasnę. Tej nocy zmrużyłam oczy na około dwie godziny- nie więcej. Nie mogłam spać, dręczyły mnie wyrzuty sumienia, chociaż nie wiem dlaczego. Wtedy chciało mi się płakać. Tak bez powodu. Tsa, dziwne. Wiem.
- Cześć.
- Niezła scenka- skomentowałam, patrząc na mojego rozmówcę. Miał czerwony policzek. No a ja pewnie wory pod oczami.
- Przesadziła, proste. Miała tylko moje zdjęcia zrobione z ukrycia. Jakaś nienormalna.
- A ty mogłeś być milszy. Masz tam w środku choć kawałek serca? Czy jesteś tylko pozbawioną uczuć bryłą, niezdolną do okazywania miłości?- Boże, muszę iść spać. Gadam jakieś bzdury z kosmosu wzięte. Ale mina Rossa była bezcenna.
- Naprawdę sądzisz, że nie jestem zdolny do miłości?
- Jak możesz o tym mówić, skoro nigdy tego nie zaznałeś?
- Jesteś tego pewna?
- Oczywiście.
- W stu procentach?
- Tak.
- Czyli uważasz, że nigdy nikogo nie pokochałem, tak?- Matko, dłużej tego nie zniosę. To tortura psychiczna. Straciłam wątek, nawet nie wiem jakich racji bronię.
- Na pewno nie bardziej, niż siebie samego.
- Wbrew pozorom- nie jestem samolubem, Lauro.
- To kogo tak niby pokochałeś? Swój motor, nie?
- Odpowiedź jest oczywista, nie uważasz?- Świdrował mnie wzrokiem. Czułam to przy kręgosłupie- te ciarki mnie coraz bardziej niepokoiły. Nawet nie zauważyłam, że tylko my gadamy, a lekcja się już dawno zaczęła.
- Może podzielicie się z klasą, o czym tak zawzięcie dyskutujecie, co?- Myślałam, że padnę na zawał. Ross się tylko uśmiechnął i przeniósł wzrok na nauczycielkę. Uff- wreszcie mogłam odsapnąć. Niewidoczne linie wokół kręgosłupa i krtani poluźniły uścisk.
- Chyba już wszystko słyszeli, nie?- Zmroził ją wzrokiem. Wyobrażam sobie, co teraz musi czuć ta babka. Gniew, niepewność, słabość i nienawiść. Wiem, bo to czułam, kiedy się kłóciliśmy z Rossem. Nie cierpiałam tego.
- Zostaniecie po lekcjach, posprzątacie salę. Nie wyjdziecie z niej, dopóki nie będzie błyszczeć.
O nie. Sprzątanie sali? Z nim? Sama? Błagam, wszystko, byle nie to. Mogę wypastować podłogi w całej szkole, umyć okna, ale... Nie to! Znając Lyncha, pewnie coś wymyśli. Coś, przez co zostaną poddane próbie moje uczucia.
- Przyjdźcie tutaj po ostatniej lekcji. A teraz nie gadajcie już.- Nauczycielka dokończyła i zabrała się za prowadzenie lekcji. Znowu przysypiałam.
  Noo, jeszcze tylko siedem minut, szybciej- dawaj, Dzwonek.
- No więc, co do tej wycieczki. Ba pieniądze czekam do jutra. Zbiórka będzie w poniedziałek o 7:00 przed szkołą. Zabierzcie spray na komary i rzeczy z tej listy. Ośrodek jest nad jeziorem. Wrócimy dwa dni przed balem. Reszta informacji będzie na karteczkach.- I przy ostatnim zdaniu zaczęła rozdawać papierki z potrzebnymi rzeczami, planem tych czterech dni dni i takimi tam.
- Jedziesz?- zapytał mnie nagle Ross. Aż podskoczyłam. Wyszeptał mi to do ucha, co spowodowało dreszcze.
- Noo, a co?
- Nic, nic. Tak tylko pytam.
Mi się wydawało, czy on się uśmiechnął jak zbok? On też jedzie? I ma plan. O nieee, nie, nie. Po kiego Ross tam? Tylko tego mi było trzeba. A najgorsze jest to, że Max zostaje na te dni w szkole, żeby nadrobić zaległości z miesiąca. Super- sama z tym tlenionym blondi nad jeziorem. I to bez Maxa. Lepiej być nie mogło!

** 5 GODZIN PÓŹNIEJ **
Przebrałam się po w-fie i powoli, bardzo powoli wyszłam z szatni. Trudno, że śmierdziało tam po przepoconych facetach i ich cuchnących skarpetach z poprzedniej godziny. Wolałam siedzieć w tym smrodzie, niż sprzątać salę z jakimś patafianem, do którego prawdopodobnie nadal coś czuję. Uświadomiłam to sobie podczas rozgrzewki. Przecież to w sumie dzięki niemu doznałam trochę adrenaliny w życiu, to z nim miałam swój pierwszy raz i to on był moim pierwszym chłopakiem oraz tym, który pierwszy mnie pocałował. Nie tak łatwo zapomnieć o człowieku, który tak namieszał mi w życiu. Ale czasu nie cofnę. Teraz jestem z Maxem i jestem szczęśliwa. Kocham go, a uczucie do Rossa z czasem przejdzie. Wszystko w końcu się kończy, prawda? Ktoś kiedyś powiedział, że w chwili kiedy zaczynasz się zastanawiać czy kogoś kochasz, przestałeś go już kochać na zawsze. Ale związek z nim był cudowny... Przez pewien czas. Potem mnie za bardzo to wszystko przytłaczało. Teraz czuję się wolna. No, prawie. Muszę jeszcze przeżyć tę karę.
   Po ostatniej lekcji, jaką był francuski, poszłam do sali od muzyki. W środku była tylko nauczycielka, która nawet nie podniosła wzroku znad sterty papierów kiedy weszłam. Czyżby Ross sobie odpuścił? Nie chciało mu się sprzątać po całym dniu nauki? Kurde, mogłam to przewidzieć. Że zostanę sama i pójdzie mi to dwa razy szybciej.
- A gdzie zgubiłaś chłopaka?
Baba spojrzała na mnie spod okularów.
- Chłopaka?
- Lyncha.
- Niee, my nie jesteśmy razem. Ja chodzę z kimś innym. Ale to raczej nie powinno pani interesować.
- Owszem, nie powinno. Ale osobiście uważam, że to jest za szybko. Niedawno przecież byłaś w ramionach Rossa, a teraz...
- Niech się pani, za przeproszeniem, przymknie i przestanie chrzanić te bzdury. To moja sprawa z kim jestem, a pani nie ma prawa mieszać się w moje prywatne życie, nie?
Wkurzyłam się na nią. No sorry, ale to nie jej zasrany interes z kim jestem i byłam. Czy nie może po prostu wyjść i pozwolić mi sprzątać, żeby było szybciej?
 Nagle drzwi się otworzyły i do sali wszedł spocony Ross. Czyli ćwiczył na w-fie? Wow, co za zmiana. Co się stało, że ON zaczął ruszać tym swoim tyłkiem?
- Cześć.- Uśmiechnął się do mnie jak chochlik. Był czerwony na twarzy, a włosy sterczały mu na wszystkie strony świata. Nauczycielka tylko na nas spojrzała i wyszła, zostawiając nam na zapleczu wszystkie potrzebne rzeczy. Teraz zobaczyłam jaki tu był syf.
  Ławki stały porozstawiane pod ścianami, a na nich leżały plakaty, zdjęcia i informacje, które trzeba wymienić. Tablice korkowe opierały się o nogi krzeseł, a te zaś, były ustawione w wielkim kółku na środku. Instrumenty leżały w nieładzie i kurzu na półkach, a rośliny na parapecie usychały. Czysta tablica to była tutaj chyba... Na początku roku szkolnego? Cała była w kolorowej kredzie, a pod nią stało stare wiadro w kałuży z praktycznie białą wodą w środku. O warstwie pyłu na podłodze nie wspomnę, tak samo na ławkach, przy których zwykle nikt nie siedzi. Najgorzej było z gumami poprzyklejanymi do ławek od spodu. 
- Czy ty ćwiczyłeś na w-fie?
- Pogięło? Wyszedłem na chwilę po chipsy do marketu niedaleko i kurna fanki spotkałem, musiałem spieprzać, bo nie dawały mi spokoju. 
Ach ta naciągana sława. Szkoda, że media i te jego fanki nie wiedzą jaki jest naprawdę. Przedstawiają go jako "chodzący ideał", albo wzór do naśladowania. No ja podziękuję za takiego idola, który z gangiem zabił w przeszłości członka mafii.
- Może chciały cię po prostu... Obejrzeć na żywo, pomacać to i owo, no wiesz.- Zarysowałam palcem w powietrzu kółko wokół niego.
- I przy okazji zaciągnąć w krzaczki, nie? Zajmuję miotłę- zmienił temat i wziął do ręki miotełkę. Zaczął odwalać, że to mikrofon, a on sam jest jakąś megagwiazdą rocka.
- Wiesz, uczą się od idola. 
Jego mina była bezcenna. Spojrzał na mnie spod byka i odłożył "mikrofon". Nie spuszczając wzroku ze mnie, podchodził coraz bliżej, nie spieszył się w ogóle. Za to ja, z każdym jego krokiem, coraz bardziej się oddalałam, aż w pewnym momencie uderzyłam dupą o ławkę i byłam zmuszona się zatrzymać. Potajemnie wzięłam brudną szmatkę od tablicy z biurka.
Kiedy Ross był już na tyle blisko, że mogłam poczuć jego perfumy, zaczął się nade mną nachylać, a ja, za to oddalać, przez co leżałam plecami na ławce. Pod nim.
- Sugerujesz coś?- zapytał, zmieniając głos na uwodzicielski. Przeszedł mnie dreszcz. Laura, nie patrz w te oczy, nie paczaj tam...
- To znaczy?
- Nauka od idola pewnych spraw.
- Nie jestem twoją fanką.
- Nie pociągam cię?
- Nie.
- Nic dla ciebie nie znaczę?
- Nic a nic.- Do czego on zmierza? Zaczynam się bać.
- Skoro tak, to mnie pocałuj.
- Ross, ja nic do ciebie nie czuję.- Kogo ja oszukuję, nie umiem kłamać.
- Oszukujesz samą siebie.- Kurwa.
- Nie.
- To dlaczego głos ci drży, masz ciężki oddech, źrenice ci się powiększyły, masz rumieńce, a serce wali ci jak facet kobietę?
Zniżył się jeszcze bardziej, praktycznie na mnie leżał, a jakby opuścił głowę niżej, nasze usta by się dotykały. No i spojrzałam w te jego oczy. Poczułam mrowienie w brzuchu, a policzki mi zapłonęły jeszcze bardziej.
Kiedy zbliżył swoją twarz do mojej, po wewnętrznej stronie uda przeszył mnie prąd. Nie- tak nie może być. 
Wystawiłam szmatkę i to ją pocałował, a ja szybko odeszłam na bok. Myślałam, że nie wyrobię kiedy się tak wycierał. Wyglądał komicznie.
- Przesadziłaś.
 Obraził się na mnie? No... Wziął miotłę i zaczął zamiatać. Nawet się nie odzywał, ani na mnie nie patrzył- tylko zamiatał. Ja zabrałam się za zmazywanie tablicy. 
  Po piętnastu minutach bolały mnie ręce i miałam dość tej ciszy. Wrzuciłam szmatkę do wiadra, przez co wylała się z niego woda, i podeszłam do Rossa. Stanęłam przed nim, ale nawet nie przerwał sortować papierów. 
- Ej.
Zero reakcji. Kolejna próba.
- Ross?
Nic.
- No weź, to za tę szmatkę? Ross.
Dalej nie reagował. Odłożył tylko papiery i spojrzał mi w oczy. Tyle. 
- Jesteś zły?
- Tak.
Wow, nareszcie coś!
- Wybaczysz?
- Pomyśli się.
- Proszę?
- A co będę miał w zamian?- On już się chyba nie gniewa, co? Skoro zaczął coś wymyślać..
- A co chcesz?
- A co mi dasz?
- A na co masz ochotę?
- Na ciebie.
Mogłam się tego spodziewać. W ogóle przez tę rozmowę nawet nie zauważyłam, że opieram się o ścianę, a on mi blokuje drogę rękoma. Odepchnęłam go lekko od siebie i odeszłam od niego. Tak nie może być. Nie mogę się do niego na nowo zbliżać. Przecież jestem z Maxem i nie chcę go skrzywdzić.
- Może kiedy indziej.- Podniosłam kosz z ziemi, a w drugą rękę wzięłam wiadro z brudną wodą. - Idę wymienić wodę i... wynieść śmieci.
 Nic nie odpowiedział, więc nie czekając dłużej, wyszłam na korytarz. Matko, jak tu pusto, aż strasznie. Miałam nadzieję, że nie będę musiała tyle tutaj siedzieć, zwłaszcza sprzątać z Rossem. No ale takie jest życie. Nic na to nie poradzę.
  W łazience spotkałam nauczycielkę, która dała nam karę. Już chciała się bulwersować, że wyszłam z sali, ale zauważyła, że wymieniam wodę w wiadrze, a przy zlewie są worki ze śmieciami.
- Jak wam idzie?
- Dobrze. A teraz przepraszam, ale mam robotę.
- Pogodziliście się z Rossem?
 Aż wylałam na siebie wodę, co wyglądało, jakbym się zeszczała. No nie nooo, świetnie! I w ogóle jakim prawem ona się znowu miesza w moje życie? Ugh, nie wyrobię.
Zostawiłam napełnione wiadro i wyniosłam śmieci. Wracając jeszcze weszłam po nie do łazienki i skierowałam się do sali, gdzie były już ustawione ławki, a Ross na jednej leżał.
Postawiłam wiadro na miejsce, a następnie usiadłam za biurkiem kobiety. Leżał tam otwarty dziennik. Uuu, jutrzejsza grupa będzie mieć sprawdzian. Sprawdziłam swoje oceny. Akurat z muzyki miałam dość dobre. Ross dostał dwie szóstki? Wow.
- O czym gadałaś z Calem?- zapytał Ross. Cal- tak mówimy na babkę od muzyki.
- Co? Ale skąd wiesz?
- Przecież jak wszedłem, to wkurzałaś się na to.
- Aaa, to. O niczym.- Dalej przeglądałam dziennik. Po co on ma wiedzieć, że wciskała mi kit o nim?
- Laura? To coś o mnie?
- Nom.
- Czyli co?
 Podniósł się i spojrzał na mnie. Kiedy zobaczył mokrą plamę na noich spodniach, o mało co nie wybuchnął śmiechem. Ostrzegłam go wzrokiem.
- To była prywatna rozmowa.
- Ale o mnie, czyli mogę wiedzieć, nie?
- Ale nie musisz, nie?
- Powiesz mi kiedyś?
- Kiedyś.
- Czy ty wiesz, Lau, ile mi już rzeczy obiecałaś na później?
- Spokojnie, ja, w przeciwieństwie do niektórych, dotrzymuję obietnic. 
Wstałam od biurka, odkładając dziennik na miejsce. Nie zwracając uwagi na pewną osobę, która przyglądała się moim ruchom z boku, podlałam kwiaty i przetarłam blaty ławek. Na koniec wrzuciłam szmatkę od tablicy do wiadra i usiadłam na ławce obok Rossa. Za oknem już się ściemniało. Było po 19. Matko, sprzątaliśmy tutaj ponad trzy godziny?
- Masz już sukienkę na bal?- zapytał, przerywając ciszę. Położyłam głowę na jego ramieniu. Mogłabym przysiądz, że przeszedł go dreszcz.
- Nie idę na bal.- Zamknęłam oczy. Byłam zmęczona, najchętniej położyłabym się spać. A o balu to po co rozmawiać? Max mnie jeszcze nie zaprosił, a czasu jest coraz mniej.
- Nie masz się w co ubrać? Czy nikt cię nie zaprosił?
- Mam sukienkę. Od twojej starszej siostry, która niedługo jedzie sama z Ellem daleekooo stąd.- Tak, specjalbie mu to przypomniałam. Wzdrygnął się.
- Jestem za młody na wujaszkowanie. A drużbą na ich ślubie stanowczo nie będę. 
- Praktycznie wszyscy w twojej rodzinie mają drugie połówki, wow. No oprócz ciebie i Rylanda.
- Młody ma dziewczynę. Od kilku dni. A skąd pewność, że ja nie mam?
- To kto to?
- Lau, kotku. Przecież wiesz. 
- No, twój kotek jest zajęty.
- Ale na bal wolny...
- Nie, Ross- nie pójdę z tobą na bal- powiedziałam stanowczo i wstałam. Zrobił to samo.
- No weeeź. Oboje nie mamy partnerów. Poza tym musisz zrobić coś, żebym ci wybaczył. 
- Ty możesz coś zrobić.
- Co?
- Odprowadzić mnie do domu.

~~~~~~~~~~~~~~
Hei koty :*
No rozdział jest...
Nie będę się wypowiadać na jego temat, cóóż. 
Dodałam zakładkę "Pytania do bohaterów", odwiedzajcie ją. No i co by tu jeszcze...
Aha- doszłam ostatnio do wniosku, że wolę mieć kilka dłuższych, szczerych komów, niż pierdyliard fałszywych.
No i nie wiem co jeszcze, więc do nexta.
Klaudia
PS Sorki za błędy, ostatnio piszę tylko na fonie, bo laptopa to najchętniej wywaliłabym przez okno. Gówno się zepsuło i skazało mnie na telefon ;_; 

czwartek, 23 kwietnia 2015

Rozdział 39

~~ Ross ~~
Byłem wkurzony. Dokładnie nie wiedziałem dlaczego. Dręczyło mnie to nawet rano. Nie wiedziałem co do cholery się ze mną dzieje, czemu nie mogłem sobie darować myśli o Laurze, Maxie i zerwaniu. To chore. Wczoraj tak mi podskoczyło ciśnienie, że wysadziłem Veronicę przy jakimś kiosku niedaleko szkoły, a sam pojechałem do klubu. Nie miałem ochoty na picie, ani na prywatny pokaz z bonusem. Jak nigdy. Chociaż nie pamiętam co robiłem później, głowa mnie trochę boli, więc możliwe, że się czegoś napiłem.
- Ross, wstajesz?- Do pokoju weszła Rydel.- Może zostaniesz dzisiaj w domu?
- Po co?
Ziewnąłem, przeciągając się na łóżku. Siostra podeszła bliżej.
- Jak się czujesz?- zapytała.- Blado wyglądasz.
- Do dupy, czyli jak zwykle. Po prostu się nie wyspałem, okey? Nie traktuj mnie jak dziecko.
Wstałem i poszedłem do łazienki. Umyłem się, a następnie powoli ubrałem dziurawe, jasne jeansy i czarną koszulę.
  Miałem dość ludzi. Nawet tych najbliższych. Wcale nie chciałem zranić Delly, ale samo tak wyszło. Nie umiem się kontrolować. Szczególnie na kacu i po wczorajszych wydarzeniach.
  Wyszedłem z domu bez śniadania i potrzebnych książek- normalka. Starając się za wiele nie myśleć, wsiadłem na motocykl i pojechałem do szkoły. Jadąc tak z rana, pustymi ulicami, odstresowuję się. Usiłuję wtedy wybić sobie z głowy różne rzeczy, na przykład kluby, panny czy... To co wczoraj... Czyli Laurę z Maxem trzymających się za ręce. To, jak błyszczały jej się oczy, kiedy ją obejmował, albo jaka była szczęśliwa, kiedy ją pocałował...
  I znowu. Omal nie wjechałem motorem w przechodniów. Już nawet nie mogę normalnie jeździć. Zerwanie z Laurą to był mój najgorszy pomysł na jaki kiedykolwiek wpadłem. Żałuję tego. Ale pewnie i tak byśmy się w końcu rozstali. Muszę żyć dalej i traktować ją jak zwykłą byłą, nic dla mnie nie znaczącą, których mam na pęczki. Tylko, czy potrafię? Co się ze mną, do cholery dzieje?! Zanim ją poznałem, byłem sobą, a teraz? Teraz nie mam bladego pojęcia kim jestem.


~ W szkole ~
Ominąłem przy wejściu pewną zakochaną parkę i skierowałem się do sali na biologię. Usiadłem na samym końcu, jak zwykle, i schowałem twarz w dłoniach. Czuję się koszmarnie. Mogłem posłuchać Delly i zostać w domu. Po tej lekcji chyba się urwę ze szkoły- nie wyrobię dłużej. Jeszcze ten ból w żebrach. Jest większy niż zwykle. Nawet ciężej mi się oddycha.
- Cześć, Ross.
Kto tym razem?
- Idziesz z kimś na bal?
Podniosłem głowę. Veronica. Matko, nie mogła przyleźć kiedy indziej? Ja tu ledwo żyję.
- Tak.
- Z kim?
Jak sobie nie odpuści to wstanę i jej przywalę. Serio. Wybrała zły dzień na pytania o bal. Laura pewnie idzie z Maxem... Chuj, miałem o tym nie myśleć.
- Z moją dziewczyną, wiesz?- skłamałem.- Odwal się w końcu.
- Ale co ja zrobiłam? Aaaaa jak ona się nazywa?
- Cocię Toobchodzi. Francuzka, brunetka... Zielone oczy... Jest naprawdę piękna.
Jej mina była bezcenna. Ale i tak miałem humor z dupy wyjęty. Gdy tylko odeszła, położyłem głowę na chłodnej ławce i zamknąłem oczy. Tylko w sali od muzyki są podwójne ławki, więc praktycznie nie muszę z nikim gadać.
Nagle do sali wpadła babka od angola z tym swoim donośnym, nieznośnym głosem, który brzmi jak rechot żaby.
- Nie macie dzisiaj biologii. Chodźcie ze mną.
Niechętnie, powoli wstałem z krzesła i wziąłem swoją kurtkę z podłogi. Wyprostowałem się i... W uszach mi zaczęło szumieć, a potem buczeć. Myślałem, że zaraz mi bębenki pękną. Na dodatek przed oczami pojawiły mi się mroczki, a głowa mnie cholernie bolała. Musiałem jeszcze usiąść, żeby nie zemdleć.
- Ross, w porządku?
Ta nauczycielka jest stanowczo za głośna.
Nie patrząc na nią, powoli wstałem i wyszedłem z klasy. Poszedłem za resztą grupy do sali od anglika. To, co tam zobaczyłem, przyprawiło mnie o zawroty głowy. Laura i Max. Matko, tylko nie to. Zniosę wszystko, ale nie ich "słitaśne" zachowanie. Chyba, że mam paranoję, to już bardziej prawdopodobne.
- W związku z tym, że jest nas dużo, będziecie pracować w czteroosobowych grupach. Wylosujecie angielskiego lub amerykańskiego poetę i zinterpretujecie dwa jego wiersze.- Nienawidzę tej babki. Nienawidzę. Jakaś chora na głowę. Praca w grupach? Zajebiście... Usiądę gdzieś z boku i kit.
- Lynch, obudź się w końcu!
Matko, moja głowa...
- Z Bradem do trzeciego stolika- już!- rozkazała i wskazała na połączone ławki. Kurwa, tylko nie to. Ale mogłem to przewidzieć...
Przez ułamek sekundy Laura się do mnie uśmiechała. Po chwili jednak, kiedy zobaczyła moją minę cierpiętnika, na jej twarzy zagościł smutek. Chyba. Wtedy Max się nad nią nachylił , wyszeptał coś do ucha, ona mu przytaknęła i odwróciła wzrok. 
 Poszedłem z Bradem do ich stolika i zajęliśmy miejsca naprzeciwko nich. 
- Cześć- powiedziała Laura, patrząc na mojego towarzysza. Na mnie nawet nie spojrzała. Aham, fajnie..
- Hej.
Czułem się coraz gorzej. Z każdą sekundą trudniej mi było oddychać i miałem wrażenie, że jest mi coraz goręcej. Do końca nie ogarniałem co się dzieje wokół mnie, czy ktoś się do mnie odzywa. Ból w żebrach był nie do wytrzymania. 
- I grupa- Szekspir.- Ledwo, co usłyszałem przez szum w uszach.- II- Jane Austen; III- Cummings Edward Estlin.- Jezu, co to jest?
Dalej nie słuchałem. Laura wyciągnęła jakąś książkę zza siebie, chyba z szafki- nie wiem- i rzuciła nią w moją stronę. Reszcie dała inne.
- Poszukaj czegoś- rozkazała oschle. Zupełnie jak nie ona. Co ten Max jej nagadał? Nie lubię gościa. 
- Czego- wymamrotałem po cichu.
- Wiersza, Ross.
- Tu są same wiersze tego Edzia. 
- To wybierz ten, który ci się spodoba. Nie rób z siebie sieroty.
Uu, ale ona się wredna zrobiła. Brr. 
- Ey, stary- odezwał się Max- wyglądasz jak trup.
- I co z tego?
- Dobrze się czujesz?
- Jest ok, odwal się, co?
- Spokojnie, tylko pytam...
Kolejny, silniejszy ucisk. Mój oddech robi się coraz płytszy. Zaraz nie wytrzymam i spadnę z tego krzesła.
- Idź do pielęgniarki.- Albo mi się wydawało, albo Laura się przejęła. Ale olałem jej prośbę i zacząłem szukać jakiegoś wiersza. Same nudy o miłości i bla bla bla. Ale w końcu...
- Mam- powiedziałem, mało co nie wybuchając śmiechem. Ten gościu był.. Zboczony. Przeczytałem im go, pohamowując się od śmiechu:
 - Posłuchajcie:
" ***Czasami żyję dlatego

Czasami żyję dlatego, że ze mną
jej drzewo- kształtne czujne ciało śpi,
którego się ostrzenie wyczuje powoli,
powoli się stające wyraźnie miłością,
co słodko w ramieniu mym tonie zębami,
aż osiągniemy tę Wiosenno- wonną,
głęboką, wielką wspólnie malowaną chwilę.

Moment rozkosznie straszliwy,
gdy usta jej nagle wyrosłe, zupełnie
płomiennie z mymi zaczynają szaleć
(a z ud mych, które kurczą się i dyszą,
deszcz morderczy podskocznie sięga po
kugorny, jedyny najgłębszy kwiat, który
przynosi mi gestem swych bioder."

Wszyscy przy stoliku wybuchnęli śmiechem. Ten Edek na serio był jakiś nie ten teges.
- Czyli mamy napisać, że autor... Opisał swój... Stosunek?- wachał się Max. Ja mam inną propozycję.
- Zapisz, że po prostu Edzio opisał tam swój seks z deską. I, że czasem po prostu po to żył, z czego wynika, że miał myśli samobójcze i był seksomaniakiem. 
Spojrzenia moje i Laury się spotkały. Brunetka szybko odwróciła głowę, bo Max uszczypnął ją w tyłek. O nie, on za dużo sobie pozwala. Ona w ogóle się na to zgadza?!
 Kopnąłem go pod ławką w nogę. Zawył z bólu, a Lau zachichotała. Tak słodko się śmiała... 
  Nagle zaczęła wirować, a na jej twarzy pojawiły się kolorowe kropki. Nic nie słyszałem. Tylko szum, który rozsadzał mi głowę i bębenki. Nie mogłem oddychać. Musiałem stąd wyjść. 
  Wstałem w mgnieniu oka i podparłem się o ścianę. Jedyne, co usłyszałem wśród głosów, to Laura, mówiąca: "Ross, proszę cię, usiądź! Zaraz zemdlejesz!".
Podszedłem na chwiejnych nogach do drzwi. Przystanąłem na chwilę. Ktoś do mnie podbiegł. Nie wiem co się dalej działo. 
 Kiedy się obudziłem, widziałem tylko sufit, angielską flagę i kilka osób, między innymi pielęgniarkę, nauczycielkę i... Laurę- mojego anioła... Boże, chyba się walnąłem w łeb.
- Ross, ty idioto.- Usłyszałem głos Lau gdzieś obok siebie, a po chwili poczułem uścisk. Ale ten przyjemny, ciepły. Od niej.- Powinieneś leżeć w szpitalu, ty głupi jesteś, że... Ugh!
 Albo się wściekła, albo bała się o mnie. W końcu, tylko ona panikowała. Była teraz na wyciągnięcie ręki, więc... No przyciągnąłem ją do siebie, a co miałem zrobić... Od razu poczułem się lepiej. Tak cieplej i w ogóle. Nawet nie protestowała. No tak- Maxa nie było w sali. 
- Laura?- powiedziałem. Wymyśliłem coś, żeby ją trochę wkurzyć. Pielęgniarka szepnęła coś do nauczycielki i wyszła, a Laura spojrzała na mnie spod długich rzęs. Nadal ją tuliłem do siebie. 
- Nooo?
- Twój stanik wbija mi się w ramię. 
- Idiota.
Prychnęła i dała mi z pięści w rękę. Ona tak fajnie się wkurza. Chciała się ode mnie odsunąć (i pewnie dać potem z liścia), ale włosy jej się zaczepiły o zamek mojej kurtki. Właśnie, ktoś mi ją założył...
  Kiedy Laura była zmuszona mieć głowę przy moim torsie, aby nie stracić włosów, ja wybuchnąłem śmiechem. Babka od anglika też. Tylko brunetce nie było do śmiechu.
- Ty padalcu, specjalnie to zrobiłeś!
- Hahaha, kotku, nikt cię nie zmuszał do zbliżania się do mnie.
- Przestań rechotać i nie nazywaj mnie tym cholernym kotem! Pomóż mi, co?
- Czekaj, jeszcze trochę możesz tak pobyć, mi to nie przeszkadza...
- Kur... Ross!
- Spokojnie, złość piękności szkodzi. Kotku. 
Niee, no nie mogę z niej. Uwielbiam ją. Nie chcę jeszcze kończyć tej zabawy... Wymyślę coś- jak to ja mam w zwyczaju. 
Jedną rękę położyłem na jej głowie (właściwie, to nie wiem po co), a drugą powoli zjechałem zamkiem w dół, więc Laura była zmuszona zniżyć głowę, co z innej perspektywy wyglądałoby dość interesująco. 
- Idioto, nie pomagasz...
W końcu się wkurzyła i podniosła głowę. Była wściekła, ale ja nie mogłem powstrzymać się od śmiechu. Miała focha, na pewno. I to sporego. Pewnie z chęcią by mnie teraz zadźgała ołówkiem, albo pofiletowała. To bije z oczu. 
- Ross, musisz iść do pielęgniarki.- Nauczycielka zwróciła się do mnie, a potem odwróciła się do Laury, która już otwierała drzwi.- Zaprowadzisz go? Ja muszę posprzątać salę i sprawdzić wasze prace w grupie. 
Mina brunetki była zabójcza, co spowodowało kolejny wybuch śmiechu u mnie. 
- Jasne.- W tym słowie było tyle jadu, że ciary mi przeszły po plecach. Potem spojrzała na mnie. Nic nie można było wyczytać z jej oczu. Spróbowałem wstać, ale to był zły pomysł. Znowu się zachwiałem i dostałem zawrotów głowy. Laura automatycznie do mnie podbiegła, jakby ktoś ją poraził prądem i pomogła mi odzyskać równowagę. Wyszedłem z sali podtrzymywany przez moją byłą dziewczynę i tak szliśmy kawałek w milczeniu, aż mi się to znudziło.
- Jesteś zła?
- Tak.
- Bardzo?
- Tak.
- No weź przestań. Nie obrażaj się na mnie.
Nagle się zaśmiała. Co ja powiedziałem?
- Brzmisz jak dziecko, które chce iść na plac zabaw, haha.- Tak uroczo się śmiała.- Co nie zmienia faktu, że grubo przegiąłeś. 
- Wybaczysz mi?- zapytałem głosikiem małego dziecka, jak to powiedziała wcześniej Lau.
- Może.
- Laura?- Spoważniałem i powtórzyłem pytanie. Tym razem innym tonem.- Wybaczysz mi?
- No już powiedziałam, że może. 
- Mówię o czymś innym. 
- O czym?
- O nas. 
Zamilkła. Wiedziałem, że tak będzie. Mogłem nie pytać i już. 
- Dobra- przerwałem ciszę- Idź do domu, ja sobię poradzę.
- A jak znowu zasłabniesz?
- Martwisz się o mnie?- zapytałem z cichą nadzieją w głosie. Raczej tego nie wyczuła.
- Nie. 
I puściła mnie. Szedłem normalnie, czyli dojadę do domu sam... I nie muszę iść do pielęgniarki, żeby siedzieć u niej godzinę i czekać na Rydel, albo Rikera, kiedy mam około 10 minut do domu.
- Aaa, jak się czujesz?
O nie, mam dość tego pytania. Zmieniłem temat.
- Od jak dawna znacie się z Maxem?
- Po co pytasz? Przyjaźniliśmy się od dzieciństwa, a poznaliśmy się w piaskownicy przed pracą mojego taty. Kiedy zerwałeś ze mną, powiedziałam mu o tym i spotkaliśmy się. Wiesz, poprawił mi humor, dobrze się bawiłam... Dalej już wiesz.
- To dobrze, że jesteś szczęśliwa. Zasługujesz na to. 
- Dzięki.
- Kochasz go?- Czemu dałem do tego pytania tyle nienawiści? Ach, tak...
- Tak.
- A mnie kochałaś?


~~~~~~~~~~
Zabijecie mnie? Zabijecie, wiem, wiem. Chciałam Wam powiedzieć, że jeszcze ok. 10 rozdziałów i będzie THE END. Ale może to się zmieni. Chociaż wątpię. Jest coraz mniej komentarzy. Obserwatorów jest ponad 60, komentarzy pod ostatnim rozdziałem 15. Kiedyś było 45. Ach, gdyby znowu tak było... <3 
Ale to raczej niemożliwe. 
Chciałam po tej historii założyć nowego bloga, z całkiem inną fabułą, ale nadal się zastanawiam.
Wszystko zależy od Was i mojej weny. I to, czy będzie dalej ten blog, i to, czy po tym będzie kolejny. 
KOMENTUJCIE :')

środa, 15 kwietnia 2015

KRADZIEŻ PRAW AUTORSKICH

Sorry, jestem wkurzona. Kojarzycie taką osóbkę jak "Clau Dia"? No właśnie. Kilka godzin temu utworzyła bloga. http://badboyandsweetboyandr5.blogspot.com/ Co jest w nim nie tak? Aaa, właśnie. PROLOG SKOPIOWANY SŁOWO W SŁOWO, PRZECINEK W PRZECINEK, KROPKA W KROPKĘ. Nawet się nie trudziła nad tym, żeby zrobić ENTER przy dialogach. No jprdl. Nazw innych też nie było, nie? To jest zwyczajna kradzież. Ja się tu męczę, siedzę kilka godzin, poprawiam, żeby było OK, a taka osoba sobie wejdzie, zobaczy "O, przyda się", weźmie *kopiuj- wklej*,a potem mówi, że pisze to z koleżanką, że się męczy nad rozdziałem. Aha, fajnie. Ale no sorry, przywłaszczyła sobie MOJEGO BLOGA. Cholera, nawet nie wiecie jaka jestem teraz wkurzona. Mam ochotę coś roz***ać, że... UGHHHH!
  Tak do właścicielki tego bloga:
Naprawdę nie masz za grosz honoru. Przywłaszczyłaś sobie cudzą robotę. "Piszę tego bloga z koleżanką". Aha, jasne. A mogę wiedzieć jak ona się nazywa? Czy wgl istnieje? Jeśli myślisz, że dzięki kopiowaniu cudzych treści nie jest karalne , i że zyskasz dzięki temu czytelników, to się grubo mylisz. Ciekawe, czy będziesz miała tupet i powiesz coś na swoją obronę. To czyste CHAMSTWO I KRADZIEŻ.
  Dla tych, co chcą sobie porównać:
http://badboyandsweetboyandr5.blogspot.com/ - "jej" blog
http://rosslynchbadboyandsweetboy.blogspot.com/2014/05/prolog_17.html - prolog na tym tutaj MOIM blogu.
Co do rozdziału... Miałam go pisać dzisiaj. Miałam wenę. MIAŁAM. Możecie podziękować CLAU DII. Straciłam ochotę pisać cokolwiek już. Nie wiem kiedy dodam nexta.
Pozdrawiam Was- tu mowa do MOICH lojalnych czytelników. Nie do tych, którzy przywłaszczają sobie cudzą ciężką pracę. Dziękuję i dobranoc.

Klaudia

sobota, 11 kwietnia 2015

Rozdział 38

~~ Laura ~~
Rano spóźniłam się na lekcje. Ale przynajmniej nie byłam jedyna. Moja ławka- na szczęście- była pusta. Szybko w niej usiadłam i schyliłam się do torby, żeby rozpakować książki do muzyki i potrzebne materiały. Zanim się zorientowałam, ktoś odsunął krzesło obok i zajął swoje miejsce. Usadowiłam się wygodnie, starając się nie zwracać uwagi na TĘ osobę. Może to idiotyczne, ale nie miałam ochoty go widzieć.
- Jak tam piżamka?- zapytał z tym swoim zawadiackim uśmieszkiem. Ugh... Musiał?
- Spoko.
- Tylko "spoko"? Wiesz ile ja musiałem naprosić Rylanda, żeby poszedł do tego sklepu?
- No i po co?
Nie patrzyłam na niego. Udawałam, że słucham nauczycielki. A Ross milczał. Może dał sobie spokój?
- A torcik jak?
Ughh ten różowy tort z króliczkiem Playboya*...
- Mogłam się tego po tobie spodziewać. Ale i tak przegiąłeś z tym Playboyem. Rodzina teraz na mnie dziwnie patrzy.
- O to chodziło- zaśmiał się i tym samym zwrócił uwagę nauczycielki. Podeszła do naszej ławki jak do skazańców i stanęła przed Rossem z założonymi rękami.
- Co cię tak bawi, panie Lynch?
- To chyba nie pani sprawa, nie?
- Czyli już się dobrze czujesz po tej bójce?
- No jasne.
- Więc bądź tak uprzejmy i zagraj nam na pianinie Clair de Lune Debussy'ego. Jeśli nie chcesz oblać.
- No jasne- wycedził głosem pełnym jadu, a jego wzrok zabijał. Minął nauczycielkę bez słowa i zasiadł przed instrumentem. Ta, to dla niego pestka.
  Nawet dobrze mu poszło, ale to mina nauczycielki najbardziej mnie rozwaliła.
- Wracaj i już się nie odzywaj- rozkazała surowo z ponurym grymasem na twarzy. Ross uśmiechnął się do niej jak chochlik i powoli wrócił na miejsce. Odruchowo odsunęłam się na drugi koniec ławki.
- A jak tam autko?- Znowu zaczął temat. Spojrzałam na niego kątem oka i mruknęłam po cichu:
- Dobrze.
  Westchnął ciężko i usadowił się wygodniej na krześle. Pewnie zauważył, że nie mam ochoty z nim gadać. Jakiś czas siedział cicho, pisał z kimś przez telefon. Zdążyłam zobaczyć tylko pierwszą literę "R", zanim Ross zerknął na mnie i wyszczerzył się.
- Przyjdź dzisiaj do mnie.
- Yyy nie?
- Czemu?
- Po co?
- Rydel coś chciała.
- Mogła zadzwonić- wycedziłam, a po chwili dodałam:- I ty też tam będziesz?
- No oczywiście.- Próbował się nie zaśmiać.- Przecież tam mieszkam.
Ooo matkoo, co za typ.
- Nie mogę dzisiaj.
Wyraźnie posmutniał. Wolałam mu nie mówić co robię po szkole.
- Dlaczego?
- Spotykam się z... kimś.
- Z kim?
Smutek powoli schodził z jego twarzy, a zastępował go gniew.
 Wiercił mi dziurę w brzuchu tymi pytaniami. Nie może mi dać po prostu spokoju?
- Z kolegą- warknęłam zirytowana, a on dalej to samo.
- Którym? Znam go?
- Pierdole, Ross!- krzyknęłam za głośno, czym zwróciłam na siebie uwagę kilku osób wokół.- Kolega mnie zaprosił i idziemy do knajpki. Coś jeszcze?
- Tak.- Jego głos był oschły i zimny. Ten szept sprawiał, że miałam ciarki.- Nie daj mu się omamić.
- Jak tobie?
Już do końca lekcji się nie odzywał, a po dzwonku, kiedy przechodził obok, syknął mi do ucha, łapiąc mocno za ramię: "Nie wskocz mu do łóżka". No myślałam, że go zdzielę.
     Poszłam do swojej szafki po książki do anglika, kiedy nagle podbiegły do mnie dwie dziewczyny z mojej grupy z muzyki. Były podjarane i już chyba wiem czym...
- Heeeej Laura- zapiszczała jedna z nich. Jezuuu....
- No cześć?- przywitałam się niepewnie. 
- Co tam?
- Dobra, daruj sobie tę gadkę- powiedziałam oschle, zatrzaskując drzwiczki od swojej szafki- O co ci chodzi?
- Jesteś jeszcze z Rossem?- Wiedziałam! Mogłam się o milion założyć, że zapytają o nasz związek.
- A nawet jeśli, to co?
- Nic, nic. Ale tak, czy nie?
Bez chwili zastanowienia odparłam:
- Nie, to po prostu prostak. Jeśli chcesz z nim być, to radzę wziąć jakiś kilogram tabletek uspokajających i kilka kubków herbaty z melisą.- Uśmiechnęłam się złośliwie i odeszłam. Po chwili jednak wróciłam i szepnęłam jeszcze:
- Pilnuj, żeby założył gumeczkę. I sprawdź, czy zmienił pościel.
Po tym zostawiłam je wkurzone gdzieś z tyłu i skierowałam się w kierunku sali od angielskiego. Po drodze oczywiście jeszcze kilka osób, a właściwie jakichś wypindrzonych panien w mini, których wcześniej nie widziałam, zapytało mnie o to samo, co tamte dziewczyny. Ugh, nie idzie wytrzymać. A to wszystko przez tego palanta, który właśnie się na mnie gapi, bo rozmawiam z Maxem. Tak, to on mnie zabiera do knajpki po szkole.
- Poczekasz na mnie przed szkołą?- zapytałam, stojąc bardzo blisko niego. Udawałam, że wcale nie patrzę na Rossa.- Muszę pogadać z organizatorami balu.
- Jasne.- Jego uśmiech był zabójczy. Matkoo... Cudowny.- Może pójdę z tobą?
- A chce ci się? Będę gadać o występach.
- A jeśli ci nie będę przeszkadzał?
- Dobraaa, ale i tak poczekasz- wystawiłam język i przytuliłam go na pożegnanie, bo zadzwonił dzwonek. Poszłam na koniec korytarza, gdzie była moja grupa od anglika, specjalnie zahaczając ramieniem o wściekłego Rossa opartego o ścianę. Chyba miał teraz wf... Nie wiem. 

*PO SZKOLE*
[narrator]
  Ross po rozmowie z dyrektorem o ostatniej bójce poszedł wściekły przed szkołę, do swojego motocykla. Dziedziniec był już niemal pusty, nie licząc kilku dziewczyn na ławkach, które wpatrywały się w Rossa, kiedy on rzucił kask na trawnik. Musiał się oprzeć o kierownicę, żeby się uspokoić. Inaczej nie mógłby prowadzić. Wytrącił go z równowagi widok całującej się pary przy szafkach.
 Laura i Max- i co jeszcze?, pomyślał sobie.
 Prychnął gniewnie i już chciał wsiąść na motor, kiedy ktoś go popukał w plecy. Odwrócił niechętnie głowę i zobaczył przed sobą jakąś dziewczynę, której nie kojarzył.
- Hej- powiedziała nieśmiało. Kręciła palcem włosy, denerwowała się.
- Cześć- odezwał się, krzyżując ręce na piersi.- Chcesz coś, czyy...
- Masz czas dzisiaj?
- Nie.
- A, no to trudno...
Kiedy on się odwrócił, postanowiła inaczej zagadać.
- Jesteś jeszcze z Laurą?
- Nie.
- To dlaczego nie masz czasu?
- A co chcesz?- zapytał, z trudem opanowując gniew. Całym ciałem pokazywał jej, że nie jest nią zainteresowany, ale ta dalej to ciągnęła.
- Może... pojechać na przejażdżkę? Z tobą...- pokazała na motor- i tym?
Westchnął ciężko.
- A jak masz na imię, co?
- Veronica.
- Aha- mruknął pod nosem i znowu się odwrócił. W tym momencie ze szkoły wyszli przytuleni do siebie Max i Laura. W Lynchu się zagotowało. Szczególnie wtedy, gdy Laura się do niego uśmiechnęła i pogłaskała swojego towarzysza po policzku.
- Wiesz co, Veronica?- odezwał się i chwycił dziewczynę za rękę, po czym palcami odgarnął jej włosy za ucho. Zarumieniła się, a Laurze zniknął uśmiech z twarzy. Za to zagościł on u Rossa.- Wsiadaj, pojeździmy trochę. Mam spooro czasu dzisiaj.
Veronica podeszła do pojazdu, a Ross poszedł po kask, który wcześniej rzucił na trawnik. Wracając do motoru, specjalnie zahaczył o Laurę ramieniem.
- Ups- zaśmiał się,po czym na jej oczach otoczył Veronicę ramieniem, pomagając jej wsiąść na motocykl. Na koniec założył jej kask i pogłaskał po policzku. Laura, widząc to, przysunęła się bliżej Maxa i pocałowała go w usta. Ross znowu się wkurzył. Szepnął do koleżanki "zaraz wracam" i odciągnął Laurę na bok.
- Co ty do cholery odwalasz?!- krzyknął zdenerwowany, a brunetka dalej się uśmiechała.
- Ale człowieku, o co ci chodzi?
- Już masz chłopaka?
- Tak. Jest miły, opiekuje się mną, nie wywołuje awantur z byle powodu i przede wszystkim- nie jest tobą.
- Ach tak?
- Owszem, tak. Coś chyba ci zazdrość do głowy uderzyła. Pamiętasz? Z E R W A L I Ś M Y już!
Przyciągnął ją do siebie, łapiąc mocno za ramię, po czym nachylił się nad nią.
- Po cholerę to robisz?
- Z tego samego powodu, co ty- warknęła i wyrwała mu się. Pobiegła do Maxa, który na nią czekał i szybko opuścili teren szkoły.
- O czym gadaliście?- Ross właśnie usiadł za kierownicą i odpalił motor. Veronica objęła go mocno, aż poczuł ból w żebrach.
- Nie twoja sprawa. Trzymaj się
 I ruszył. Po chwili zobaczył Laurę i z premedytacją przejechał jej drogę, a na koniec pokazał środkowy palec. Dziewczyna zrobiła to samo.


~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
PRZEPRASZAAAAM!!! Zawaliłam na całej linii, znowu. Czekam na hejty i wgl kazania, odwiedziny w nocy z patelniami. Może gdybym porządnie dostała w łeb, to byłoby lepiej. No krótki rozdział, przyznaję. Ale chociaż jest, prawda? Ostatnio (DZIĘKI KOMENTARZOM) dostałam weny, to go dokończyłam.
  Matkoo, dwie nominacje do RB, no dzięki wielkie XDD Postaram się coś nabazgrać. Do napisania :* Klaudia

* tort Laury

czwartek, 19 marca 2015

Rozdział 37

~~ Narrator ~~
Chłopak się odwrócił i wtedy ich zobaczył. Szli obok siebie, przytuleni. Jak tylko na nich spojrzał, Jo natychmiast do niego podbiegła.
- Posrało cię, nie?
- Też się cieszę, że cię widzę.
Calum także się zbliżył. Zmierzył Rossa zniesmaczonym wzrokiem i mruknął:
- Wyglądasz jak siedem nieszczęść.
- No dzięki...
- Co ty do cholery zrobiłeś Laurze?!- uniosła się Joan i wymachiwała gniewnie rękami przed jego twarzą. Blondyn musiał się odsunąć, aby nie oberwać.- Płakała mi w nocy do słuchawki. I to przez ciebie, idioto.
Chłopak tylko przewrócił oczami, ciężko przy tym wzdychając. Znowu poczuł ucisk w klatce piersiowej.
- Dajcie mi spokój z tą panną, okay?- Odsunął się od nich, ale Calum go złapał za ramię.
- Stary- zaczął- zerwaliście?
Ross się wyrwał i ponownie ruszył przed siebie. Kątem oka zobaczył w oknie twarz Laury. Pokręcił tylko głową z dezaprobatą i pokazał jej środkowego palca.
- Kurwa, Ross!- Teraz Jo się naprawdę wkurzyła.- Weź ogarnij dupę. Co ty wyrabiasz? Może jeszcze zaraz wsiądziesz na motor i pojedziesz sobie na imprę, co? Upijesz się i przelecisz jakąś dziwkę?
- Kusząca propozycja, Joan...- mruknął swoim uwodzicielskim głosem, podchodząc do niej. Nie zwrócił uwagi na zdenerwowanego Caluma. Robił to, ponieważ wiedział, że Laura to widzi.- Pójdę, jeśli ty też pójdziesz.
- Jesteś nieźle pojebany, stary- stwierdziła "troszkę" zdziwiona jego zachowaniem.- Ja mam chłopaka, czaisz?
- I co z tego?
- Ross, musisz się pogodzić z Laurą- zdecydował Calum i stanął przed Lynchem ze skrzyżowanymi rękami.- Jesteś nie do zniesienia.
Ross tylko prychnął i pokazał kciuka do góry. Calum musiał się na chwilę odwrócić, żeby nie wybuchnąć, a w tym czasie podeszła Jo.
- To my was zeswatamy.
Tym razem wybuchnął śmiechem. Poklepał ją po ramieniu i odszedł z niedowierzającym uśmiechem na twarzy.
  Tymczasem Jo stała plecami do Caluma i wpatrywała się w znikającą w oddali sylwetkę Rossa.
- Chodź- powiedziała stanowczo Jo, odwróciła się i ruszyła z Calumem pod okno Laury. Chciała z nią pogadać, ale rodzina Marano trochę w tym przeszkadzała.
 Brunetka stanęła w odpowiednim miejscu i spojrzała w górę. Na ścianie zobaczyła kilka ostających cegieł, a grube gałęzie drzewa obok, ułatwiały zadanie. Calum ją podsadził i z łatwością wspięła się po ścianie. Usiadła na parapecie i zapukała w szybę. Zobaczyła, że Laura bawiła się z jakimiś dziećmi, a potem podeszła do okna. Jo omal nie spadła, zaczęła się śmiać z miny Laury.
- Pogięło cię?- zapytała zszokowana nastolatka, wpuszczając ją do środka. W pokoju był jeszcze Ben, Carter i 10-letnia kuzynka.- Mogłaś spaść.
- Haha, i prawie spadłam!- zaśmiała się.- Siema mody, młodszy iiiiii młoda.
 Przybiła piątki z dziećmi, po czym odwróciła się do Laury.
- Calum jest na dole.
- Coooo??
- Gadaliśmy z Rossem.
- Po co?!
- Kobieto, wyłaś mi do telefonu!- Joan wzniosła ręce ku górze.- Nie powiedziałaś o co chodzi.
- To nie jest powód...
- Calum chce z tobą pogadać- wymyśliła na szybko. Jo miała plan, żeby pogodzić Rossa i Laurę. Ale to skomplikowane. A Calum (wmieszany w to) nic o tym nie wiedział.- Czekamy na dole.
Wyskoczyła przez okno i już jej nie było. Szybko wtajemniczyła swojego chłopaka, a po chwili przyszła Laura. Jo wypaliła, że Worthy chce ją gdzieś zaprosić.
- Lauro- zaczął- pójdziesz ze mną na bal?
- Ale...- zdziwiła się.- To dla uczniów szkoły.
- Niekoniecznie- wtrąciła się Joan.- Dla byłych uczniów i nauczycieli też.
- Czyli wbijacie na mój bal, tak?
- No- potwierdzili.
- No okayy... Pójdę z tobą, co mi szkodzi- zgodziła się Laura.- A co z tobą, Jo?
- Też idę. Ale z moim kuzynem z najstarszej klasy- skłamała.- Biedaczek nie ma dziewczyny na tańce.
Pogadaliby dłużej, gdyby nie to, że po Laurę przybiegło całe jej kuzynostwo i poprosiło o dalszą zabawę. Pożegnała się z przyjaciółmi i umówiła na jutro, a potem wróciła do domu. Zajęła się zabawą i na chwilę nie myślała o Rossie...
  O Rossie, który nie odezwał się do niej przez resztę dnia.
  Późnym wieczorem, kiedy Ben i Carter już smacznie spali, Laura włączyła swojego laptopa i od razu weszła na Facebooka. Miała sporo wiadomości, z czego większość była od fanów. Odpisała na kilka z nich, a potem sprawdziła kto jest dostępny na czacie. Nikogo z Lynchów nie zauważyła, oprócz... No właśnie, oprócz Rossa. Nagle dostała wiadomość, a jej serce przez moment zabiło szybciej.
"Myślałem ze nie lubisz Caluma..."
"O co ci chodzi"- odpisała Rossowi. Zaraz po tym, otrzymała krótko "bal".
"Nom, ide z nim, a co?"
"Nic kurwa. Szybko sie pocieszylaś"
"Jprdl człowieku! Oszaleję z tb"
"Czm z nim idziesz"
"Hmm... BO MOGE? Ty mozesz isć z Jo na impreze. Nie mam nic przeciwko"
"Kk. To sie okaze"
"Spierdalaj"
"Nq"
Szybko się wylogowała i wściekła odłożyła laptopa na biurko. Tej nocy Laura zasnęła w słuchawkach na uszach, po godzinie drugiej...

~~ Laura ~~
Obudziłam się przez Bena, który zabrał mi słuchawki. Otworzyłam ociężałe powieki i spojrzałam na ludzi w moim pokoju, wokół łóżka. Cała moja rodzina, Lynchowie (oprócz Rossa), Ratliff, Jo i Calum. A najbliżej mnie- mama ze śniadaniem. Zaśmiałam się cicho, widząc tyle osób w jednym małym pomieszczeniu. Nagle wszyscy zaczęli śpiewać mi "sto lat", a ja spaliłam buraka. Po skończonej piosence wszyscy mnie wyściskali, a potem rodzina zostawiła mnie samą z przyjaciółmi. Mama podała mi jeszcze śniadanie:
- Podziel się- powiedział Rocky, zabierając mi z talerza jednego naleśnika.- Gruba będziesz.
- I powiedział to szczupły...- Rydel przeczesała dłonią włosy, wpychając się obok mnie na łóżko. Riker i Ryland usiedli na krawędzi, a Rocky, Ratliff, Calum i Jo znaleźli sobie miejsca na łóżkach moich kuzynów. Pogadaliśmy do 12. Wtedy oni mnie zostawili samą, żebym mogła się przebrać i ogólnie odświeżyć. Powiedzieli mi tylko, że poczekają na dole z moją rodziną i prezentami.
  Szybko się umyłam i doprowadziłam włosy do ładu, a następnie zeszłam do nich.
  Dostałam nowy telefon od Rydel z naszym wspólnym zdjęciem na tapecie. Wygłupiałyśmy się wtedy w parku, a w tle załapał się Ross... w pozycji mówiącej "Jestem królem świata, bitch". Rocky dał mi misia- giganta z kapeluszem w kwiatki, który mi kiedyś zabrał na plaży. Misiek był ubrany w jego koszulkę (zawsze mu ją zabierałam i pisałam po niej) i trzymał album z głupkowatymi zdjęciami. Świetne. Riker, wspominając o tym, że zawsze mu marudziłam, że nie umiem grać na gitarze oraz sytuację w londyńskim metrze, kiedy pierwszy raz się spotkaliśmy. Ta gitara była taka sama jak tamta, którą wtedy nastroiłam Rossowi.
  Od Rylanda dostałam... piżamę. Taką seksowną, z koronką. Jak otworzyłam paczuszkę, zrobił "brewki" i omal nie wybuchł śmiechem. Ja za to spaliła buraka i zdusiłam śmiech.
   Ratliff nagrał dla mnie filmik z nim w roli głównej. Później obejrzę.
- Otwórz to, jak nie będziesz mieć humoru. A potem zaklej i otwórz za rok- poinstruował mnie, a ja się zaśmiałam. Od rodziny dostałam laurki (kuzyni), pieniądze i ubrania. Jo i Cal kupili mi laptopa. Kiedy robiliśmy grupowy uścisk, przed domem rozległo się głośne trąbienie. Ktoś był na podjeździe. Wszyscy wybiegliśmy na zewnątrz, a naszym oczom ukazał się błyszczący nowością, piękny czerwony samochód z przyciemnianymi szybami. Podeszłam bliżej, zostawiając resztę z tyłu i próbowałam wypatrzeć, kto jest w środku. Nic nie było widać. Po chwili jednak drzwiczki się otworzyły, a ze środka wysiadł Ross. Nie skomentuję tego wydarzenia, poleciałyby niecenzuralne słowa.
- Wszystkiego najlepszego.
- Jesteś nienormalny. 
Zanim się zorientowałam, zostaliśmy sami. Wiedziałam jednak, że w domu czeka mnie wywiad, a z okien patrzy kilkanaście par oczu.
- A jakieś "dziękuję ci, mój ty ukochany"?
- Nie potrafię się połapać w twoich ciągłych zmianach nastroju- stwierdziłam oschle. Po chwili milczenia dodałam- Jedno pytanie- po co?
- Masz urodziny. Nie byłbym sobą, gdybym nie zapłacił Rylandowi za to, żeby załatwił ci piżamkę, a potem sam nie przyjechałbym twoim prezentem prosto z komisu. Chociaż zabrobiłaś mi przychodzić.
- No właśnie- przytaknęłam.- Miałeś nie przychodzić.
- Dlatego PRZYJECHAŁEM. Proste, nie? Widziałaś już swój tort?
Moje co?! Co on ma wspólnego z tortem... Przyniesionym od Lynchów. No jasne. Nie pokazali mi go, więc pewnie wszyscy byli wtajemniczeni. Roko pewnie też, bo to bydle- tak jak Rocky- zawsze podsłuchuje.
- Króliczku ty- wyszczerzył się jak na samym początku naszej znajomości, kiedy pierwszy raz mnie podrywał. Wtedy, kiedy popchnął staruszkę. Nie, nie zapomnę tego. To było chamskie. Teraz stał oparty o mój prezent, ściągając okulary przeciwsłoneczne. Zauważyłam, że drugie oko też ma podbite. Co on
.. - Zaczniemy od nowa, nie?
- Pogięło cię, prawda? Jesteś nienormalny. Ogarnij się, człowieku, i zdecyduj w końcu, czy mnie lubisz, czy nienawidzisz. To jest naprawdę frustrujące, wiesz?
- Wiem, kotku.
- Ugh!
Niee, ja nie mam siły do tego typa. Nienawidzę go. 
  Ruszyłam w stronę domu. W oknach natychmiast poruszyły się firanki, co oznaczało, że na pewno podglądali. 
   Kiedy miałam już dłoń na klamce, usłyszałam za sobą głos Rossa. Dochodził z tego samego miejsca, w którym przed chwilą stałam. 
- Lauro...
Odwróciłam się niechętnie i zobaczyłam ten jego zabójczy uśmiech, zwalający z nóg. 
- Nie chciałabyś może kluczyków od autka?
Nie znoszę go, nie znoszę, nie znoszę. Teraz musiałam do niego podchodzić. A znając Rossa, na pewno coś wykombinował. No coż- raz kozie śmierć.
  Zbliżyłam się do niego. Kluczyk zwisał mu z palca wskazującego prawej dłoni, którą trzymał wyciągniętą przed sobą. Chciałam zabrać kluczyk i szybko wejść do domu, ale on oczywiście zrobił unik. I gdyby nie to, że przytrzymałam się auta, poleciałabym na niego, a potem na ziemię. Ten się tylko cicho zaśmiał, a następnie podniósł rękę z kluczykiem wysoko nad moją głową. Nie było szans, żebym go dosięgnęła, więc użyłam podstępu. Pogilgotałam go. Niestety- Ross nie miał łaskotek. Złapał mnie wolną ręką w talii i przyciągnął do siebie tak, że dzieliły nas centymetry. Gdyby nie to, że miałam uwięzione ręce, dawno bym go zdzieliła i pozbyła się tego durnowatego uśmieszku z jego twarzy. 
  Na moje szczęście, przez ten mały incydent, zdołałam odebrać mu klucze i szybkim ruchem wyswobociłam się z objęć Rossa. Ten tylko westchnął i ruszył w stronę ulicy.
- Do jutra w szkole.
- Narka.
Weszłam do domu i tak jak myślałam- wszyscy zaczęli mnie wypytywać kim on był, ile ma lat, gdzie mieszka, czym się zajmuje, czy jest prawiczkiem (tak, babcia wkroczyła do akcji...) i takie tam. 
 Mniej więcej tak zleciał mi dzień. Jeszcze graliśmy, wyszłam z przyjaciółmi do kina, a z dworu wróciłam po 22. Następny dzień był dużo gorszy...